Serwis Sacred Plus i Podziemia Sacred 2 Sacred 3 Citadel
Serwis

Logowanie
Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Zapomniałem hasła!

Opowiadania



Pełnia

autor: Kalia


„Dlaczego życie jest tak niesprawiedliwe?” - często zadawała sobie to pytanie - „Dlaczego to mężczyźni rządzą światem i narzucają kobietom swoją wolę, a one same nie mogą nawet zdecydować w sprawie własnego zamążpójścia?”

Urodziła się w całkiem zamożnej rodzinie ziemskiej. Przez całe życie była posłuszna rodzicom, ale teraz zaczynała mieć własny pogląd na świat. Dziewczęta w jej wieku były wydawane za mąż i wiedziała, że i ją to wkrótce czeka. Nie myliła się. Odwiedzał ich ostatnio właściciel sąsiedniego folwarku wraz ze swoim synem – bogata rodzina, bardzo wpływowa. Odwiedziny trwały niemal do połowy lata, aż pewnego dnia udało jej się podsłuchać rozmowę jej ojca z synem sąsiada. Naturalnie prosił o jej rękę, ale w jaki sposób?! Mówił jakby nie pytał o łaskawe zezwolenie na zaślubiny, lecz jakby omawiał warunki zakupu mlecznej krowy! Nie wytrzymała do końca i uciekła. Wieczorem podczas kolacji ojciec oznajmił jej uroczyście, że właśnie ją zaręczył. Nie odpowiedziała, lecz po prostu wstała od stołu i wyszła. Ruszyła przed siebie w zapadający mrok, po chwili zaczęła biec. Nogi same niosły ją w kierunku małego lasku otaczającego jeziorko. Lubiła to miejsce. Ludzie z wioski unikali go, twierdząc, że jest nawiedzone, a wokół krążyły plotki jakoby w tym zagajniku ginęli ludzie. Nie przejmowała się jednak zbytnio chłopskimi przesądami – podejrzewała raczej, że ci „zaginieni” to pijani bywalcy karczmy, którzy po prostu topili się w jeziorze – a wręcz podobały jej się, gdyż dzięki temu miała swoje sanktuarium, do którego nie przychodził nikt niepożądany i mogła w spokoju pozbierać myśli.

Usiadła na brzegu jeziora i patrzyła jak w wodzie zaczynają przeglądać się pierwsze gwiazdy. Zamyślona spojrzała na środek jeziora.

„A może by tak wykorzystać stare bajki? Woda jest dość głęboka, nie będą nawet szukać ciała...” - ta desperacka myśl niemal ją przerażała - „Przecież nie dam się sprzedać temu... temu...”

Myśli rwały jej się z nerwów, dygotała. W końcu nie wytrzymała i rozpłakała się. Mogła sobie na to pozwolić – tu nikt jej nie znajdzie. Nie usłyszała nawet najlżejszego szmeru, kiedy za jej plecami odezwał się głos. Była tak zaskoczona, że aż podskoczyła. Przecież nie powinno tu być nikogo, a gdyby ktoś nadchodził, usłyszałaby go z daleka, gdyż nie było słychać ani kumkania żab ani grania świerszczy.

Stojący za nią mężczyzna był średniego wzrostu i dość dobrze zbudowany – słowem przeciętny, jakich czasem widywała w mieście czy na jarmarku. Ten jednak wyróżniał się nietutejszym ubiorem i oczami, które zdawały się jednocześnie odbijać światło wszystkich gwiazd.

- Czy coś się stało? - zapytał spokojnie.
- Nie, nic takiego, dziękuję. - odparła spuszczając głowę aby nie zobaczył łez.
- Więc czemu płakałaś, pani?

„Pani” - nikt nigdy się do niej tak nie zwracał! Siedziała zbita z tropu zastanawiając się czego może od niej chcieć ktoś, kto podobnie jak ona nie przejmuje się chłopskim gadaniem i w dodatku chyba nie pochodzi stąd. Usiadł obok.

- Może mógłbym jakoś pomóc, pani?
- Proszę nie mówić mi „pani”, nie jestem żadną panią. Nazywam się Estel – zrobił na niej wrażenie sympatycznego i postanowiła przynajmniej trochę go poznać.
- Bardzo mi miło, Estel – odparł lekko skinąwszy głową – Jestem Khaleb. Może jednak powiesz mi, co cię tak denerwuje? Bo tutaj raczej nikt nie przychodzi nocą, chyba, że ma naprawdę duże zmartwienie... lub jest pijany – dodał jakby z rozbawieniem.
- Nie jestem pijana! - niemal krzyknęła, lecz zdała sobie sprawę, że ten mężczyzna musiał tu bywać częściej i ta druga teza nie odnosiła się do niej. Coś jednak pchało ją naprzód i już po chwili opowiedziała mu historię całego dnia, kończąc
– Ale przecież nie mogę wyjść za tego głupka. Może jest bogaty, ale jednocześnie tępy jak but! Majątkiem zajmują mu się zarządcy, gospodarstwem służba, a on sam chyba tylko wysmarkać się umie... Nie mogę... nie mogę za niego wyjść... - znowu się rozpłakała.

Położył tylko przyjacielskim gestem rękę na jej ramieniu i poczekał aż jej przejdzie.

- Przecież zawsze tak było, że to ojciec wydawał córkę za mąż. Chyba żadna na tym źle nie wyszła...

Podniosła głowę zaskoczona i oburzona, po czym spuściła ją z powrotem zrezygnowana. Oczywiście, czego innego mogła się spodziewać...

- No tak, jakbyś ty mógł to zrozumieć... Nigdy nie byłeś w takiej sytuacji. Ale ja naprawdę nie chcę za niego wychodzić! Wolę już utopić się tu, zaraz... Albo uciec gdzieś daleko, gdzie mnie nie znajdą, gdzie będę mogła sama o sobie decydować... - czuła, że zły znowu cisną jej się do oczu. Wiedziała, że nie ma takiego miejsca.

Słuchając jej słów tylko uśmiechał się lekko, ale, jak zauważyła, nie z politowaniem.

- Może nie będzie tak źle – pocieszał ją – Zresztą pamiętaj, że, co by się nie stało, masz we mnie przyjaciela. Kiedy ojciec planuje wydać wam wesele?
- Na jesieni po żniwach. To jeszcze dużo czasu, może zmieni zdanie...
- Zobaczymy. Gdybyś jednak chciała kiedyś jeszcze porozmawiać, możemy się tu spotkać. Wieczorem. Jeśli przyjdziesz, znajdę cię.
- Wieczorem? Dlaczego nie możemy się spotkać po południu? Tu zawsze jest tak ładnie tuż przed zachodem słońca.
- Ach, widzisz, w dzień... mam inne zajęcia. W zasadzie przed zachodem słońca nie mam możliwości się od nich oderwać. Dopiero po zmroku mam trochę czasu na... rozrywkę.

Pożegnała go z uśmiechem. Ta rozmowa z nowo poznanym mężczyzną znacznie ją uspokoiła. Wiedziała, że teraz ma kogoś, komu bez obaw może się zwierzyć. W drodze do domu wpadła na grupę mężczyzn z pochodniami, wśród których był jej ojciec.

- Gdzieś ty była? Całą okolicę przeszukaliśmy. Dlaczego tak wyszłaś kiedym ci powiedział o zaślubinach? Czy nie cieszysz się? To bogata i szanowana rodzina.
- Och, tato... cieszę się, tylko musiałam trochę pomyśleć nad tym. No wiesz, taka wiadomość... takie coś przytrafia się tylko raz w życiu – jej myśli wciąż były przy niezwykłym spotkaniu nad jeziorem.
- No dobrze, wracamy, matka się niepokoi.

Kolejne dni mijały, lato miało się ku końcowi. W międzyczasie przyjęła gratulacje od połowy mieszkańców okolicznych wsi i kilku znajomych ojca. Jej przyszły mąż też odwiedzał ją kilkakrotnie, lecz nie sprawiał lepszego wrażenia niż w dniu kiedy poprosił ojca o jej rękę. Całymi dniami pracowała przy gospodarstwie, co w sumie było dla niej codziennością, a wieczorami wymykała się nad jezioro. Był tam zawsze. Wystarczyło, że wyszła nad brzeg, a on zaraz pojawiał się gdzieś w cieniach otaczających polankę drzew. Księżyc świecił coraz jaśniej, a ona coraz bardziej lubiła tego spokojnego, dobrze wychowanego mężczyznę. Musiał pochodzić z miasta, ponieważ takich manier nie nabiera się, żyjąc na wsi. Mimo to odnosił się do niej ciepło i czuła, że jej sympatia dla niego rośnie z każdym spotkaniem. Pewnego wieczora, gdy już mieli się pożegnać powiedział, że przez jakiś czas nie może się z nią widywać.

- Ale nie długo. Dwa, trzy dni, potem znowu będziemy mogli się spotkać.

Na pytania dlaczego tylko kręcił głową, uśmiechał się lekko i powtarzał:

- Kilka dni. To przecież nie jest długo.

Mimo to następnego dnia też przyszła nad jezioro. Rzeczywiście – nie było go. Siedziała sama, słuchając, jak gdzieś w trawie odzywa się czasem świerszcz lub chrabąszcz. Przez następne noce pozostawała w domu. Przez okno patrzyła na jasno świecący, pełny księżyc, zalewający pola mistycznym światłem i żałując, że nie mogą tego podziwiać razem. Już następnego wieczora po pełni pobiegła na polanę. Wybiegła nad brzeg i patrzyła zafascynowana, jak wynurza się z cieni kilka kroków od niej. Czuła się tak szczęśliwa, że omal nie rzuciła mu się na szyję. On także wyglądał na wyjątkowo wesołego i dla odmiany zamiast siedzenia nad wodą zaproponował spacer. Wyszli na drogę między polami i wspięli się na pagórek. Stąd było widać zarówno jej dom, jak i wieś. Pokazała mu, gdzie mieszka i w przypływie radości zaproponowała aby ich kiedyś odwiedził. Wydawał się trochę zmieszany, ale grzecznie odmówił, dodając, że jej ojciec nie byłby zapewne zachwycony, że jego zaręczona córka sprowadza do domu poznanych gdzieś w lesie znajomych. Wzmianka o małżeństwie popsuła jej skutecznie humor na resztę spotkania i na wszelkie próby ponownego jej rozweselenia odpowiadała półsłówkami i w końcu poszła do domu twierdząc, że jest zmęczona.

W swoim pokoju rzuciła się na łóżko myśląc:

„Polubiłam go, bo wydawało mi się, że mi współczuje, że jest inny niż oni. A on jest taki sam, a nawet gorszy. Wie, że mnie to boli i jeszcze się cieszy. Traktuje mnie jak jakąś zabawkę – teraz on się bawi, ale bez żalu odda mnie temu głupkowi, pomimo, że wie, iż czuję do niego jedynie wstręt.”

Ze złością uderzyła pięścią w poduszkę. Długo leżała, wymyślając kolejne przekleństwa na Khaleba aż w końcu zasnęła. Przez następne dni nie zaglądała nad jezioro lecz w końcu poczuła, że jednak brakuje jej jego towarzystwa. Wieczorem wybrała się do lasku, lecz w sercu czuła ukłucia niepewności – może jego tam nie będzie, może jest na nią zły i się nie pokaże. Z trudem powstrzymywała się aby nie rozglądać się dookoła gdy podchodziła do wody. Jednak przyszedł, uśmiechnął się jak zawsze, a nawet przeprosił za swoje niestosowne zachowanie. Poczuła, że cała złość na niego wyparowuje jakby jej nigdy nie było.

Kolejne noce mijały im na spacerach i rozmowach. Lato skończyło się i gdzieniegdzie na polach pojawiły się zżęte snopy wczesnego zboża. Do prawdziwych żniw pozostało jeszcze sporo czasu – ponad miesiąc, jednak znowu zaczęła się denerwować. Na domiar złego Khaleb znowu musiał gdzieś wyjechać na kilka dni i pozostawił ją jej własnym rozmyślaniom.

Już podczas pierwszego spotkania po kilkudniowej przerwie zauważył, że się zmieniła – jej oczy straciły buntowniczy wyraz, głos przycichł, wciąż chodziła ze spuszczoną głową. Zrezygnowała z walki, poddała się decyzji ojca. Zdał sobie sprawę, że naprawdę współczuje dziewczynie. Zdziwiło go to, ale postanowił znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, które pozwoliłoby jej uniknąć niechcianego małżeństwa. Widział tylko jedną drogę. Z jednej strony była to kusząca idea, ale przecież nie po to tyle czasu starał się ją chronić, aby teraz samemu ją skrzywdzić. Postanowił pozostawić to do jej decyzji. Trochę obawiał się kolejnego spotkania. Nareszcie trafił na istotę, na której naprawdę mu zależało, a teraz może ją stracić... ale może także zdobyć ją dla siebie na zawsze. Ta jedna myśl dodawała mu niejakiej otuchy kiedy patrzył jak wychodząc spod drzew rozgląda się w poszukiwaniu go. Poszli na spacer, który znów zaprowadził ich na drogę wiodącą do wsi w jedną i do jej domu w drugą stronę. Zatrzymał się i przez chwilę zbierał się w sobie.

- Chciałbym ci coś powiedzieć. Proszę jednak, abyś przed podjęciem jakichkolwiek decyzji wysłuchała mnie do końca. - nic nie odpowiedziała, lecz spojrzała na niego z wyrazem lekkiego zainteresowania – Jestem wampirem.

Dziewczyna skamieniała na chwilę, po czym potrząsnęła głową i cicho się roześmiała, jakby chcąc zaprzeczyć jego słowom, jednak kiedy zobaczyła, że patrzy na nią jak najbardziej poważnie także się uspokoiła.

- Żartujesz, prawda? - zapytała tonem, który zdradzał, że w przypadku potwierdzenia jest gotowa zacząć śmiać się głośniej.
- W żadnym wypadku. - wciąż pozostawał poważny, czekając na jej reakcję.
- Więc dlaczego mi to mówisz? Chcesz mnie przestraszyć? - cofnęła się niepewnie o pół kroku, najwyraźniej zdziwiona tak samo mocno jak on jej pytaniami – Zresztą gdybyś naprawdę był wampirem, to już dawno bym nie żyła. Tyle razy się spotykaliśmy, a ja jakoś nigdy potem nie znajdowałam na szyi śladów ugryzienia. Nie, wampiry się tak nie zachowują.
- Czyżbyś jednak wierzyła w chłopskie bajki?
- Nie wiem... Nie wiem, w co mam teraz wierzyć. - straciła pewność siebie, lecz tylko na chwilę - Czy możesz jakoś udowodnić to, co mówisz?
- Czy taki dowód ci wystarczy? - zapytał, ukazując zęby, wśród których wyróżniały się górne kły, sięgające długością dolnych dziąseł.

Dziewczyna skamieniała. Dopiero teraz zdała sobie sprawę ze znaczenia wielu jego słów i gestów, które wcześniej wydawały jej się mieć zupełnie inny sens. Spotykali sie tylko nocą, ponieważ przed zachodem słońca nie mógł opuścić swojej kryjówki. Nigdy nie słyszała kiedy nadchodził, ponieważ poruszał się cicho niczym cień. Uśmiechał się tylko kącikami ust aby nie zdradzić swojej prawdziwej natury. Tylko jedna rzecz nie pasowała do tej układanki.

- Więc dlaczego w czasie pełni zawsze gdzieś znikałeś? Przecież wampiry podczas pełni polują... Przynajmniej tak mówią opowieści – dodała pośpiesznie.
- Opowieści rzadko mówią prawdę, choć w tym względzie nie są od niej dalekie. Owszem, w czasie pełni wampiry stają się bardziej aktywne, ale polują zawsze kiedy są głodne. Tak jak człowiek – kiedy jest głodny, to je. Tylko, że człowiek zjada zwierzęta, my żywimy się ludźmi. Dlatego właśnie nie spotykaliśmy się podczas pełnego księżyca. Wtedy, hmmm... staję się bardziej agresywny, nie panuję do końca nad sobą, a nie chciałem zrobić ci krzywdy.

Nadal nie poruszała się, ale lęk opuszczał ją stopniowo. Był wampirem. I cóż z tego. Był nim również wtedy gdy się poznali i przez cały ten czas nawet nie próbował zrobić jej krzywdy, a wręcz przeciwnie. Często kładła głowę na jego ramieniu czy na kolanach, a on nidgy nie przejawiał nawet cienia ochoty ugryzienia jej w szyję. I okazało się, że wcale nie jest takim bezdusznym monstrum, jak opisują bajarze. Owszem, ciężko przychodziło mu okazywanie głębszych uczuć, jakby zupełnie o nich zapomniał, ale traktował ją dobrze i zawsze jak równą sobie.

- Opowiedz mi więcej o wampirach – poprosiła.

Taka reakcja wywołała na jego twarzy pogodny uśmiech. Teraz cieszył się naprawdę. Znała jego prawdziwe oblicze i nie odtrąciła go. Pozbywając się wszelkiego oporu uśmiechnął się już nie samymi wargami, lecz w pełni okazując zęby. Efekt był chyba trochę demoniczny, bo dziewczyna wyraźnie drgnęła. Był jej jednak niezwykle wdzięczny i postanowił zrobić wszystko by zaspokoić jej ciekawość wampirzego świata.

Pierwszy krok na drodze oddalającej jej zamążpójście został postawiony.

Kolejne tygodnie wczesnej jesieni upłynęły im spokojnie – ona słuchała i zadawała pytania, on opowiadał. Znowu zbliżała się pełnia i musieli na jakiś czas rozstać się. To wystarczyło, aby myśli o dniu ślubu powróciły do jej głowy jak kruki do leżącej gdzieś na polu padliny, spłoszone chwilowo przejściem człowieka. Teraz dopiero zdała sobie sprawę jak mało czasu jej pozostało i popadła w apatię.

Podczas kolejnego spotkania z Khalebem miała tak markotną minę, że on także stracił humor. Siedzieli w milczeniu na stercie zżętego zboża aż w końcu dziewczyna wypaliła:

- Co ja mam zrobić? Przecież musi być jakieś wyjście. Khaleb... - jęknęła, patrząc na niego prosząco – Ty masz jakiś pomysł, prawda? Ja to wiem, ty coś wymyśliłeś, tylko mi nie powiedziałeś...

„Teraz. Teraz albo nigdy.”

- Mógłbym cię zabrać ze sobą. Do mojego świata. Do mojej rodziny. Tam cię nie znajdą. I nikt nie będzie cię zmuszał do niczego. Ale droga jest długa.
- Jak długa? Co muszę zrobić? Przecież wiesz, że zrobię wszystko.
- Nie powinienem ci nawet tego proponować...
- Jeśli mnie nie zabierzesz, to pójdę tam, do lasku i się utopię!
- To nie byłaby zbyt wielka różnica...
- Więc chcesz, żebym się zabiła?
- Nie, chciałbym żebyś żyła. Na tym właśnie polega problem.
- Więc weź mnie ze sobą. Jak daleka jest ta droga? Którędy prowadzi?
- Którędy? To raczej nie jest właściwe słowo. Ale jest długa, choć można ją przebyć bardzo szybko. Prowadzi przez ból i śmierć. Dlatego właśnie nie chcę cię zabrać. Chcę, żebyś żyła.
- Przecież wiesz, że jeśli zostawisz mnie tutaj, sama się zabiję.
- Ale ja nie chcę tego robić.
- To znajdź kogoś innego, kto zrobi to za ciebie. Ja nie chcę tu zostawać!

Jej głos drżał z nerwów, lecz w oczach miała czystą determinację.

- Jesteś pewna? Może lepiej przemyśl to. Będziesz musiała zostawić całą rodzinę, wszystkich. Będą się o ciebie niepokoić...
- O mnie?! O nie, oni martwią się tylko tym, żeby mnie korzystnie wydać za mąż, nieważne, czy mi się to podoba czy nie. Gdyby naprawdę martwili się mną, spytaliby mnie przynajmniej o zdanie. Oni już podjęli decyzję, ja też. Więc jak, zrobisz to?

Czuł się osaczony. Z jednej strony pragnął pokazać jej swój świat, zabrać ją ze sobą i pozostać z nia na zawsze, jednak to przywiązanie, jakie w nim powstało przez ten czas ich znajomości nie pozwalało mu na to. A jeśli zrobi jej krzywdę, jeśli potem będzie miała do niego pretensje...

- Zrobisz to?
- Dobrze. Ale jutro, zgoda?
- Dziękuję – odparła cicho. Po czym zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się na chwilę. Patrząc jak odchodzi zastanawiał się czy może jednak następnego wieczora po prostu nie przyjść i w ten sposób zakończyć tę znajomość. Nie potrafił jednak złamać danego słowa. Siedział niemal do wschodu słońca, a gdy czerń nieba zaczęła się rozjaśniać podniósł się i otrząsając odrętwienie z ramion ruszył w kierunku własnego domu, który miał się niebawem stać jej domem.

Cały następny dzień chodziła jak w transie, machnalnie wykonując coddzienne czynności. Pod wieczór z nerwów nie mogła usiedzieć w mniejscu, wciąż chodziła po izbie i co chwila wyglądała przez okno, czekając aż słońce skryje się za horyzontem. W pewnym momencie usłyszała, jak siedzący przy stole rodzice rozmawiają półgłosem.

- Pewno czeka na coś. A może nasz zięć miał się zjawić dziś i tak go wygląda?
- E tam, głupoty pleciesz. Widać dziewczyna się denerwuje, bo już to tylko trzy dni do zaślubin, a sukienka wciąż niegotowa. Ach, Estel, moja malutka, musimy jutro z rana wybrać się do wioski i dokończyć twoją sukienkę.
- Oczywiście mamo, rano... Rano pójdziemy.

„Rano już mnie nie znajdziecie. I możecie to sobie przypisać temu 'zaklętemu jeziorku'. Słusznie zresztą.” Uśmiechnęła się w duchu. „A skoro mówicie o odpowiednim stroju, to może by wypadało ubrać się stosowniej?” Wybrała spośród swoich ubrań ładną bluzkę i przebrała się w nią, podziwiając efekt w niewielkim lusterku z polerowanego metalu, które ojciec kupił jej kiedyś z okazji urodzin. Za oknem mrok zapadł już całkowicie, więc wyszła ze swego pokoju, oglądając się tylko na chwilę aby jak najlepiej go zapamiętać, po czym przeszła przez izbę, mówiąc tylko:

- Do zobaczenia - „Może.” dodała w myśli i wybiegła przez sień w chłodne powietrze.
Szybko dotarła nad jezioro, ale on już tam czekał. Tym razem bez słowa ruszyli przed siebie aż wyszli na duże pastwisko po drugiej stronie wioski. Praktycznie na nią nie spoglądał, lecz gdy stanęłi gwałtownie zwrócił się w jej stronę.

- Nadal tego chcesz? - a gdy skinęła głową – Jeśli kiedyś tu wrócisz, nie poznają cię, nie przyjmą z powrotem. Czy pożegnałaś się ze wszystkimi?

O tym nie pomyślała. Przygryzła wargę i spuściła głowę. Widząc jej zakłopotanie podszedł i delikatnie pogładził ją po policzku.

- Możemy to odłożyć – szepnął, mając nadzieję, że jeśli będzie musiała pożegnać się ze swoimi przyjaciółmi, może zrezygnuje.
- Nie – odparła twardo – nie muszę się z nimi żegnać. Możesz zaczynać.
- Będzie bolało – ostrzegł, czepiając się kolejnych desek ratunku, które skutecznie wytrącała mu z rąk.
- Wytrzymam – odparła.
- Nie będziesz tęsknić?
- Będę – spuściła głowę – ale lepsze to niż zostanie służącą jakiegoś głupka.
Teraz wyglądała naprawdę smutno. Delikatnie objął ją i przytulił, a ona ufnie wtuliła się w niego. Wiedziała, co ma nastąpić, co będzie musiał zrobić, a jednak przytulała się do niego. Nie potrafił określić tego, co w tym momencie czuł, ale wiedział, że chciałby tak stać z nią choćby i do południa. Poruszyła się, uniosła głowę.

- Khaleb, proszę...

Cały czas patrzyła mu w oczy. Mówił jej, że musi umrzeć. Dobrze więc, jeśli on będzie tym, który ją zabije. Ale skoro już ma się rozstać z tym życiem, chciała jeszcze coś zrobić. Nigdy nie zbliżyła się do żadnego mężczyzny tak, jak do niego, dlatego, dopóki żyła, chciała mu dać coś, czego nie dała nikomu. Uniosła głowę, lekko wspięła się na palce i pocałowała go w usta. Początkowo zdawał się być kompletnie zaskoczonym tym gestem, ale po chwili oddał jej pocałunek i przycisnął nieco mocniej do siebie. Całowali się powoli i dość długo nim w końcu on oderwał wargi od jej ust i lekko musnął nimi skórę jej szyi. Zadrżała, ale nie odsunęła się. Nie przerywając delikatnych pieszczot wyczuł miejsce gdzie spod skóry czuł wyraźne pulsowanie krwi. Zrozumiała co sie dzieje gdy przestał ją całować, za to poczuła jego oddech. Słyszał jak zaczyna oddychać głęboko, próbując się uspokoić. Wiedział również, że to nic nie da. Przycisnął ją więc silnie do siebie jednocześnie wbijając kły w jej szyję.

Szarpnęła się gwałtownie, lecz nie miała szans wyrwać mu się, a z jej ust wydobył się cichy, zduszony jęk. Nie chciała krzyczeć aby ktoś z wioski nie przyszedł sprawdzić, co się dzieje, ale również aby nie czuł, że ją krzywdzi. Czuła jego wargi dokładnie przylegające do jej szyi. Wysysał z niej życie wraz z krwią. Słabła. Jednak nie wyssał jej na śmierć, jak się tego spodziewała, lecz w pewnym momencie oderwał usta i odsunął ją nieco od siebie. Zdziwiło ją, że może wciąż ustać na nogach. Patrzył na nią oddychając szybko. Wydawało jej się, że od tego wzroku zaczyna jej się kręcić w głowie. Dotknęła zalanego stygnącą krwią ramienia i powoli przesunęła palce w poszukiwaniu rany, której... nie było. Zaczęła tracić orientację w tym, co się dookoła dzieje. W pewnej chwili poczuła jakby jej wnętrzności skręciły się gwałtownie, miała ochotę zwymiotować. W głowie tłukł jej się nieznośny ból, w gardle zaczęło palić. Nagle wszystko ustało jakby nigdy nie miało miejsca. Spojrzała na niego, nic nie rozumiejąc, on jendak nadal nie poruszył się ani nie odezwał. Kolejna fala bólu i mdłości była tak silna, że podcięła jej kolana. Upadła, wijąc się, lecz wciąż nie krzyczała. Otwierała tylko usta, a konwulsyjnie kurczące się palce drapały ziemię wokół. I znowu ból ustąpił jakby nigdy go nie było. Zaciskała oczy, po twarzy płynęły jej łzy bólu, zdołała jednak przez zaciśnięte gardło wyszeptać:

- Co... co się dzieje... Khaleb?... Co się ze mną dzieje?

Nie otrzymawszy odpowiedzi spojrzała załzawionymi oczami w górę i zamarła. Nie stał przed nią popielatowłosy mężczyzna, lecz szaroskóry, skrzydlaty stwór o szponiastych dłoniach i stopach, ubrany w jego ubranie, patrzący jego oczyma spod takich samych jasnych włosów. Po chwili przemówił też jego głosem:

- Umierasz.

W jej oczach widział przerażenie. Bała się tego, co działo się z jej ciałem, bała się jego drugiego wyglądu, bała się śmierci. Wbrew wszystkiemu, co mówiła, nie chciała umierać, lecz teraz nie było już odwrotu. Trzeci raz spazm szarpnął jej ciałem, tym razem tak silny, że przewrócił ją na ziemię. Wiła się w agonii, otwierając szeroko usta, wciąż jednak nie krzycząc. W pewnym momencie znieruchomiała, a jej ciałem zaczęły rzucać konwulsyjne drgawki. Odwrócił się, nie chcąc na to patrzeć, lecz niemal słyszał trzask łamiących się kości i jęk rozrywanych ścięgien gdy jej ciało po raz pierwszy przybierało skrzydlatą postać.

Kiedy odwrócił się ponownie na ziemi leżała już nie kobieta, lecz młoda wampirzyca – rozrzucone w bezładzie ciemne loki i bezwładne skrzydła w jakiś sposób komponowały się z szarą skórą i jej figurą. Obudziła się po niemal pół godzinie, o czym poinformował go cichy jęk. Poruszyła się niepewnie, po czym wstała zręcznie, mrugając szybko i próbując przywrócić oczom ostrość widzenia.

Początkowo nie kojarzyła zbyt dokładnie, co się dzieje, a wręcz zdziwiła się, że tak łatwo udało jej się wstać po słabości, jaką przed chwilą czuła. W tej chwili jej wzrok spoczął na Khalebie i choć mimo woli cofnęła się, to zaraz opamiętała się.

- Zmieniłeś się. Wcześniej wydawałeś się straszniejszy – przechyliła lekko głowę.

Rzeczywiście, teraz nadal był straszny, lecz nie przerażający jak wcześniej. Teraz jego wygląd miał w sobie jakieś dzikie piękno, które przyciągało mocniej niż odpychała demoniczna jego część.

- To nie ja się zmieniłem. To ty – odparł z uśmiechem, patrząc na nią jak mistrz na swoje dzieło.

Spojrzała na swoje dłonie i dopiero teraz krzyknęła. Przez chwilę przypatrywała się szarej skórze i pazurom, po czym bazując się na tym, co widziała patrząc na swego towarzysza, spojrzała na swoje nogi, mające obecnie formę szponów. Zaskoczona, z niemal przestraszoną miną gwałtownie spojrzała w prawo, jednocześnie prostując z rozmachem prawe skrzydło, po czym tak samo zegzaminowała to lewe. Uniosła dłonie i dotknęła twarzy, ale rysy jej się nie zmieniły, tylko skóra stała się bardziej sucha. Przez chwilę jeszcze egzaminowała swoje nowe ciało niepewnie drepcząc w kółko. W końcu jednak na jej twarzy pojawił się niepewny uśmiech.


- Domyślam się, że nie masz lusterka?
- Nie mam. Zresztą niewiele byś w nim zobaczyła – odparł również śmiejąc się – Idziemy?
- Oczywiście – nawet nie obejrzała się w stronę wioski podając mu rękę.

Ruszyli w milczeniu, na początku powoli, jednak zauważył, że dziewczyna porusza się pewnie, a zmiana kształtu ciała nie przeszkadza jej i nie utrudnia ruchu. Stopniowo przyspieszył, aż w końcu biegli obok siebie. Bez trudu dotrzymywała mu kroku. Nigdy nie biegło jej się tak lekko jak teraz. Niemal nie czuła odbijania się od ziemi i nie męczyła się tak szybko. W pewnym momencie puścił jej dłoń, przyspieszył i po kilku krokach odbił się od ziemi, rozkładając skrzydła. Wystrzelił w powietrze niczym strzała, słyszała świst przecinanego powietrza. Zatoczył krąg, oblatując ją dookoła. Czuła niepowstrzymaną radość, zaczęła się śmiać, wygiagnęła ku niemu ręce. Zatoczył kolejny krąg, muskając jej włosy i zakończył go eleganckim piruetem, który praktycznie zatrzymał go w miejscu. Dobiegła do niego i chciała dla zabawy chwycić go za kostkę u nogi, ale był szybszy. Wzbił się wyżej i znów ruszył do przodu.

- Leć! - krzyknął – Leć, od tego masz skrzydła! Odbij się mocno i leć!

Wiedziona szałem radości i zachęcona jego krzykiem rozłożyła jednocześnie oba skrzydła i skoczyła. W jednej chwili ziemia została daleko w dole, czuła jakby zerwała jakieś niewidziale kajdany łączące ją z tym światem. Nareszcie wolna mocnym wymachem skrzydeł odbiła się od powietrza i pomknęła ku niemu. Z odległości obserwował, jak wzbija się. Na jej twarzy widział wyraz czystej euforii. Szybowała w jego kierunku jakby urodziła się ze skrzydłami. Pozwolił jej dogonić się, po czym ruszyli przed siebie. Prowadził ją w kierunku wzniesień niedaleko jakiegoś miasta. Nie miała pojęcia jak daleko od jej domu odlecieli, lecz teraz próbowała sobie wyobrazić, jak szybko muisał umieć latać Khaleb aby spotykać się z nią co wieczór niemal tuż po zachodzie słońca. Zaczęła się męczyć i stopniowo zostawała w tyle, jednak zobaczyła, że jej towarzysz zaczął zniżać lot. W końcu wylądował na stoku jednego ze wzgórz na półce przed wejściem do jaskini i powrócił do swojej ludzkiej postaci. Podleciała do niego i też chciała stanąć z powrotem na nogach, jednak pęd pchnął ją do przodu, straciła równowagę, przewróciła się i poturlała kawałek, obijając sobie łokieć i biodro. Wstała nieco zawstydzona, lecz on nie wyglądał na rozbawionego czy zaskoczonego.

- Lądowanie musisz jeszcze trochę poćwiczyć – uśmiechnął się i mrugnął do niej – Tymczasem zapraszam do środka – skinął ręką w stronę jaskini – Jednak zanim wejdziemy dobrze by było żebyś zmieniła się z powrotem.

- Ale jak? W tę stronę jakoś samo poszło... i nie było przyjemne.
- Tym razem nie będzie już tak źle. Pamiętasz, jak wcześniej wyglądałaś, prawda? - skinięcie głową – Musisz się skoncentrować na tym wyglądzie i zmusić swoje ciało do przybrania poprzedniego kształtu. To nie będzie trudne, bo byłaś od dawna przyzwyczajona do tamtej postaci. No, spróbuj.

Strzepnęła skrzydłami i zamknęła oczy aby uzyskać lepszą koncentrację. Poczuła nieprzyjemne napięcie mięśni i lekką sensację w żołądku, ale gdy sporzała na niego, uśmiechnął się i skinął głową.

- Widzisz, nie było tak źle.
- Ale nie było też dobrze. Poza tym wyglądam okropnie – spojrzała na swoje podarte i pobrudzone ubranie, porównując je z jego nawet nie zamiętym odzieniem.
- Przyzwyczaisz się. Jeszcze kilka razy i nie będziesz tego odczuwać bardziej niż zmiany butów. I ubranie też nie będzie ci się darło. Zaraz postaramy się o nowe. No ale może wejdźmy już do środka – i ruszył w ciemność tunelu.

Przez pierwszych kilka metrów towarzyszył im słaby blask księżyca i gwiazd, dalej panowała całkowita ciemność. Szła obok niego próbując dostrzec cokolwiek, co przypominałoby choć trochę siedlisko jakiejś cywilizowanej istoty. Nie znalazła nic takiego, natomiast bardzo intensywnie nasilał się obrzydliwy odór padliny – w głębi musiało leżeć coś, co dawno zdechło i nikt nie zatroszczył się aby to posprzątać. Od smrodu zaczęło jej się robić niedobrze. Doszli do zakrętu i bała się zobaczyć tego, co za nim leży. Już miała wyjrzeć za róg gdy mężczyzna chwycił ją za nadgarstek.

- Nie radzę – rzekł odciągając ją z powrotem – śmierdzi strasznie, a wygląda jeszcze gorzej. Ktoś to musi w końcu posprzątać, bo niedługo nie da się w ogóle wejść.

Spojrzała na niego, nic nie rozumiejąc. Jak mieli gdzieś wejść, nie przechodząc obok tego śmierdzącego czegoś, skoro jedyny tunel prowadził właśnie w tamtym kierunku?

- Jesteśmy już na miejscu – odparł na jej nieme pytanie - Nie widzisz? - wskazał na ścianę po prawej od nich.
- Nie, nic nie widzę. Jest za ciemno.
- Przecież możesz widzieć, jeśli chcesz. Tyle światła powinno ci w zupełności wystarczyć. Musisz tylko chcieć – zachęcał.
Ponownie zamknęła oczy i skoncentrowała się na swojej potrzebie – musi mieć oczy wampira. Syknęła czując jakby ktoś wbił jej w mózg dwie szpilki. Do postaci ludzkiej mogła wracać niemal bez wysiłku, ale postać skrzydlatą musi jeszcze mocno przećwiczyć.

„Chyba czeka mnie sporo nauki” - pomyślała, wspominając swój upadek przy lądowaniu.

Jednak gdy otworzyła oczy ujrzała na ścianie przed sobą misterne rzeźbienia, które jednak nic jej nie mówiły. Khaleb wygiągnął rękę i pchnął, a skała otworzyła się, ukazując drzwi kształt, których framugi nie dało się domyślić kiedy były zamknięte. Weszli do niezbyt obszernego, lecz dokładnie wyciętego i gładko obrobionego korytarza, na końcu którego widniały już normalne, niemaskowane drzwi. Ruszyła za swym towarzyszem w tamtą stronę, lecz zatrzymała się po kilku krokach gdyż jeden z flankujących portal posągów poruszył się obracając w jej kierunku głowę i łypiąc czerwonym ślepiem. Nie odważyła się poruszyć gdyż bestia była od niej dwukrotnie większa i miała z pewnością o wiele więcej siły

- Gargulce – poinformował wampir gdy obejrzał się aby sprawdzić co ją zatrzymało – nie musisz się ich obawiać, nie zrobią ci krzywdy. W końcu to tylko ożywiony kamień, dobrzy słudzy i jeszcze lepsi stróże – to, co tam gnije w wejściu to szczątki nieproszonych gości – dodał niemal chichocząc.

Gestem zaprosił ją aby podeszła po czym otworzył drzwi. Po mroku tunelu przyćmione światło niemal ją oślepiło. Kiedy odzyskała wzrok zobaczyła, że znalazła się w niezbyt dużym przedpokoju z którego na prawo i lewo odchodziło po dwoje drzwi. Na wykładanej marmurem posadzce leżał elegancki dywan, a wnętrze było całkiem ładnie urządzone. Naprzeciwko drzwi wejściowych były kolejne, dwuskrzydłowe, przy których stało dwoje pogrążonych w rozmowie wampirów. Kiedy Estel i Khaleb przechodzili obok mężczyzna wskazał na nich swej rozmówczyni, dotychczas zwróconej tyłem rudowłosej wampirzycy, która odwróciła się gwałtownie i spojrzała wprost na nową przybyszkę wielkimi zielonymi oczami, które zdawały się dostrzegać każdą plamkę brudu na jej podartej odzieży. Pod ostrzałem jej spojrzenia przeszła za swym przyjacielem przez kolejne drzwi, a widok za nimi zaparł jej dech w piersiach. Weszli do przestronnego salonu. Na prawo i lewo znowu otwierały się drzwi i wzdłuż obu ścian pieły się pod górę schody o fantazyjnych poręczach, zbiegając się nad przeciwległą ścianą w galerię prowadzącą do dalszej części kompleksu. I tutaj podłoga wyłożona była dywanem, zaś liczne sofy i fotele ustawione pod ścianami wyglądały na dzieła mistrzów dawnych epok, choć utrzymane były w idealnym stanie. Do pełni obrazu książęcego pałacu brakowało jedynie wielkiego kominka w ścianie pod galerią. Był tam jednak jedynie postument ozdobiony jakimiś srebrnymi symbolami, na którym spoczywał, czy też był weń wmurowany srebrzysto-biało-błękitny kamień ociosany na kształt wielkiego diamentu.

Khaleb prowadził ją wyraźnie do tego właśnie postumentu, co oznaczało przejście przez środek wielkiej sali.Widziała, jak mijane wampiry odwracają za nią z zaciekawieniem głowy. Szczupły, jasnooki blondyn, wygodnie wyciągnięty na jednej z sof podniósł głowę znad czytanej książki. Z górnej części lewych schodów przyglądał się im chudy, szpakowaty mężczyzna, zaś z galerii nad nimi wygodnie oparty o barierkę spoglądał na nią potężnie zbudowany czarnowłosy i czarnooki wampir, a kiedy również spojrzała na niego skinął lekko głową, choć jego oczy wciąż pozostawały tak samo nieodgadnione jak wyraz twarzy.

Wydawało jej się, że minęły całe godziny, jednak doszli w końcu do dziwnego kamienia. Od razu poczuła, że ma w sobie moc, choć nie wiedziała dlaczego jest tego tak pewna.

- Dotknij go – polecił Khaleb, zatrzymując się o krok od niej i kamiena – Połóż na nim dłonie. To naprawdę konieczne – dodał widząc jej niepewną minę.

Od dziecka była uczona aby trzymać się z daleka od wszelkich przejawów magii, gdzyż była ona naprawdę niebezpieczna jeśli nie potrafiło się nad nią całkowicie zapanować. Teraz stała przed obiektem, który wręcz płonął magią i miała go dotknąć. Nie uśmiechało jej się to, lecz skoro nie było innego wyjścia.

„Zresztą już umarłam. Chyba nie może się zdarzyć nic gorszego ponad to” pomyslała, z napięciem zbliżając dłonie do kamienia.

Na próbę dotknęła go jednym palcem. Strzeliły iskry, zapiekło. Gwałtownie cofneła się, ale nie znalazła najmniejszego śladu oparzeń.

- Musisz położyć całe dłonie – powtórzył Khaleb - Musisz to zrobić, jeśli chcesz należeć do naszej rodziny.

Zagryzła w determinacji wargi iszybko przycisnęła ręce do magicznego obiektu. Tym razem nie było iskier ani bólu, poczuła tylko jakby po rękach, a potem po całym ciele przetoczył się ładunek elektryczny, po chwili kamień sam ją odepchnął. Spojrzała jeszcze raz na swoje dłonie aby przekonać się, że naprawdę nie są poparzone, po czy podniosła wzrok na Khaleba. Uśmiechnął się naprawdę ciepło po czym spojrzeniem dał jej sygnał aby się odwróciła.

Za nią stały wampiry. I to nie ta grupka, którą widziała, wchodząc tu. Zebrało się ich niemal dwadzieśioro i wszyscy patrzyli na nią w milczeniu. Przesuwała wzrokiem od jednej twarzy do drugiej. Niektórzy uśmiechali się, inni kiwali jej głowami. Po chwili milczenia przed grupę wystąpił chudy mężczyzna, którego wcześniej widziała na schodach.

- Witaj w swoim nowym domu Estel, siostro.


Ciekawostki







Czy wiesz, że SB zostało dodane dopiero w patchu 1.8?
Drogowskaz
Cenega

Cenega Sklep

Ascaron Fansite

Imperium Diablo

gry RPG, cRPG, recenzja, solucja


Insimilion

Insimilion

Fable

Wiedźmin 2

Dragon Age


HackSlashSite

Fabryka Snów



Valid HTML 4.0 Transitional

Copyright by www.sacred.pl team 2004-2017
All rights reserved.
Wykonano 4 zapytań do bazy podczas generowania strony.