Serwis Sacred Plus i Podziemia Sacred 2 Sacred 3 Citadel
Serwis

Logowanie
Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Zapomniałem hasła!

Opowiadania



THEVIN MROCZNY - historia

autor: thek


THEVIN MROCZNY - historia

Urodziłem się jako trzeci z czwórki rodzeństwa. Miałem dwóch starszych braci: pierworodnego Lorina, Belgera oraz młodsza siostrę Arnikę. Rodzice mieszkali w elfickim mieście Dolivar jeszcze zanim urodził się mój najstarszy brat. Ojciec Beldin był jednym z nauczycieli dworskich. W czasie jednej z podróży swego wychowanka, w której naturalnie wziął udział, nie tylko dlatego, iż jego zasada brzmiała: "Na naukę jest zawsze czas i miejsce", poznał swoją żonę, a moją matkę. Było to w Karagoth, jednym z wielu ówczesnych leśnych królestw, do którego wychowanek ojca został zabrany w ramach nauki dyplomacji. Matka ma - Polegra służyła wtedy królowej owego państewka jako dwórka z racji niepospolitej urody, która w części została odziedziczona przeze mnie i moje rodzeństwo. Nie była to może miłość od pierwszego wejrzenia sądząc z wypowiedzi rodziców, ale po pewnych staraniach z obu stron zakończyła się zawarciem związku małżeńskiego. Choć ta, która mnie spłodziła należała do "leśnego ludu", z pewną niechęcią, ale jednak uległa namowom ojca i zgodziła się na zamieszkanie w mieście, gdzie jej naturalna uroda rozbłysła jeszcze większym światłem.
Mój najstarszy brat Lorin, od kiedy pamiętam od zawsze lubił przebywać z ojcem, wśród zapleśniałych i zakurzonych ksiąg. Owszem lubił ze mną czasem poszaleć na dworze, ale zawsze coś ciągnęło go w stronę naszej biblioteki, do tych tomów, które ja zawsze omijałem, a jeśli już je wziąłem do ręki, to tylko po to, aby zrobić z nich podpórkę pod te, którymi najbardziej się interesowałem. Mnie pociągała przyroda i geografia, jego – magia. Nasz drugi brat, Belger, podobnie jak ja nierozważny i impulsywny również był zainteresowany przyrodą, ale pociągały go zwłaszcza eposy, mity, przygoda, więc szybko zarzucił dział przyrodniczy naszego księgozbioru, gdy doszukał się w nim literatury pięknej i historii. Nasza młodsza siostra była niespokojnym duchem. Nigdzie nie mogła usiedzieć długo w jednym miejscu, cały czas znikała i pojawiała się w całej okolicy. Nie potrafiła zrozumieć jak my możemy tak siedzieć nad opasłymi tomiszczami, ja ją rozumiałem, gdyż sam często tego też nie potrafiłem sobie wytłumaczyć, ale my z kolei również nie mogliśmy zrozumieć, co ona tak długo może robić z matką. Dla nas braci prace i zamiłowania przedstawicielek płci pięknej naszej rasy były tak obce, że traktowaliśmy je prawie tak jak jakieś nieznane obrzędy czy obyczaje. Jednak siostra była dla nas zawsze oczkiem w głowie. Uwielbialiśmy ją, rozpieszczaliśmy. Lorin wyczarowywał dla niej wspaniałe iluzje, Belger tworzył w jej wyobraźni cudowny świat bogów przedwiecznych i bohaterów niepokonanych, a ja znosiłem z najgłębszych i najciemniejszych czeluści lasu najsłodsze i najwykwintniejsze smakołyki jakie mogła stworzyć dla nas natura. Uosabiała tą piękną i łagodna stronę przyrody z jej ciepłym i serdecznym uśmiechem, zawsze roześmianą, łagodną i jakże kruchą, tak łatwą do zranienia. Zawsze potrafiła wykrzesać w nas te odrobinę radości nawet w najmroczniejsze czy najsmutniejsze dni.
Od najmłodszych lat uciekałem z miasta, aby rozkoszować się pięknem przyrody, do której miłość i szacunek zaszczepiła we mnie moja rodzicielka. Ojciec przymykał często oko na me wypady, ale dlatego, iż uważał, że każda taka ucieczka przed lekcjami nauczy mnie więcej o otaczającym świecie niż godziny nad książkami, z niechęcią przerzucanymi stronami i odliczaniem do końca zajęć będących dla mnie męką zwłaszcza, gdy słońce radośnie wabiło swymi promieniami. Choć nieraz, ku mej udręce, musiałem spędzać słoneczne dni nad przepastnymi tomiszczami zawierającymi dla mnie wówczas rzeczy tak niezrozumiałe jak dla wielu obecnie żyjących magia (w tej zresztą byłem zawsze całkowitym beztalenciem). Choć z innej strony cieszyło mnie to, iż jestem oto wybranym, któremu dane jest poznać tajemnice dla wielu niedostępne. Ojciec bardzo dbał o to, aby przekazać każdemu z nas jak najwięcej ze swej wiedzy. Reszta mych nauk przebiegała w owym czasie w lesie, gdzie swą wiedzę pogłębiałem o praktyczne zastosowanie.
Owe eskapady pozwoliły mi poznać okolicę do każdego polnego kamienia, co wiązało się z coraz dalszym zapuszczaniem od domu. Aby dawać sobie radę w nieprzyjaznym środowisku podglądałem ćwiczenia w fechtunku książąt na dworze. Potem w domu lub na łonie przyrody starałem się odtworzyć ich walkę z wyimaginowanymi przeciwnikami. Podczas jednej z owych "lekcji" zostałem przyłapany przez ojca. Myślałem, iż teraz zostanę zrugany, gdyż znałem stosunek rodziców do stosowania oręża, lecz tamtego dnia, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, dowiedziałem się, że już dawno jestem obserwowany przez niego i widzi on, jaką radość sprawia mi to zajęcie oraz zauważył, iż mam już pewną wprawę w posługiwaniu się patykiem, oraz czas nauczyć się władać prawdziwym orężem, aby móc bronić się przed niebezpieczeństwami czyhającymi w czasie mych wypraw. Dodał, iż mi pomoże i rozmawiał już w tej sprawie z komendantem garnizonu. Te słowa były jak miód na moje uszy. Już następnego dnia odbierałem pierwsze prawdziwe lekcje, lecz to, co tego dnia przeżyłem nie należało do najpiękniejszych dni mego młodzieńczego życia. Jednak nie zrażałem się pierwszymi trudnościami i po okresie gorzkich doświadczeń rozbłysnęły w końcu promyki sukcesów, zrazu nieśmiale, przyćmiewane częstymi porażkami, ale w końcu nabierałem wprawy. Nie oznaczało to jednak, iż ojciec mój zarzucił nauki, nieraz zmęczony wróciwszy z ćwiczeń musiałem siadać przy stole i zmęczonym wzrokiem wodzić za literami przeniesionymi piórem przez mego rodzica cierpliwie na skrawki cielęcej skóry. W początkowym okresie często przysypiałem w trakcie nich znużony. Musiałem wtedy dzielić czas między rozwój duchowy i fizyczny, co pozwoliło mi wyrobić w sobie dyscyplinę i wzmocnić wolę na tyle, aby nie rzucić wszystkiego i uciec, choć musze przyznać, iż nieraz ta myśl mnie nachodziła. Szybko do ćwiczeń wciągnąłem Belgera, który zawsze interesował się orężem i sztuką wojenną, lecz dość szybko porzucił ćwiczenia na rzecz żołnierskich opowieści. Ech! To jego zamiłowanie do historii i bajek! Ćwiczenia w garnizonie pozwoliły mi w dość dobrym stopniu na posługiwanie się różnorodnym typem oręża, choć stwierdziłem, że moimi ulubionymi brońmi dzierżonymi w dłoni są krótki miecz i łuk. Tym pierwszym próbowałem także walczyć w postaci zdublowanej, ale nigdy, mimo moich szczerych chęci i potu nie doszedłem do takiej wprawy, aby walka dwoma mieczami przychodziła mi równie łatwo jak jednym. Łuk z kolei był bronią, którą pamiętałem od zawsze, używałem go często w czasie moich leśnych wypadów, więc bardzo szybko nauczyłem się nim biegle władać. Jak się okazało znajomość sztuki wojennej miała mi w przyszłości nieraz pomóc i ocalić życie. Podczas jednego ze moich znacznie dalszych wypadów natknąłem się na oddział zbrojnych. Kierowany ciekawością ruszyłem za zbrojnymi, ale tak, aby mnie nie dostrzegli. Dotarłem do zgrupowania wojsk. Wykorzystując swe elfie zdolności w ukrywaniu się i cichym chodzie dotarłem w pobliże, jak mi się zdawało, obozu głównodowodzącego, miałem szczęście i usłyszałem rozmowę generałów dotyczącą najbliższego ataku. Wycofałem się w momencie, gdy uznałem, iż dowiedziałem się już wystarczająco dużo. Po opuszczeniu obozu pospieszyłem do najbliższego elfickiego posterunku i opowiedziałem o mojej nocnej przygodzie. Jednak zbagatelizowano moje dostrzeżenia, a ja czym prędzej wracałem do swoich. Atak obcych armii zaskoczył część elfickich wojsk, ale dał innym czas na obronę, mnie zastał w jednym z miast, gdyż w każdej napotkanej osadzie lub mieście czy posterunku rozpowiadałem o swych spostrzeżeniach. Mało kto dowierzał tym wieściom, a ja traciłem bezcenny czas. Przyszło mi walczyć pośród obcych, na obcej ziemi. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem ogrom zniszczeń spowodowany wojną, cierpienie współziomków, lament matek tracących codziennie na murach swych synów i mężów. Walka na murach pokazała mi też inną stronę mej natury. Raz, gdy czułem już na swych piersiach oddech śmierci zaparło mi dech, oczy nabiegły krwią, uszy ogłuchły na wszelkie dźwięki, słyszałem wyraźnie bicie mego serca, i czułem pulsowanie w czaszce, wpadłem w szał i rzuciłem się na wrogów z obłędem w oczach, parłem do przodu nie zważając na zadawane mi rany, byle dopaść następnego lawirując między potokiem ostrzy. To jeszcze bardziej odsunęło mnie od reszty obrońców, czułem się wyrzutkiem. W końcu armia odstąpiła od oblężenia. Jednak radość zwycięstwa zmącona była tym, czym stałem się owego pamiętnego dnia przez krótką chwilę. Chciałem aby to był tylko sen, z którego ktoś mnie obudzi i ochroni przed mrokiem. Chciałem, aby to był tylko sen, z którego ktoś mnie obudzi zanim stanę się tym, czym się stałem. Nienawidziłem się!
Trochę czasu straciłem na dojście do siebie i względne zagojenie ran. W mieście mnie już nic nie trzymało, wszyscy patrzyli na mnie ze strachem, nie mogłem tego znieść. Postanowiłem jak najszybciej opuścić mury, które ukazały mi potwora we mnie. Niech te mury będą przeklęte na wieki, niech jego nazwa zostanie zapomniana tak jak i ja ją wyrzuciłem ze swej pamięci!!! Po drodze mijałem spalone osady, w lasach spotykałem niedobitki obrońców, szlak wijący się przede mną znaczony był krwią i pożogą. Po drodze przysięgałem sobie nigdy nie tknąć oręża w celu pozbawienia kogoś życia. Jednak musiałem coś jeść oprócz korzonków, jagód i grzybów. Gdy dotarłem w me rodzinne strony i zobaczyłem rany zadane ziemi przez oblegających serce we mnie łkało, to nie było to, co zostawiałem tu, gdy widziałem tę okolicę po raz ostatni. Coś mnie pchało do przodu, nie wiem, może chciałem jak najszybciej zobaczyć swych bliskich? Gdy dotarłem do miasta mych lat dziecinnych nosiło ono jeszcze ślady walk, jakie tu trwały, ale nie były one już tak wielkie jak w mieście, które opuściłem, wracało już powoli normalne życie, obrońcy w innych miastach bardzo nadwątlili siły najeźdźców. I choć część z nich dostała się w ręce wroga pozwoliło to innym na zorganizowanie obrony. Miasto mego dzieciństwa ocalało.
Chciałem powitać swych bliskich jak najszybciej a zwłaszcza młodszą siostrę, która była dla nas, trójki braci jak promienie słońca, rozniecając uśmiech na twarzach i zamieniając noc w dzień, przyniosłaby ona ulgę pogrążonej w goryczy duszy. Dotarłem do domu i przekroczyłem z pewnym niepokojem próg, poczułem ciepło bijące od kominka, w dalszej części domu mój wyczulony słuch usłyszał głosy. Ruszyłem biegiem, poznałem głos starszego brata Lorina i matki. Początkowe przerażenie (myśleli, że jestem duchem), przerodziło się w radość, byli przekonani, że zginąłem w tej wojennej zawierusze. Zapytałem o innych i w tym momencie radosny nastrój prysnął jak mydlana bańka. Dowiedziałem się, że ojciec zginął idąc z poselstwem do obozu wroga. Najstarszy brat zginął walcząc na murach, podobnie jak wielu innych. Zapytałem o siostrę, brat zaprowadził mnie do innego pokoju, wtedy ją ujrzałem. Jak przez mgłę usłyszałem, że Lorin mówił do mnie, iż widziała śmierć Belgera i jego upadek z murów w czasie kolejnego szturmu najeźdźców. Całkiem pozbawiona życia, z niewidzącym wzrokiem utkwionym gdzieś przed siebie, serce mi się krajało na jej widok. Chciałem zrobić wszystko, aby zobaczyć ją jeszcze raz roześmianą. Przez moment wydawało mi, że zobaczyłem mały uśmiech na jej twarzy, może mnie poznała? Wtedy znienawidziłem ludzką rasę z całego serca, i choć teraz panuje względny pokój między naszymi rasami i ze względu na przysięgę, którą sobie złożyłem, nie zawaham się utoczyć ludzkiej krwi, gdy będę musiał i zrobię to z nieukrywaną satysfakcją, mimo grozy tego, czym mogę się stać. To będzie mój hołd i ofiara za tych najbliższych, którzy stracili przez ową podstępną rasę życie, a mej siostrze odebrali radość życia.
Nie mogłem długo dojść do siebie, unikałem ziomków, zaczęto na mnie mówić Thevin Łowca Nocy, gdyż mało kto mógł mnie spotkać. Żeby nie przysparzać strapień swej rodzicielce postanowiłem na dworze zostać posłem i krzewić pokój, aby dotrzymać przysięgi złożonej sobie. Moja propozycja została szybko przyjęta, ze względu na moją znajomość wielu krain i przez wzgląd na ojca. W czasie wizyty w naszym grodzie kolejnego poselstwa zaczęła się gorąca wymiana zdań na temat mojej obecności. Okazało się, że wśród posłów są elfy, które walczyły ze mną owej pamiętnej nocy. Gdy wieści o tym, co wtedy zaszło rozeszły się po mieście inni odsunęli się ode mnie jeszcze bardziej. Stałem się Thevinem Mrocznym. Coraz częściej też wysyłano mnie z różnymi poselstwami, nie wiem czy dlatego aby się mnie pozbyć, czy aby wymusić strach na tych, do których szedłem, może też ktoś miał się mnie pozbyć w niewidoczny sposób, gdyż nieraz po drodze musiałem stawać do walki? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Jedno jest pewne, wysyłano mnie coraz dalej, często na rubieże znanych mi krain. Odpowiadało mi to, gdyż nie byłem w stanie wytrzymać tej atmosfery, która mnie otaczała. Zdarzało się często, że towarzysze drogi na dźwięk mego imienia rezygnowali z dalszej wędrówki, tłumacząc się różnymi mniej lub bardziej wiarygodnymi powodami. W tym czasie często odczuwałem samotność i pustkę, ale po pewnym czasie oba te uczucia spowszedniały mi. Nikt nie potrzebował mnie, a ja nie potrzebowałem nikogo, to był dla mnie dobry układ. Życie upływało mi na podróżach, krótkich pobytach w rodzinnym mieście i równie krótkich na dworach obcych władców. W wolnych chwilach fechtowałem bądź zgłębiałem wiedzę. Nie potrzebowałem nic więcej.
W czasie jednej z kolejnych wędrówek ujrzałem w trawie ślady krwi, zaciekawiony tym spostrzeżeniem ruszyłem ich śladem. Po pewnym czasie dotarłem do leżącego na ziemi wilka, po którym było widać, iż musiał jeszcze niedawno przejść ciężkie boje. Zakrzepła krew skleiła sierść i zakrywała rany na grzbiecie i szyi oraz drobne zadrapania na bokach. Gdzieniegdzie można było dostrzec drobne braki sierści na ciele pokonanego przywódcy. Był wyrzutkiem, którego nikt nie chce znać, żyjącym w upodleniu, podobnie jak ja. Chciałem mu pomóc, lecz każda próba podejścia bliżej kończyła się ostrzegawczym warczeniem, jednak ciągły upływ krwi osłabił go. W końcu nie potrafił już ustać na łapach, wtedy zabrałem się do dzieła. Mimo jego agresywnej postawy przemyłem i opatrzyłem mu rany korzystając z tego bogatego zielnika, jakim był las, który nas otaczał. Dość szybko przyzwyczaił się do tych zabiegów, jak również do smakowitych kąsków, które od czasu do czasu mu podrzucałem. Jego stan szybko się poprawiał i już niedługo biegał jakby nic się nie stało. Nie zdziwiłem się więc, gdy któregoś ranka nie zastałem go w obozowisku. Ja wyruszyłem dalej, ale już po kilku dniach widziałem go znowu kręcącego się niedaleko miejsca mojego odpoczynku. Tak oto poznałem Uthera, mego wilczego druha – współtowarzysza wielu samotnych wędrówek. Nieraz jeszcze mnie opuszczał, potrafił nie wracać tygodniami, ale ostatecznie zjawiał się witając mnie, jakby wrócił, z raptem, kilkugodzinnego wypadu. Nie przepadał za większymi osadami, gdy zbliżałem się do jakiejś wycofywał się i wracał dopiero gdy dostatecznie się od niej oddaliłem. Jego obecność wniosła nieco radości do mego życia oraz przyczyniła się do jeszcze większego strachu przed moją osobą, w końcu do czego może być zdolna osoba, która za towarzysza posiada dzikiego wilka. Takie umiejętności dla wielu były tylko dla pomyślenia, jeśli byłbym druidem. Ale nim nie byłem.

Thevin Mroczny - opowiadanie

Mijały dni. Któregoś ponurego wieczoru Thevin jak zwykle próbował spędzić noc w spokojnym leśnym otoczeniu kołysany do snu mową leśnych drzew i odgłosami zbudzonego nocnego życia. Już nawet powiązał ze sobą gałęzie pobliskich drzew, czyniąc z nich rodzaj hamaka. Ułożył się w nim wygodnie i czekał na spłynięcie snu, gdy z oddali doszło go rżenie koni. Postanowił wstać i sprawdzić, któż to błąka się wieczorową porą po borze. Opuścił swoje leże i udał się w stronę skąd przed chwilą dobiegały dźwięki zwierząt. Szedł cicho i uważnie w lekkim zgięciu, aby przypadkiem nie obudzić czujności, być może ukrytych gdzieś w pobliżu wartowników. Szybko okazało się, że jego obawy były zbyteczne. Podszedłszy bliżej przyglądał się końcom prac nad rozbiciem obozu. Ten był pełen elfów. Zastanawiał się nad wkroczeniem do niego i przyłączeniem się do niego, ale chciał uniknąć tych wszystkich pytań o własną osobę, nie znał też zamiarów przybyłych. Postanowił zatem jeszcze trochę poobserwować obozowisko i zdać później relację swemu księciu. Obserwując je i okrążywszy kilka razy jego uwagę przykuł jeden z namiotów blisko centrum obozu. Ledwo widoczny cień rzucany na płótno przez postać wewnątrz niego się znajdującą nosił cechy postaci kobiecej. Zdziwiło go to trochę. Kobieta w zbrojnym orszaku??? To musiała być wpływowa persona. Nie mogła być wzięta w niewolę, gdyż przed jej namiotem byłoby więcej strażników, a tu raptem jeden i to niespecjalnie przejęty pilnowaniem. Nie był to też orszak weselny panny młodej, gdyż wtedy karawana byłaby liczniejsza i bardziej efektowna. Pozostawało podejrzenie, że jest to poselstwo. Ale kierowane przez kobietę?! Widocznie miała ona u swoich albo wysoki autorytet, albo była niepożądana i była wysłana z nierealnym poselstwem. Postanowił to sprawdzić mimo ryzyka. Wstał i skierował się na drogę do Dolivaru. Teraz swe kroki skierował do obozowiska. Starał się iść normalnie, aby wartownicy mieli dość dużo czasu na dostrzeżenie go i nie powitali go gradem strzał niczym jakiegoś rzezimieszka. Straż zatrzymała go i spytała: „Kto zacz i dokąd zmierzasz przybyszu?!” Thevin nie chciał aby go rozpoznano więc rzekł: „Jam jest Malager, podróżnik, przemierzyłem wiele krain, a obecnie zdążam do Dolivaru, aby spotkać się z przyjacielem Thevinem, podobnie jak ja podróżnikiem.” Wpuszczono go do obozowiska, a jeden ze strażników udał się do namiotu z „więźniem”. Po chwili wyszła z niego piękna elfia niewiasta i zwróciła się do Thevina: „Witaj Malagorze, jam jest Nee-av. Podróżujemy podobnie jak i ty do Dolivaru , więc jeśli uznasz to za bezpieczniejsze, możesz przyłączyć się do naszej karawany. Jestem wielce rad, że Cię spotkałam, gdyż u celu naszej wspólnej podróży mam się spotkać z niejakim Thevinem Mrocznym, a doniesiono mi, że waść znasz go osobiście”. Zdziwiła go nieco tymi słowami. Poselstwo i na dodatek jeszcze z oficjalnym zwróceniem się do niego? Nie dał jednak po sobie poznać, że zaskoczył go taki przebieg wypadków i odparł:
-„Dzięki Ci Jaśnie Pani, chętnie skorzystam z tej oferty, choć te lasy nie należą do najniebezpieczniejszych, czy pełnych zbójów.Jeśli Pani chce mogę Ją zapoznać z przyrodą i tej ziemi i dziedzictwem jej mieszkańców. Zaś u celu naszej wspólnej wędrówki pozwoli Pani, że odłączę się i uprzedzę mego przyjaciela o przybyciu tak znamienitych gości, gdyż nie miewa on ich zbyt często i przebywając wiele poza Bolivarem nie ma on wiele czasu na przygotowanie się na przybycie tylu przybyszów. Jest też możliwość, że nie zastanie się go w dniu przybycia, z racji jego wędrownego trybu życia.”
-„Nie szkodzi nam to. Mamy pewien naddatek czasu i możemy zaczekać na Jego przybycie, a przy okazji mamy wieści dl Jego księcia i musimy się także zaopatrzyć na dalszą podróż, gdyż Dolivar jest tylko pośrednim, acz ważnym celem naszej wyprawy.”
Thevin wypytał jeszcze o obecne stosunki i sytuację w królestwie Nee-av i opuścił jej dostojne oraz urocze towarzystwo. Skierował się do ogniska i przysiadłszy przy nim przysłuchiwał się rozmowie żołnierzy oraz innych obozowiczów. Dowiedział się trochę o ich życiu codziennym. Nasyciwszy swój głód fizyczny i umysłowy, nawet nie spostrzegł, kiedy usnął. Po przebudzeniu przeżył drobne zaskoczenie, gdy stwierdził, że znajduje się na posłaniu w namiocie. Szybko okazało się, że to Nee-av wyglądając ze swego schronienia i spostrzegłszy wędrowca śpiącego przy ognisku kazała przenieść go do jednego z namiotów. Jeszcze przed wyruszeniem Thevin przyszedł do posłanki i wyraził swoje podziękowanie dla tego drobnego acz miłego gestu dobrej woli. Podróżując jeszcze kilka dni zdążył zaspokoić swój apetyt na informacje o krainie swej rozmówczyni, a i sam przekazał jej wiele na temat mieszkańców Dolivaru i okolic. Ostatniego dnia wspólnej podróży zwrócił się do swej towarzyszki:
-„Ja już dziś niestety muszę Panią opuścić, aby uprzedzić mego przyjaciela o waszej wizycie.” -„Czy nie dać Ci Malagorze konia, abyś mógł być prędzej niż my, wszak orszak, mimo że konny i tak jest wolniejszy niż pojedynczy jeździec, a konia będziesz mógł dla nas zostawić w stajni Twego przyjaciela?”
-„Dzięki Ci Nee-av, ale Thevin pokazał mi tyle dróżek w tych borach, że nawet pieszo będę znacznie szybciej od karawany.”
-„Cóż. Jeśli taka Twoja wola. Do kolejnego spotkania w Bolivarze.”
-„Tak, na pewno się tam spotkamy.” Powiedział Thevin nie ukrywając rozbawienia.
Teraz już nieskrępowany już niczyją obecnością ruszył dziarsko przez ostępy. Szybko dołączył do niego wilczy kompan i podróż przebiegła niż Thevin przypuszczał, bo wilk rozochocony wesołym humorem ludzkiego towarzysza dość często się z nim ścigał.
Teraz też wyruszam w drogę, ale tym razem jako przewodnik i świta elfiej posłanki, która przybyła do nas z krainy zza gór Belsambar. Jeszcze za nie nie dotarłem, więc może wypytam o krainy za nimi się rozciągające, bo przed nami długa droga...

Thevin całą drogę do swego domu starał się unikać rozmów ze swą nową panią. Nie wynikało to jednak z razy dla niej osobiście. Nie podobał mu się sposób, w jaki to się stało. Czuł się urażony, że potraktowano go jak przedmiot, który można wymienić, ot tak sobie. Nie czuł się przecież bezwartościową rzeczą, choć przyzwyczaił się do trzymania się z dala od społeczności. Nie ukrywał, że ta sytuacja była dla niego denerwująca. Na każdą jej próbę nawiązania rozmowy reagował zbywaniem, unikaniem odpowiedzi i słownymi wykrętami mającymi na celu zakończenie rozmowy. Na twarzy Nee-av od czasu do czasu można było wyczytać zniecierpliwienie bądź drobne rozdrażnienie takim obrotem sytuacji, ale nie reagowała w gwałtowniejszy sposób.
Gdy dotarli, zaprowadził ich do domostwa, przydzielił kwaterunek kwaterunek zaprosił do stołu. Posiłek przebiegł bez zbędnych zgrzytów, jednak w czasie odprowadzania Nee-av w końcu nie wytrzymała i zareagowała bardziej zdecydowanie.
- „Nie rozumiem Cię Thevinie, dlaczego cały czas starasz się mnie unikać? Staram się ocieplić nasze stosunki, a z Twojej strony stale napotykam na mur milczenia i zniechęcenie dla mojej osoby. Co ja takiego zrobiłam? Pokrzyżowałam Ci jakieś plany? Przecież nasze pierwsze spotkanie przebiegało w znacznie milszej atmosferze, atmosferze teraz traktujesz mnie jakbym była powietrzem. Co takiego się stało, co się wydarzyło, że zaszła taka zmiana? Dla mnie jest ona nieuzasadniona i niezrozumiała. Wytłumaczysz mi to ?!”
- „A któż mnie do tego zmusi? Ty pani???” – uciął rozmowę Thevin z drwiną na ustach i odszedł.
- „A żebyś wiedział, że ja!” – pomyślała Nee-av.
Elf ruszył sprężystym krokiem do swej biblioteki – pracowni. Dawno tu już nie bywał. Wszystko pokryła warstwa kurzu, a kątów radośnie odbijały refleksy świec misternie utkane pajęczyny. Kiedy był tu ostatnio? Dawno, przebywał tu tylko wtedy, gdy chciał wprowadzić poprawki w swoich mapach bądź sprawdzić swoje wiadomości, ubrane w pergamin między okładkami opasłych tomiszczy. Usiadł przy stole i zagłębił się w ich lekturze, lecz co chwilę wracało do niego uczucie urażenia związane z przeżyciami dnia. Nee-av przechodząc koło uchylonych drzwi przystanęła, spojrzała do środka i zobaczywszy kto siedzi przy stole nad rozłożonymi księgami i porozrzucanymi tu i ówdzie mapami zastanowiła się: „Inteligentny, ale nie przemądrzały, a przy tym skrupulatny jeśli chodzi o przetwarzanie swej wiedzy. Czyżby te wszystkie tomy i karty były jego dziełem? Dumny, choć nie zadufany w sobie. Prawdę powiedział Aldur, że mogłabym mieć z nim problemy. Jeszcze tak krnąbrnego kompana nie miałam, ale zegnę mu kark. Żeby tylko jeszcze zdolności w boju były równie duże jak jego upór. Może zapewnienia księcia nie są tylko pustymi słowami, ale przecież nikt nie pozbywa się najlepszego żołnierza… bez powodu. Co ukrywasz przede mną elfie?” Wtedy Thevin wstał i ruszył ku drzwiom. Zadumana Nee-av szybko przerwała swe rozważania i schowała się w ciemnościach pokoju nieopodal schodów.Elf zszedł po nich i widać było, że ma zamiar gdzieś wyjść. „Gdzie on się wybiera o tak późnej porze? Czyżby miał zamiar opuścić miasto? Niedoczekanie jego! Zobaczę dokąd mu tak spieszno.” – pomyślała elfka. Thevin ruszył ku bramom miasta, by po ich przekroczeniu ruszyć do lasu sprężystym krokiem. Nee-av szła jego tropem, gdy nagle ujrzała jak z bok skacze na niego pokaźnych rozmiarów wilk. Przewrócony zaczął się ze zwierzem tarzać po ziemi, starając się trzymać z dala pysk zwierzęcia uzbrojony ostrymi kłami od swojej krtani i twarzy. Widząc co się dzieje Nee-av nie myśląc ani chwili wypowiedziała kilka słów i w tym momencie jej dłoń wypełniła ognista kula, którą pchnęła w wilka. Ten odskoczył, a pocisk otarł się o rękę Thevina. Elf syknął z bólu, a wilk warcząc podchodził okręgami do czarodziejki. Ta od czasu do czasu rzucała ostrzegawczo mniejsze kule, ale zwierz był coraz bliżej unikając miotanych pocisków. W pewnym momencie dało się słyszeć gromki śmiech. Zdumiona Nee-av rzuciła tylko:
- „Czyżbyś postradał rozum, atakuje nas wilk, a ty zamiast się bronić śmiejesz się ?!? W ten sposób go nie odstraszysz.”
- „Nie, ale nie muszę, a Ty skończ tę zabawę ognikami, bo i tak z tym wilkiem to na nic się zda.”
- „A Ty skąd się taki mądry nagle zrobiłeś?! Dopiero co próbował dobrać Ci się do gardła.”
- „On??? Ty chyba nie wiesz o czym mówisz?! Twoja ognista kula wyrządziła mi więcej szkody niż on mógłby do samego rana. Więc skończ ciskać tym ogniem i stań za mną, bo ten wilk już się do Ciebie zraził od początku Waszej znajomości. Stań bezpiecznie za mną, bo za Twoje „gorące” powitanie jest Ci w stanie skoczyć do tej pięknej twarzyczki i pokryć ją brzydkimi bliznami.”
- „Przepraszam, nie wiedziałam…”
- „Dokładnie. Nie wiedziałaś, więc czas się nauczyć. Nie śledź mnie, bo to Ci przyniesie więcej szkody niż pożytku, a od teraz nie rób gwałtownych ruchów, to uspokoję tego wielce niebezpiecznego zwierza.” – rzekł z przekąsem, po czym wykonał gest ręką, powiedział kilka słów i wilk przestał zachowywać się agresywnie.
- „Teraz nie ruszaj się gwałtownie, a wilk nic Ci nie zrobi…, a przynajmniej nie w mojej obecności.”
- „Wiesz co, chyba mnie nigdy nie przestaniesz zaskakiwać. Nie zawsze były to miłe zaskoczenia, powiedziałabym nawet, że są one w mniejszości, i mimo tego, że należymy do tej samej rasy nie potrafię odgadnąć motywów, jakimi się kierujesz, a gdy wydaje mi się, że już wszystko zaczyna mi się układać w logiczną całość, Ty robisz coś, co burzy ten porządek i zaskakuje mnie z zupełnie innej strony.”
- „Taki już jestem Pani. Musiałem się nauczyć adaptować do różnych sytuacji, kultur i środowisk będąc podobnie jak Ty posłem. Ty też się tego nauczysz szybko w tym zawodzie, bo na moje spostrzeżenia, to raczej początkująca w tym zawodzie jesteś. To chyba jedna z Twoich pierwszych misji dyplomatycznych, czyż nie tak?!? Nie musisz odpowiadać, to widać. A teraz wstańmy i zbierzmy się, nim nas tu zastanie świt.”
To rzekłszy wstał i zaklął w stronę Nee-av: „A bodaj by Cię magogi swymi czarami poczęstowały. ” i zaczął się rozglądać wokół.
- „Czego szukasz? Może Ci w tym pomóc?”
- „Szukam rośliny, która mogłaby przyspieszyć gojenie oparzenia, które nieopatrznie spowodowałaś.”
- „To nie trzeba się było nocą wymykać z domostwa.”
- „Wymykać??? Wyszedłem drzwiami, nie oknem i na dodatek nie ukrywałem, ze wybieram się gdzieś. A jak dobrze pamiętasz słowa Aldura, to wiesz, to przysięgi jeszcze nigdy nie złamałem. Tak więc nie rozumiem dlaczego mnie śledziłaś? Co Ci to dało? Według mnie nic.”
- „Cóż, mamy razem podróżować, więc chciałam się coś o Tobie dowiedzieć…”
- „A zapytać normalnie nie umiałaś ? Czy to takie trudne A poza tym, chyba każdy mieć swoje tajemnice, nie uważasz?! Ja nie szpieguję, aby coś się o Tobie dowiedzieć. Nie zawracam sobie tym głowy. O nareszcie znalazłem!”
Schylił się i zerwał kilka liści małej roślince, zmiażdżył je w dłoniach i przyłożył do rany owijając kawałkiem płótna.
- „Nie musisz tego robić.” – rzekła Nee-av, po czym przyłożyła dłoń do jego przedramienia. Chwili z dłoni zaczęła sączyć się drobna, jasna poświata i ciepło zaczęło wypełniać jego rękę.
- „Czy ty chcesz mi ją teraz całkiem spalić?!” – rzucił Thevin wyrywając jej z ręki przedramię. - „Uspokój się i daj mi ją wyleczyć.” – odpowiedziała zniecierpliwionym głosem – „I przestań uważać mnie za zło wcielone, bo wtedy naprawdę będziesz miał ze mną piekło, rozumiesz?!” Elf coś odburknął pod nosem i poddał się niechętnie jej woli.
- „Ale jeśli cokolwiek będzie nie tak to mnie popamiętasz.” – rzucił ostrzegawczo.
- „Nie mów tyle, tylko daj mi tę rękę i pozwól działać, martwić będziemy się potem.” – i ponownie ujęła go za przedramię. Thevin spojrzał na swą ranę i stwierdził, że zaczyna zanikać. Gdy leczenie dobiegło końca rzucił zdawkowo:
- „Dziękuję, nie musiałaś, roślina spowodowałaby ten sam skutek.”
- „No nie, pomożesz takiemu i jeszcze kaprysi, co Ty masz przeciwko światu, prowadzisz wojnę z całokształtem istnienia?!?”
- „Wystarczy, ze jesteś moją seniorką. Nie oznacza to jednak, że muszę Ci się spowiadać z moich poczynań czy tez pobudek pobudek od razu zanudzać historią swego burzliwego życia, która i tak zanudziłaby Cię na śmierć, a więc oszczędź sobie i mnie uszczypliwości i graj swoją rolę, a ja będę grał swoją. Tak będzie dla nas obojga najlepiej.”
- „Ale chyba mogę wiedzieć do czego jest zdolny lub nie mój podwładny, w końcu życie moje i orszaku będzie częściowo zależne od Twoich umiejętności.”
- „To zdaj się Pani na nie, a zobaczysz ile są warte, a jeślibym miał zdradzić coś ze swoich sekretów, będziesz pierwszą, która się o nich dowie. Czy to Cię satysfakcjonuje?”
- „Częściowo, ale zgadzam się na te warunki. Lepiej w mej sytuacji mieć Cię za przyjaciela niźli wroga.”
- „Tak więc zbierajmy się skoro już uzgodniliśmy wszystkie sprawy, bo nie wyruszymy skoro świt.” - „Czemu taki pośpiech? Mamy kilka dni w zapasie.”
- „Ale na razie jesteśmy jeszcze w zamieszkałych okolicach. Będziesz jeszcze Pani przeklinała, że nie mamy go więcej, gdy będziemy się wlekli po drodze i trwonili ów zapas, którym teraz tak nieroztropnie szafujesz.”
- „Tak więc wracajmy i szykujmy się do wymarszu skoro tak uważasz, zapasy są już uzupełnione, a ja chciałam tylko dać odsapnąć swoim ludziom.”
- „To dobrze o Tobie świadczy. Niewielu już stara się dbać o swoich poddanych, ale czas nie jest nam przyjacielem i cały czas ucieka, więc my nie pozwólmy mu na to i sami przyspieszmy kroku.” Szli cały czas milcząc, a obok nich stąpał wilk, również nie wydając z siebie głosu, co chwilę ocierając się to o Nee-av, to o Thevina, bądź znikał w zaroślach, by wykonać symulowany atak z zupełnie innej strony niż ta, w którą pobiegł. Przy pierwszym takim „ataku” elfka odruchowo w obronie chciała rzucić ogniem, ale została w porę powstrzymana silnym uściskiem ręki.
- „Auu. To boli!”
- „Ciebie zabolałoby to jeszcze bardziej, gdybym tego nie zrobił. To jest mój przyjaciel, ale nie wiem czy ponownie zdołałbym go powstrzymać, gdyby rzucił Ci się do gardła. On nie jest uległym pieskiem, to w jego kwestii jest czy mnie posłucha czy nie, więc lepiej uważaj na swe ruchy, bo nie wiem czy zawsze mi się go zdoła utrzymać w uległości, a tak naprawdę Ciebie uchronić przed skutkami Twoich nierozważnych poczynań. Może z czasem przyzwyczaisz się do Blizny, bo tak go na-zwałem, a on do Ciebie i wtedy poznasz w nim dobrego kompana do wędrówek, albo sama znajdziesz sobie zwierzęcego towarzysza.”
- „A może Ty znajdziesz mi takiego?”
- „Znajdziesz??? Źle mnie zrozumiałaś. Na przyjaźń dzikiego zwierzęcia trzeba sobie zasłużyć, bo tak naprawdę to zwierzę wybiera człowieka, a nie na odwrót. Traktuj je na równi z sobą, a może w końcu któreś zdecyduje się do Ciebie przyłączyć. Są co prawda wyjątki od tej zasady, ale to zależy tylko od zwierzęcia, czasem od gatunku do którego należy, lecz to już jest kwestią doświadczenia w obcowaniu ze zwierzętami. To dlatego druidzi są w tym tak dobrzy. Żyją z nimi w harmonii od naro-dzenia, bronią ich praw i terytoriów. To powoduje, że mają więcej przyjaciół wśród fauny niż u społeczeństw cywilizowanych, ale nawet oni szybko decydują się na swego pupila, z którym przebywają więcej niż z innymi. I gdy z tej pary zginie zwierzę druid dopiero po długim czasie odzyskuje równo-wagę ducha, jeśli zaś on zginie to pupil oddala się i żyje z dala od wszystkich w samotności cierpiąc, bądź, co zdarza się o wiele częściej, sam popełnia samobójstwo.”


Ciekawostki







Czy wiesz, że gdy w przedmiot wymagający np. znajomość miecza, wkujesz ring np. ze znajomością magii o większej wartości, to miecz zmieni wymagania?
Drogowskaz
Cenega

Cenega Sklep

Ascaron Fansite

Imperium Diablo

gry RPG, cRPG, recenzja, solucja


Insimilion

Insimilion

Fable

Wiedźmin 2

Dragon Age


HackSlashSite

Fabryka Snów



Valid HTML 4.0 Transitional

Copyright by www.sacred.pl team 2004-2017
All rights reserved.
Wykonano 4 zapytań do bazy podczas generowania strony.