Serwis Sacred Plus i Podziemia Sacred 2 Sacred 3 Citadel
Serwis

Logowanie
Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Zapomniałem hasła!

Opowiadania



Historia Ścieżki Ognia

autor: KsiądzRobaQ


Akt I: Znak od Bóstw

Pewnego wieczora, kiedy już Księżyc czerwienił się od blasku Neurona, czyli olbrzymiej, starej gwiazdy, a w lasach swoje pieśni zaczęły przygrywać różne ptaki z lasu Mohrralskiego, do ogniska przysiadł cały ród Magusów z Bladego Zakątka. Nad ogniskiem okapywały z tłuszczu przednie udźce Nielota, a obok, na niebieskim płomieniu podgrzewało się tradycyjne, korzenne piwo, według przepisu najstarszych Mnichów, prawdopodobnie z Szóstej Dekady Drugiej Ery.
Wszyscy bawili się świetnie. Na swojej harfie Laterańskiej przygrywał Naczelny Spotkań - Elmir Ognistooki. Nikt prócz niego nie umiał przygrywać tak pięknie znanych melodii Doliny Nielotów, takich jak "Skarb Smoka", "Przygody Czas", "Praca Krasnoludzka" czy "Wyprawa Berusa". Do tych uroczych melodii przyskakiwali wszyscy zgromadzeni Magusowie: mali i duzi, chudzi i grubi, wysocy i niscy, młodzi i starzy (a trzeba wiedzieć, że najstarszy z uczestników, a właściwie nawet mieszkańców Doliny, dwunasty syn czternastego króla krainy Mortharu, był Farier Żelazny, liczący sobie już ponad 460 lat), a wraz z nimi zaprzyjaźnione Elfy oraz Krasnoludy z kopalni ebonitu w Calmorze.
Nagle na Niebie objawiło się zjawisko Zorzy. Elmir przestał grać na Lateranie, a cały zgromadzony tłum skończył skoczne tańce i stanęli zadziwieni widokiem. Na czarnym Niebie pokazał się wielki, szeroki pas, otaczający chyba cały Morthar. Z wybuchu każdej Gwiazdy znajdującej się na horyzontalnej pasa, Zorza w tym miejscu ukazywała wszystkie widziane ludzkiemu oku kolory: od czerwonego przechodząc przez zieleń, niebieski, fiolet, żółć, aż po rażącą biel, która jaśniała tak długo, jak przeciętny człowiek przejdzie wolnym chodem miarę tysiąca łokci. Kiedy Daron, mistrz sztuki Lodu, rzucił w kierunku zamarznięty Lodowy Szpic, w chwili zetknięcia z Zorzą rozprysnął się na tysiące migających kolorami odłamków.
W tym czasie Magusowie Ziemi z Błotnistej Góry potajemnie wystrzelili w Niebo ogromny obłok magmy, który po zderzeniu z Zorzą spłonął potężnym, brązowo-czerwonym płomieniem, który do kolejnego Wschodu Słońca rozświetlał całą Kulę.
Tradycja Mortharu nakazywała w czasie Przesilenia Płomienia (czyli zjawiska wybuchu wysłanej magmy, która jest kumulowana przez Magusów Ziemi, wszyscy inni sądzą, że to znak od Bogów) nie kłaść się do łóżek, lecz przez okres Przesilenia do Szczytowania Słońca przygotować Festyn Przesilenia w wszystkich Dolinach Mortharu.
Do Wschodu mieszkańcy Zakątka (bo to tu miał się odbyć festyn Jedenastej Doliny) przygotowywali wielką fetę. Rozpalano kolejne ogniska, zapalono Światła w Kotłach, a między nimi mistrzowie sztuki Ognia wyczarowali łączenia poprzez specjalnie przedłużone Płonące Bełty, a kucharki szykowały najprzedniejsze żarło i piwo.
Po wielkich, męczących przygotowaniach do Bladego Zakątka przybyli wszyscy mieszkańcy Doliny. Wraz ze Wschodem na specjalny, magiczny piedestał stanął król Doliny - Remus III. Wygłosił on następującą mowę (a jako że uwielbiał fakty historyczne oraz astronomię, jego wypowiedź przenudziła wielu obecnych, a zwłaszcza Orków):
"Szanowni obywatele Doliny Nielotów! Magusowie, Elfy, Krasnoludy, zaprzyjaźnieni Orkowie i Ludzie! Wczoraj wieczór byliśmy świadkami pięknej, wielkiej, obfitej Zorzy. Jak mi wiadomo od Wysłanników Bogów, Zorza była symbolem od Małżeństwa Bogów Pokoju - z tegoż oto małżeństwa doczekaliśmy się narodzenia Potomstwa Pokoju! Nadchodzi Nowa Era, Era, która w najbliższym czasie będzie zapowiadała wszechwieczną Równowagę. Wszyscy mieszkańcy Kuli, żyjący w Ósmej Dekadzie Sześćdziesiątej Ery, niedługo na Niebie pojawi się nowa gwiazda, a kiedy gwiazda ta w pełni będzie błyszczeć w Przestworzach i wypełni sobą malutką część Pustki, będziemy świadkami rozpoczęcia Pierwszej Dekady Sześćdziesiątej Pierwszej Ery, która, według zapisków Wędrowca, Pielgrzyma i Uciekiniera, będzie znakiem wszechobecnego Pokoju!
Lecz teraz nie zgromadziliśmy się po to, aby rozważać na temat przyszłości naszej kochanej Matki Kuli, która była wytworem zderzenia Konstelacji Syriońskiej z Czwartą Częścią Pustki. Dziś bowiem zjawiliśmy się tutaj, aby uczcić objawiony Znak Bogów, którym w tej ostatniej już Dekadzie tej Ery była Zorza, tak rzadka, jak ukazanie się Ducha Uciekiniera czy Odwrót Pustki. Tradycją jest, spisaną w Księdze Tradycji Wszelakich, jest po Zorzy, udać się do Stolicy Przyjęć Dolin, w tym przypadku jest to Blady Zakątek, który znajduje się nieopodal Miasta Pielgrzymów, na wielki festyn.
Z tego miejsca chciałbym serdecznie podziękować wszystkim tu zgromadzonym Magusom za urządzenie tej wspaniałej, kolorowej dekoracji. Chciałbym podziękować także tutejszym kucharkom, który tak pięknie zastawiły stoły, nad którymi będziemy zasiadać. Równie pięknie chciałbym podziękować Krasnoludom z pobliskiej kopalni oraz zaprzyjaźnionym Orkom z XXVII Rodu Orków, którzy ze względu na przyjazd naszych szlachetnych Paladynów zebrali w jedno miejsce swoje najlepsze dzieła do wszelakich sztuk wojennych, abyśmy mogli podziwiać ich piękno i moc.
A najserdeczniej chciałbym podziękować Naczelnemu Spotkań - Elmirowi Ognistookiemu, który najzręczniej jak potrafił dyrygował całymi przygotowaniami. Mój przyjacielu, jeśli raczysz, podejdź tu i przekaż nam swoje prawdy." Po swojej iście długiej Remus III zszedł z piedestału i ruszył w kierunku Ognistookiego. Obydwaj przywitali się ze sobą serdecznie, jak przyjaciele z dawnych lat. Poszeptali trochę i król, obejmując swoją masywną ręką muzyka za ramiona i zaprowadził go na piedestał. Ten zmieszał się trochę i po krótkiej chwili zaczął przemawiać:
"Drodzy mili! Dziękuję Wam, żeście byli skłonni tu zawitać. W ten sposób ukazaliście mi wasze zausfanie do mojej skromnej osoby i do całego Bladego Zakątka. Cóż więcej mogę powiedzieć? - tu zawahał się chwilę, póki nie poczuł wyśmienitego zapachu pieczeni składanej na stół - "Ekhm... zapraszam do stołu, bo już widzę, jak nasze śliczne, pulchne kuchareczki niosą smakowite udźce z Nielotów upolowanych przez naszych dzielnych elfickich myśliwych (tu mlasnął żałośnie)... Dziękuję."
Po przemowie wszyscy ruszyli do stołów. Kramarzom i kowalom jedzenie podano do stoisk. Atmosfera była wyśmienita. Wszyscy ze sobą rozmawiali, o wydarzeniach w wielu odbytych już Wojen i o Wojnie teraz trwającej, o obyczajach ludowych, o nowych geograficznych odkryciach astrologów, o rozwijającej się sztuce magii, o dzielnych Paladynach z zamku w Verdanii, o różnych legendach i, oczywiście, przenajróżniejszych ploteczkach starych babć - a to ten się ożenił, ten zmarł, temu się dziecko urodziło, tego do armii pobrali.
Wreszcie nastąpiło Górowanie Słońca. Carl, sztukmistrz magii, w miejscu, gdzie Słońce świeciło najmocniej, ustawił Magmowy Pal. Remus III rzekł krótko:
"Panowie i panie, taniec najwyższy czas zacząć!"
Na swoje honorowe miejsce przysiadł Elmir. Ze swojego Kotła przywlókł Laterankę, wyprostował palce, potupał stopami o glebę, gwizdnął raz, drugi, odetchnął głęboko i... zaczął grać.
Zaczął od iście chaotycznej melodii - "Lotu Nielotów". W tym czasie, wszyscy wesoło podskakując, ustawili się w okręgi, podług przynależności rasowej. Łącznie wokół Pala zagorzały cztery kręgi: Ludzi, Orków, Elfów i Krasnoludów. Pośrodku zaś stanął sam Remus, który stanąwszy przy Palu, wyciągnął swój piękny, długi miecz, zwany Zwieńczycielem. Zaklęty, a jakże pięknie błyszczał w blasku Słonća, jak ostry był blask, tego nie da się opisać słowami!
Nagle Elmir fałszywie przeciągnął strunę... wszyscy oniemieli. "Co też on wyprawia?" - słychać było głosy między tłumem. Tymczasem muzyk przez długi czas przeciągał ten okropny, fałszywy dźwięk, który brzmiał tak ohydnie, jak wrzask wściekłego Trolla górskiego. Wtem... przerwał tą niezręczną grę nut i powoli wysnuwał tak ciche, ale piękne odgłosy, raz to jednej struny, potem z dwóch, trzech, aż...
"Wrzask pod Kanionem!" - wykrzyknął uradowany Carl (a była to jego ulubiona pieśń, bodajże przekomponowana).
I nagle słychać było przyjemną, wesołą, skoczną, szybką muzyczkę. Wszyscy tancerze ustawili się w pary, które następnie utworzyły piękną, długą szarfę, która z lotu ptaka przypominała wspaniałą, wieczorną Zorzę.
Kiedy towarzystwo tańczyło w takt melodii, Paladyni zaglądali do kramu w wszelakiej maści brońmi. Orkowie pokazali swoje potężne topory - obosieczne Bahamuty, jak miał zwyczaj mówić na nie największy orkijski wojownik - Rashz Kug-Nakharr. Rękojeść takiego Bahamuta była wykonana z twardego drewna bukowego z Lasów Orkijskich, a na niej - idealnie wyryte wzory i symbole orkijskie, które stosowane były od czasów Wojny Pokoleń Smoczych. Natomiast część sieczna toporów była wykonana z poczwórnie uszlachetnianej stali z Gór Akermanii, ponoć tak twardej, że nawet Smok nie zniszczyłby jej za pierwszym ciosem. Za to ostrza były ostrzone tą samą stalą, tyle że dzięsięćkroć uszlachetnianą. Ponoć są tak ostre, że przerzynają całe ciało człowieka, jak nóż przecina kostkę masła. Jednakże Paladyni byli wprost zachwyceni widokiem krasnoludzkiej broni palnej (choć, mówiąc szczerze, nie powinni być tym zainteresowani, bo to nie w ich Kodeksie leży). Już cała impreza miała dobiegać ku końcowi, gdy...

Akt II: Smoczy najazd

Nad Lasem Nielotów pojawiła się wielka, czerwona łuna. Z czasem zaczęła przybliżać się do Zakątka. Łuna ta jednakże nie była zwykłą łuną - za nią widać było jakieś czarne punkty, obiekty, coś, co wyglądało bardzo dziwnie.
Nagle zawiał potężny wiatr, który wydawał z siebie głośny, nieprzyjemny świst. Praktycznie wszyscy przybysze zostali powaleni na ziemię. Co niektórzy nawet spotkali się już z Otchłanią, gdzie dopełnili swojego żywota. Ale to jeszcze nie było najgorsze...
Ogień dotarł do Bladego Zakątka. Wszystkie pobliskie Kotły zaczęły płonąć tak śmierdzącym płomieniem, że kolejne setki istnień wprost zadławiło się tym wstrętnym odorem. Przy życiu ozostali się praktycznie tylko Magusowie, którzy już na widok samej łuny nad Lasem otoczyli siebie Ochronną Kopułą, Orkowie, którzy wychowani w ekstremalnych warunkach życiowych potrafili wybrnąć z najgorszych opresji, oraz Paladyni, których łaską obdarzyli sami Bogowie Ognia. Cały Zakątek wręcz tonął w krwi, która polała się z wielu nieszczęsnych Ludzi, Krasnoludów i Elfów, którym brama Otchłani jeszcze się nie otworzyła i teraz ich dusze błądzą zagubione po Kuli, szukając dojścia do Krainy Spokoju Wiecznego...
Potem zza łuny wyjawił się... Smok Pankrokgh. Stanął na jeszcze nie zniszczonych przez ogień Kotłach, zabijając kolejne matki z dziećmi. Zionął wokół ozostałych, żyjących istot, uniemożliwiając im ucieczkę. I zaczął przemawiać...
- Śmiertelnicy! Co wy tutaj jeszcze robicie? Myślicie, że Armie Ciemności będą tutaj tak niewiernie czekały, aż jakiś kocurek je pogoni i pognają, gdzie pieprz rośnie? Źle myślicie...
- Cóż cię tutaj sprowadza, przeklęty Pankrokghku" - wykrzyknął przerażony, ale wciąż twardy Remus - Czemuż to akurat nas wybrałeś za swoje ofiary?
- Nuuu... to nawet się nie domyślasz, smarkaczu!? Jak myślisz, czy przybyłem tu sam? Tak myślisz? Grubo się mylisz... Armie Ciemności właśnie tu przybywają, bo właśnie Kocurek je wygonił. Ale nie... nie... Tak łatwo się nie oddamy... Musimy coś oddać od siebie, prawda? No, ale brakuje nam pancerza, brakuje nam broni dla naszych Szkieletorków... I właśnie przybyliśmy się z wami zabawić, bo słyszałem, że stoły syto nakryte, a i broni nie brak, więc pozwól, że się poczęstujemy tym smakołykiem...
- Nigdy!
- Taaak... Trzeba było grzeczniej odpowiedzieć... Mój drogi, przecież bramy Otchłani nie otworzyły się jeszcze dla ciebie, skarbeńku. No cóż... nie będę żałował, że się jeszcze nie otwarły!
I tak poginęli wszyscy zgromadzeni biesiadnicy. Jedynie dusza Carla zasłużyła na otwarcie bramy Otchłani, reszta zagubionych dusz zaczęła błąkać się po Kuli, obserwując bieg wydarzeń...
- Dobra - rzekł Smok - Sprawa załatwiona. Możecie brać tyle, ile wam się podoba. Weźcie zwłaszcza te krasnoludzkie muszkiety, przydadzą się kiedy będziemy najeżdżać na zamek.
- Ale czy tego nie jest za mało? - zapytało się okrutne Smoczysko Lodu: Terpech - Musimy jeszcze wyruszyć w głąb, przecież z tego nie utrzymamy się przy dominacji.
- Masz rację... A jakie miejsce proponujesz?
- Szczerze, Pankrokghku... nie mam pojęcia. Na razie lećmy przed siebie, może upolujemy jakąś zdobycz. Zresztą - do Północy jeszcze sporo czasu, na pewo spotkamy jakąś wioseczkę.
- Mówisz... Niech będzie. Szkieletory, do mnie!
Tymczasem w Zakątku pojawiła się olbrzymia armia Szkieletorskich Rycerzy. Liczyła ona ponad stu tysięcy kościstych Nieumarlaków. Grupa ta dzieliła się na sto mniejszych, czyli z grubsza po 1000 Szkieletorów na Oddział. Każdym oddziałem przewodniczył Mistrz, który kiedyś, jako istota żyjąca, odznaczała się wielką odwagą w walce. Nieprzypadkowo Mistrzem Siódmego batalionu był sam Remus III, poległy dosłownie parę chwil temu...
Remus III był bohaterem wielu walk, które nieraz zaważyły o losach Matki Kuli. W Wojnie Żywiołów, stawając po stronie Żywiołu Ognia, podczas Dwieście Pięćdziesiątego Czwartego Wschodu, oderwał z ruin Adrhha-Gnock na Północnej Pustyni Orkijskiej słynny miecz, który Tymczasowy Bóg Wojny Ethar wbił w to miejsce, po tym jak Smocze Armie zraniły go w prawe ramię i nie mógł dłużej walczyć u stóp śmiertelników. Dzięki temu mieczowi Remus wymordował całą rzeszę Krasnoludów na Górze Thora, co przyniosło mu potem rozgłos na całej Kuli, a miecz ten na cześć jego i Ethara nazwano "Synem Ethara". W czasie Interwencji Bogów opowiedział się po stronie Ognia i ruszając na twierdzę na Górze Thora, Remus świetnie dowodził armiami Elfów oraz Magusów sztuki ognia. Zwycięstwo Ognia uwieńczono przebiciem serca dowodzącego grupami Żywiołu Wody oraz króla Doliny Mórz - Rothallina XXVII. Remusa Bóg Ognia ogłosił Wybawicielem (co dawało mu praktyczną nieśmiertelność), aż do feralnej Wojny Pokoleń Smoczych, kiedy to Remus opowiedział się za stroną... Wody. Znaleziono zapisek, w którym jest napisana rozmowa Remusa III i Boga Ognia:
- Remusie, Wybawicielu, dlaczegoż mi to uczynił? Dlaczegoż opowiedziałeś się za stronnictwem Wody, która w końcu utopi całą Kulę?! Która wyniszczy wszystkie żywe istnienie!
- Zrozumieć mnie proszę, o Wielmożny...
- Co mam niby zrozumieć?
- Daj mi dokończyć, Wielmożny...
- Tak więc, słucham...
- Dlaczego mam się opowiadać za stroną Ognia, skoro i tak Ogień równie dobrze może wyniszczyć Kulę? Nieraz byłem świadkiem makabrycznego zjawiska palenia się żywcem istot śmiertelnych...
- Mów dalej...
- Dlaczego mam się opowiadać za stroną Ognia, która nie dała mi satysfakcji z walki?
- Jak to? Pozwoliłem ci wziąć ten wspaniały oręż, z którym byłeś niepokonany?!
- To była walka nieuczciwa... niehonorowa... Walczyłem jak głupi, zabiłem tysiące, o ile nie miliony niewinnych istnień...
- A dlaczegoż myślisz, że niewinnych? Przecież sprzeciwiali się prawdom jednego z Najjaśniejszych! - Nie tylko ty jesteś Najjaśniejszy... inni walczyli z w imię swoich...
- Milczeć! Głupcze zbluzgany! Cóż masz jeszcze na swoje usprawiedliwienie?
- Będę walczył w obronie istnień uczciwych, a nie pragnących władzy...
- AAAAACH! Głupcze niewierny! Powiedz szczerze, czegoś pragnął na tej Wojnie?
- Nie pragnąłem walczyć, pragnąłem tylko umrzeć... Umrzeć, ale honorowo! Miałem dość
panowania na tym całym chłamem? Coś jeszcze? Czy coś jeszcze?
- Nie... niech cię spotka kara, na jaką zasłużyłeś...
- Żadnej kary się nie boję... Czyli?
- Pewnie myślałeś o tym, że dałem ci dar nieśmiertelności, bluźnierco...
- Wiem. I chciałem się zwrócić do Ciebie o uchylenie tej kary...
- Kary? A więc nie podoba ci się życie tutaj, na Kuli?
- Nie... Bo już za wiele przelało się tutaj krwi... płonącej krwi... Nie mogę na to patrzeć...
- A więc będziesz musiał...
- CO???
- Tak. Drzwi do Otchłani będą dla Ciebie zamknięte, na wieki.
- Jak śmiesz, ty stary...
- Aha...
- To znaczy, eee, to znaczy...
- Milczeć! Bramy i tak już były zamknięte wcześniej. Żyj, ile ci się podoba, ale pamiętaj, że spełni się wola Trzeciego Proroctwa...
I tak się stało. Remus nie zdołał dokonać wiele, więc pewnej Północy uciekł do Doliny Nielotów, gdzie po 25 Erach został mianowany królem. Aż do dnia dziesiejszego, kiedy jego zabłąkana dusza musiała trafić za duszę innego, tchórzliwego śmiertelnika, który przyjął rolę Mistrza Batalionu. Jednakże jego duszą zapanowało to samo Bóstwo, co wcześniej zamknęło przed nim bramy do Wiecznego Szczęścia... Teraz był absolutnie poddany Smokom wszelakiej maści, które zawarły Pakt Ognia Smoczego...
Pankrokgh wydał polecenie - Naprzód!
Remus również wydał poleczenie Oddziałowi, trzymając plamę zbluzgania: Naprzód...
Perspektywa przyszłości Mortharu nie była ciekawa. Armia Ciemności postanowiła zmierzyć w kierunku, gdzie Słońce miało zwyczaj świecić, kiedy gwiazdozbiór Marma zaczynał świecić pełnym blaskiem, a Neuron zaczynał przyświecać na Księzyc, czyli w kierunku wschodnim. Po drodze na wschód pierwszym punktem, na jaki miałaby napotkać się Armia, był zamek Veros, gdzie zasiadywał zastępca króla...
Nastąpiło Szczytowanie Księżyca. Pankrokgh uwielbiający atakować z zaskoczenia, zaproponował Terpechowi:
- Słuchaj... widzisz ten zameczek?
- No tak, widzę...
- To czekaj, zastopuj lot...
Smoki przystanęły, niszcząc malutką wioseczkę orkijską Rasshak.
- To co cię takiego naszło? - zionął Terpech - Nie wspominaj tamtej walki, bo to była porażka... - Nie, nie. Ta akcja nie będzie tak słaba jak ta Blada.
- Co masz na myśli?
- Ty zawsze byłeś słaby z historii... o Blady Zakątek mi chodzi.
- Aha...
- Dobra. Słuchaj. Będę się streszczać, bo Szkieletory zaraz zostaną wchłonięte. Nie będziemy oznajmiać przylotu. Zasłonimy się Karpachhem. No właśnie... Karpachh?
Karpachh był Smokiem Ciemności. Był wielki jak Góry Topolorskie - swoim cielskiem mógłby powalić armię dziesięciu tysięcy Trolli górskich. Akurat przystanął - musiał zajrzeć do Jaskini Smoczych Skarbów. Po paru chwilach ukazał się Smokom.
- Trochę się spóźniłem. Wiecie, dzisiaj to ja miałem wartę.
- No przecież! - zdumiał się Terpech.
- Działo się cos przez ten czas?
- Kompletnie nic - odrzekł zawiedziony Pankrokgh - Tylko parę udek na podwieczorek.
- A zostało coś dla mnie? Jestem strasznie głodny!
- Nie teraz, głodomorku. Zaraz dostaniesz prawdziwy kąsek.
- Taaak? A to niby jaki?
- Samego następcę tronu - Ratrosa IV.
- O! To ten mięśniak, o którym gderały te stare baby z Ślepego Bagna?
- No tak, to te gderały. To dopiero była prawdziwa walka...
Wspominając to trzem Smokom zakręciły się łzy w oczach.
- Do tej pory mam jadłowstręt - tak się przejadłem! - wrzaśliwie beknął Pankrokgh - Ale dobra. Nie ma czasu na gdybanie. Mamy tylko parę chwil do wchłonięcia Szkieletorów. Słuchajcie. Karpachh - będziesz nas osłaniał. I żadnych znowu! Bez twojego udziału prędzej wyrżną nam połowę Armii, niż skonsumujesz ciało tego Ratrosa. Pamiętaj, aby nie pojawić się pod blask Księżyca, bo będzie po ataku. My będziemy lecieć za tobą. Szkieletory wkroczą wtedy, kiedy zabijemy następcę. To powinno znacznie osłabić pozycję Mortharu. Wszystkie woja Magusów sprowadzą się właśnie tutaj, aby sprawdzić przyczyny morderstwa. My w tym czasie odlecimy na północ, by w końcu wyrównać porachunki z kochanym księciuniem...
Pankrokgh tak przedłużył rozmowę, że po chwili, jak zaczęli obmyślać plan, Armia Szkieletorów została wchłonięta. Odziwo ozostał się jeden: sam Remus... Smoki spoglądały na niego z zadziwieniem. Odezwał się do niego Terpech:
- Ale, ale... jak to możliwe?
- Normalnie - odpowiedział chamsko Remus.
- Przecież nastąpiło wchłonięcie, a ty... ty tu jeszcze stoisz! Jakim cudem nie przeniosłeś się do Otchłani Szkieletorskiej?
- Taaa... Przecież ten baran nie pozwolił mi spoglądać na piękno Dna.
- Co takiego? - zdziwił się, ale z jakim zadowoleniem, Smok Wody - A tak, tak, faktycznie... masz przy sobie ten mieczyk?
- Jakże by inaczej.
Mowa tu była o Synu Ethara.
- No to świetnie, towarzysze. Niepotrzebne są nam na razie te tępe Szkieletorciska. I tak mamy mało czasu. Musimy czym prędzej ruszyć. Lecz rozegramy to trochę inaczej...
Neuron przestał wydawać aurę. Był to doskonały moment na uderzenie. Właśnie zaczęła się Wojna Tronowa...

Akt III: Wojna Tronowa

Pierwszy ruszył Remus. Jak zwykle dumny i pyszny. Założywszy na siebie charakterystyczną dla Magusów szatę, zajrzał pod bramę zamku, gdzie zaczepili go dwaj strażnicy. - Stój!
- Ty mi nie będziesz rozkazywał, miernoto!
Wyciągnął Syna i jednym, kołowym ruchem ręki odciął strażnikowi oboje uszu. Gdy drugi miał już krzyczeć o pomoc, Remus zadał mu brutalny cios w serce. Po chwili pod stopami Szkieletora ukazały się dwa trupy, a pod nimi ogromna plama czerwonawej krwi...
Jakiś mieszkaniec zauważył tą bójkę i krzyknął o pomoc. Już po chwili podbiegło tam koło dziesięciu strażników, którzy zaczęli wypytywać mieszkańca o przebieg zdarzenia. Wskazał przy tym jego miejsce. Strażnicy ruszyli tam i faktycznie zauważyli dwa makabrycznie pocięte ciała strażników. Jednakże nie zauważyli sprawcy. Jakże potem tego gorzko pożałowali...
Z tyłu na jednego z nich naskoczył Remus. Przepołowił go jednym, silnym cięciem. Reszta zgromadzonych strażników rzuciła się na Szkieletora, wyciągając swoje nędzne, krótkie miecze. W tym czasie Remus szybko wypowiedział formułę:
- Exhalibus ertercis meritruum morkagha ertercis tamorrok exhuma! Nagle na jego miecz skierował się dziwny promień światła. Kiedy strażnicy rzucili się na Szkieletora, ten kierując miecz na nich, wykrzyknął:
- Exlibris!!!
Promień światła zamienił się w ogromną, ognistą kulę i przedziurawił wszystkich strażników na wylot. Krew trysnęła, jakby erupcja Wulkanu sprzed niedawnych czasów. Na ten widok kobiety zaczęły krzyczeć i piszczeć, a łucznik z wieży strażniczej dał sygnał alarmowy. Był to znak dla Armii Ciemności. "Już czas..." - westchnął Terpech.
Pierwszy wyleciał Karpachh, a za nim osłonili się Terpech i Pankrokgh. Nikt nie zauważył ani nie usłyszał dość głośnego lotu, który skutecznie zagłuszał alarm. Po chwili Smok Mroku odleciał na bok, odsłaniając sylwetki obu smoków. Zaczęła się rzeź...
Najpierw do ataku ruszył Smok Ognia. Naprężył się i wyrzucił z paszczy olbrzymią Kulę Ognia, raniąc przy tym śmiertelnie ponad dwustu strażników. Do akcji wkroczyli łucznicy. Zauważywszy to Karpachh zasłonił swymi skrzydłami postacie Smoków i wszyscy jakby naglę osłupieli. Jednakże zauważono dzwine zjawisko, jakby z Pustki zaczęły sypać się Meteoryty i Lodowe Sople. - Jedenaste Proroctwo się spełnia! Zaraz wszyscy zginiemy! Nadchodzi nasz kr...
Tutaj do akcji wkroczył Remus, przebijając mu od tyłu gardło. Wysiekawszy już ponad tysiąc strażników, ruszył dalej...
Spłynęło już wiele krwi, tak wiele, że pod zamkiem ukazała się wielka, czerwono-brunatna, gęsta maź, wyglądem przypominająca jeziorem. Tak też po całych wydarzeniach to przebrzydłe zlewisko nazwano Krwistą Jeziorczyzną i miała ta nazwa trać przez wieki.
Nagle oczom najeźdźców ukazała się sylwetka Ratrosa IV. Wystawiszy swój miecz ku Karpachhowi (jak go zauważył?), rzekł następujące słowa:
- Pocośżcie tu przybyły okrutne Kreatury? Dlaczego zeście urządziły tak okrutną rzeź? Jak wam nie żal zabitych mężów i matek, a zwłaszcza tych malutkich dzieciaczków. Dlaczegoście tak uczynili!? - Taka wola mego Pana - odrzekł krótko Smok.
- Jakiego znów pana!? Z jakiegoż to szatan się wyrwaliście, żeście teraz mnie prześladujecie? Mnie następcę tronu, rozumiecie? Następcę TRONU!!!
- Tak. Wiemy. A ja byłem, jestem i nadal będę nędznym, starym Smoczyskiem.
- A kimże teraz jesteś?
- Jak to, nie widzisz? Twoją Bramą do Otchłani.
- Żartujesz sobie, nędzy pomiocie. A tylko spróbuj mnie tknąć, a gorzko tego pożałujecie! Uciekaj, póki możesz, nędzna Kreaturo!
- Nu, nu, nu... Jak ty się do mnie odzywasz. A raczej... do nas...
Zza sylwetki Karpachha wyjawiły się kolejne dwie.
- Ale, ale... - zląkł się następca tronu - Błagam, nie, darujcie mi życie, Zrobię wszystko, wszystko, co tylko chcecie, ale błagam, z całego serca, błagam, darujcie!
- A co to jest serce - odrzekł chamsko Terpach.
- Wy, wy, wy...
- I?
- Wy nędzne, ohydne...
- Taaak?
- Wy stare, obleśne, kłamliwe... świry!
- Otóż to. I kto tak raczy mówić?
- Jam, nasępca tronu!
- Jakiego tronu? Chyba obory.
- Jak śmiesz! Przeklinam Ciebie, Twoich Pobratymców, Twego Pana...
- CO ŻEŚ POWIEDZIAŁ!? - rzekły już zdenerwowane Smoki! - "Panie, weź nas w swą opiekę i obdarz nas mocą tego nieszczęśnika. Zabierz mu duszę!"
- Nieeeeeeeeeeeee...
Ciało Ratrosa rozerwało się na miliony drobnych kawałeczków, ukazując zmasakrowane wnętrzności. Smoki natomiast poczuły powiew świeżości, mocy, jakiej nigdy nie doznali. Poczuli, że mogliby przenosić góry.
- "Dziękujemy, Panie, za twą dobroć!" - odrzekły w Otchłań Smoki.
- "Trwajcie nadal, albowiem nadejdzie czas Zemsty" - odezwał się twardy, gruby głos.
- "Będziemy."
Taki miała koniec Wojna Tronowa.

Akt IV: Tchórzliwy Wybraniec

Nastał ranek. Słońce rozświetlało już Krwistą Jeziorczyznę, przemieniając go w przerażające bagno, albowiem, z szczątek zabitych przedstawicieli ras urosły wielkie rośliny bagienne, które niemniej nadają Jeziorczyźnie jakiegoś uroku...
Przez kraty promienie spod Słońca obudziły Daha, podziemnego biedaka, żyjącego z podkradania pożywienia z magazynów królewskich. Sięgnął po swoją bukową laskę, którą zrobił, kiedy był jeszcze szanowanym kowalem, a do kieszeni wsadził swojego szczura, Dana.
- Dan, nie pisz już, właśnie idę na pożywkę.
Dan uciszył się, jak przystało na inteligentnego szczura kanalizacyjnego. Dah przechodził przez doskonale znane mu ciemne, mokre komnaty. Gdzie nie gdzie paliła się jeszcze zapalona przez niego wieczorem pochodnia. Jednakże dzisiaj coś zwróciło jego szczególną uwagę - paliło się mniej pochodni, niż zwykle. Zastanowił się chwilę, ale nie domyślając się, o co może chodzić. Ruszył dalej. Po chwili poczuł zapach zgnilizny.
- Dziwne... podziałby się tu jeszcze jakiś szczur?
Przestraszony ruszył dalej. Zapach zgnilizny był coraz silniejszy duszący. Wreszcie, nie mogąc złapać oddechu, cofnął się o dwieście kroków. Cofając się, spojrzał na podeszwy butów. Całe były we krwi.
- Coś musiało się stać... Dan, przestań już!
Dah poczuł się zszokowany. Zapach zgnilizny, krew rozlana na ziemi... Coś musiało być nie tak. Odbił w lewo przez ciasną szczelinę prowadzącą do krat na Wieży. Powoli przeciskając się przez szczelinę, czuł, jak krew spływała po nim, jak woda spływa z wodospadu.
Wreszcie dotarł. Otworzywszy klapę, zauważył trupy czterech łuczników.
- Nie jest dobrze - odsapnął cały przekrwawiony biedak - Za dużo trupów, za dużo krwi. Kowal doszedł do siebie i założył na siebie szaty oraz pancerz jednego ze strażników. Po chwili odczuł łagodne, przyjemne ciepło. Przysiadł na chwilę na taborecie. Siedział minutę, dwie. Znów coś go zaniepokoiło.
- Zawsze o tej porze było bardzo głośno. Stało się tu coś... coś...
Nagle na suficie ujrzał postać Bóśtwa Ognia.
- A więc... Witaj, Wybrańcze!
- Co, co... co to było?
- Nie bój się, to ja, twój Pan.
- Jaki Pan? Ale...
- Żadnych ale! Słuchaj, podążysz teraz za moimi Smokami. W kuźni wykujesz dobry, obusieczny miecz. Albo zabierz strażnikom księciunia.
- Jak ja mam tego dokonać?
- Ależ kochany... podejdź do takiego i mu go zabierz.
- Tak po prostu?
- Tak, po prostu. Potem zagarniesz z magazynów wór jedzenia, umoczysz go w Wodzie, która będzie wylana w słoiku przed Salą Tronową. I ruszysz na wschód. Tam dojdziesz do Alchos, małej wioski uznającej Smoczy Kult. To jakieś tysiąc mil stąd. Stamtąd dowiesz się o Smoczym Pakcie i dołączysz do Wojny o Panowanie.
- Tysiąc mil!? To straszny szmat drogi!
- To w porównaniu z tym, co będziesz musiał przejść, jest NICZYM. TY jestem Wybrańcem, i Tobie żadne wyzwanie nie powinno być straszne. No cóż, trafiliśmy na kolejną ofermę...
- Nie jestem żadną ofermą!
- Udowodnij to. Dojdź do Alchos, pogadamy znowu. Żegnam. Patałach...
Podobizna znikła. Przed postacią kowala ukazała się poplamiona, stara księga. Przerażony Dah posadził Dana na stoliku i kazał mu na nim siedzieć. Ten natomiast otrzepał księgę z kurzu i ostrożnie wychylił zakładkę. Na pierwszej stronie były wypisane wielkimi literami następujące słowa: "Tchórzliwy Wybraniec - Zbawiciel Ognia". Przeczytawszy napis, pod jego stopami ukazał się kolejny napis, zapisany w języku Thalli: "Ekhum esti, arkh um torkh estrum khar. Eoth, merth iner ohm. Her mos tarh!" Wybraniec nie wiedział, o co mogło chodzić, więc umaczając pióro atramentem, które mieściły się na stoliku, wypisał nim ten symbol, by potem jakiś Magus pomógł mu rozszyfrować tajemnicze znaki. Otrzeźwiały wziął swojego szczura do ręki, by schować go za pancerz. Ten odezwał się:
- Ej, może trochę łagodniej, co? Matka cię nie wychowała?
- To ty... ty mówisz?
- A co myślałeś? A mój ojciec był Trollem... Puść trochę, sam się schowam.
Dah zaskoczony nie tyle chamskim zachowaniem szczura, co jego możnością rozmowy, zamyślił się głęboko. Wyciągnął fajkę, proch i krzesiwo z kieszeni spodni, następnie rozpalając proch i zaciągając się nim, sięgnął spokojnie po książkę i przewrócił na jej kolejną stronę. Księga ta zaczynała się tak:
"A kiedy objawił mu się Jego Przełożony, zdumiony Wybawciel odetchnął głęboko. Bo dłuższej chwili wyszedł z pomieszczenia i zobaczył skutki niedawnej rzezi. Przerażony zemdlał, obudziwszy się po dwu dniach. Ruszył potem do kuźni wykuć najszlachetniejszy miecz, jaki kiedykolwiek wykuto..."
Kowal zaczytał się w księdze, nie wiedząc kiedy zaszedł wieczór.
- Książka książką, ale trzeba coś jeść, bo wilk nie jest daleko, nie kusi.
Postanowił pójść na szczyt wieży. Schody były strome i wąskie, należało wchodzić po nich końcami palców. Doszedł na szczyt. Jednak po chwili zasmucił się bardzo, ponieważ w kufrach i na stole świeciło pustkami. Pomyślał, że być może na strażnicy coś znajdzie - przecież dwanaście godzin służby w jednym miejscu potrafi wygłodzić człowieka. Otworzył ciężko klapę, odetchnął i...
Na dole było widać przerażający widok. Całe kamienie były zalane krwią przelaną z zdziesiątkowanych ciał. Gdzieniegdzie można było ujrzeć wyrąbane ręce, nogi, głowy. Widok był straszny. Blask Ox, pierwszej gwiazdy powstałej w Pustce, padał na zmasakrowane ciało Rathrosa. Na widok ten Dah przeraził się strasznie. Wiedział, że była to zapowiedź spełnienia jednej z Przepowiedni. Chcąc odetchnąć, sięgnął po księgę, którą ukazało mu Bóstwo Ognia. Zszarpany nerwami przewrócił ją na druga stronę, gdzie było wypisane:
"Miecz będzie służył wojnie, prawdziwej, jedynej, bez udziału Bóstw. Wojnie szlachetnej, bez nieczystych mocy, zablokowanej dla Nich. Będzie świadectwem mężności, ukaże piękno prawdziwej, o honor."
Na kolejnych stronach dziwnym językiem wypisane było:
"A go powiernik zginie, nie pełniąc funkcji Bóstw. Ale prowadziwszy honorową walkę."
"Miecz będzie przekazywany dalej Najmężniejszym. Oblubieńcom ludzkim, nie Bośtw. Lecz dla Bośtw istnieć będzie."
"Miecz będzie dobierany wybrańcom. Będzie ich wiele, aż nastąpi go kres."
"Spróchnieje i będzie trzyman przez Matkę, która jego legendę przywróci, znosząc ostatecznie Pakt Ognia. Bowiem Jego kres nadejdzie."
"Wtedy pęknie, lecz i miecz przywróci. I zdobędzie Ostatniego, który dokona czynu. I z Nim pochowan będzie."
Odłożywszy książkę, zemdlał, jak to było przepowiedziane.

Akt V: Historia Zamku Veros

- Wstawaj, głąbie! Nie widzisz, że już drugie Słońce zachodzi?
- Dan? Co... co się stało?
- Zemdlałeś, baranie. A ja tu z głodu zdycham!
- A co się w... tfu! Co jest?
- Jak to co? Lepiej zejdź na dół. Jakaś kartka tam dla ciebie leży.
- Dla mnie? Któż tu by zawitał, po takiej... rzezi...
- Skąd mam to wiedzieć? Rusz swoje cztery litery i w nogi do cechu!
- Przeklęty szczur...
Obolały Dah wstał powoli. Słońce zachodziło czerwienią, nie wstało w pełni. Rozciągnął się i spojrzał na miejsce rzezi. Nadal kostki kamienne barwiły się krwawo, lecz nie tak, jak sprzed dwóch dni. Szczątki Ludzkie już spróchniały. Łatwo to było rozpoznać - na ich miejsce urosły Makry, rośliny przystosowane do warunków miejskich, przyzwyczajone do najbardziej surowych klimatów. Energię potrzebną do życia pobierały z ciężkich do wydobycia normalnie pokładów Ebsydium - życiodajnego składnika gleby. Szczątków ludzkich było na tyle wiele, że w niektórych miejscach można było dojrzeć małe łączki, na których, o dziwo, można było dojrzeć zające czy małe chrząszcze. Nawet zza najświetniejszych czasów Veros nie iskrzył tak piękną zielenią, jak teraz, choć zbluzganą krwią...
Zamek ten powstał, kiedy to na świecie znajdował się jeszcze Pielgrzym. To właśnie on znalazł skałę, na której został wybudowany kompleks. Z początku była to niewielka wioska z kilkoma straganami, kapliczką oraz knajpką "Pod Zgniłym Tartakusem". Wioskę tę, zwaną wówczas Verrox, zamieszkiwał lud szczęśliwy, żyjący bez większych trosk. Oni to, ku chwale Pielgrzyma, postawili Mu pomnik na środku Placu Handlowego, zwany Odpoczynkiem Zbawcy.
Wioska rozwijała się na przestrzeni lat, o ile nie Er. Zamieszkiwało ją coraz to więcej Ludzi, swoje siedziby budowały tu także Elfy z pobliskiego Lasu Trzech Pieśni. To właśnie one zapoczątkowały tutaj kunszt łowiecki - seniorów Rodu Lema, który przewodzili wiosce, nauczyły polowania z łuku i kuszy oraz orientacji w dziczy. Sztuka ta została przekazywana z pokolenia na pokolenie, a ze skór pozyskanych z upolowanych zwierząt szyto niebywale wytrzymałe zbroje (co ciekawe, legenda głosi, że jeden hełm był wykonany z łusek Smoka Kingrha), które później sprzedawano za słone pieniądze w stolicy Mortharu. Mieszkańcom Verroxu żyło się jeszcze dostatniej.
Niedługo po przybyciu Elfów do wioski przybyli Magusowie z Błotnistej Góry. Nauczyli tutejszych mieszkańców zaawansowanej alchemii, dzięki której mogli wytwarzać mikstury łagodzące rany i choroby nawet ze zwykłego Mchu Czarnego. Ludzie w Verroxie zaczęli żyć dłużej - dożywali nawet dwustu czterdziestu lat.
Dobre czasy nie mogły jednak trwać zbyt długo. Podczas panowania Rodu Kallachanów Ludzie żyli w nędzy, a Elfy wyniosły się, patrząc na nieprzyjazne stosunki z Rodem. Tym samym rdzenni bywalcy stracili swoich najlepszych sprzymierzeńców, na jakich mogli napotkać. Rex Kallachan zaciągał od innych miast wysokie pożyczki, aby zaspokoić swoje banalne potrzeby. Wprowadził także pobór pieniędzy od ludu pracującego, wynoszącego połowę zarobku. Zaniepokojeni sytuacją mieszkańcy zaczęli działać. Napisali list do Remusa I o pomoc w odbiciu z rąk Kallachanów wioski. Pomoc nadeszła szybciej, niż się spodziewano. Członków Rodu wypędzono, a Rexa skazano na potrójne dożywocie za wielokrotne znęcanie się nad ludem. Lecz Bóstwa szybciej dopełniły wyroku. Na Ligowego trzasnął Czerwony Piorun. Był to wyraźny znak, że dla niego bramy Otchłani nigdy nie zostaną otwarte i jego dusza będzie zbłąkana krążyć po Kuli, szukając nieszczęśnika, z którego mógłby wypędzić duszę i wchłaniając w niego swoją, zamienić się w Szkieletora i pełnić służbę w Armiach Ciemności.


Ciekawostki







Czy wiesz, że na święta w trybie multiplayer w różnych miejscach Ankarii można znaleźć specjalne zestawy X-MAS, które leżą na ziemi?
Drogowskaz
Cenega

Cenega Sklep

Ascaron Fansite

Imperium Diablo

gry RPG, cRPG, recenzja, solucja


Insimilion

Insimilion

Fable

Wiedźmin 2

Dragon Age


HackSlashSite

Fabryka Snów



Valid HTML 4.0 Transitional

Copyright by www.sacred.pl team 2004-2017
All rights reserved.
Wykonano 4 zapytań do bazy podczas generowania strony.