Serwis Sacred Plus i Podziemia Sacred 2 Sacred 3 Citadel
Serwis

Logowanie
Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Zapomniałem hasła!

Opowiadania



Spłata długu

autor: Madrik


W chacie było jak zwykle duszno. Dym z paleniska unosił się ku górze by ulecieć w nocne niebo przez przeznaczone do tego szczeliny w powale. Nie daleko paleniska, starsza kobieta siedziała przy posłaniu zasłanym skórami. Cichutko śpiewała dla mikrej postaci otulonej szczelnie przed nadchodzącym chłodem nocy.
- Sirba ana ek fabe.
- Sirba ana elane.
- Sirba ika rene.
- Sirba ifar enebe.
- Malfanor renekos
- Sirba ifar anebos...
Spokojna melodia płynęła przez mrok chaty.
- Babciu... Malutka postać zakwiliła cichutko.
Śpiew ucichł.
- Tak Melari?
- A... co to znaczy...
Starsza kobieta uśmiechnęła się delikatnie.
- To bardzo stara historia. Stara i długa. Za długa by opowiadać ci teraz przed snem.
- Ale... Babciu, ja już jestem duża i nie muszę spać... opowiedz.
- No proszę! Ledwo wczoraj minęły twoje piąte urodziny, a już jesteś dorosła. To chyba znajdziemy ci rano męża.
- Jestem duża, ale za mała.
Odpowiedziała rezolutnym tonem dziecka, tłumaczącemu dorosłym oczywiste fakty, mała Melari. - Ale dość duża, by posłuchać bajki.
Babcie uśmiechnęła się delikatnie.
- No dobrze kwiatuszku, Ale obiecaj, że zaśniesz jak już ci opowiem?
- Obiecuję!
Poważnym tonem oświadczyła Melari. Choć rozpalone oczy świadczyły, że dziś Melari ma ochotę długo czuwać.
Babcia otuliła dokładnie swoją wnuczkę.
- No dobrze. Wygrałaś.
Starsza kobieta przesunęła się, by przyjąć bardziej wygodną pozycję.
- To było dawno, dawno temu. Tak dawno, że mój dziadek był małym chłopcem...
- To ty miałaś dziadka babciu?
Zdumienie rozbrzmiało w słodkim głosiku dziecka.
- Każdy ma dziadka i babcię, Melari. Nawet ja. Ale nie przerywaj, proszę.
- Dobrze... już nie będę.. Naprawdę miałaś dziadka?
Dodała cichutko... dziewczynka i schowała się szybko pod przykrycie wystawiając tylko pytające oczy, pełne braku poczucia winy za złamanie zasad. Melari była słodkim dzieckiem, ale bardzo niepokornym.
Babcia zrobiła niby srogą minę, i pogroziła jej palcem. Potem kontynuowała opowieść.
- Była wtedy sroga zima. Tak sroga, że zaspy śniegu sięgały dachu naszej chaty... Nie przerywaj!
Dodała surowo widząc, jak Melari nabiera powietrza by zadać następne pytanie.
Melari posłusznie zamknęła buzię.
- Pewnego dnia, bardzo mroźnego i wietrznego, kilku mężczyzn z naszej wioski postanowiło pójść do lasu po drewno, by nie zabrakło ich rodzinom opału, kiedy nadejdą groźne zamiecie.
Babcie poprawiła na moment suknię, odruchowo szukając w młodych oczach wnuczki, oznak senności. Niestety ogień ciekawości płonął silnie i na razie nie było mowy o śnie.
- Szyli przez śniegi i zbierali kawałki suchego drewna. I wtedy znaleźli w zaspie śniegu niemal zamarzniętego człowieka. Był ubrany w bogate szaty i miał przy boku wspaniały miecz. Nie przerywaj, jeśli chcesz usłyszeć całą historię.
Melari znowu posłusznie zamknęła buzię, gotową by wypalić następne pytanie.
- Uradzili, że trzeba pomóc nieznajomemu. Wyciągnęli go ze śniegu, zabrali do wioski i ogrzali przy ogniu.
- Kiedy się obudził, dali mu jeść i pić. Gościli go przez wiele tygodni, a kiedy śniegi trochę stopniały i zrobiło się cieplej, nieznajomy podziękował za gościnę.
- Powiedział, że musi już odejść i pięknie nam dziękuję za opiekę. Chciał nam nawet zapłacić za jedzenie i spanie. Tym razem babcie się spóźniła.
- Ale Babciu, przecież od gościa nie wolno brać zapłaty! Tak jest w świętej księdze!
-Melari! Bo sobie pójdę!
Dziewczynka przez moment udawała skruszoną, choć blask w jej oczach zdradzał ją mimo wszystko.
Babcia przez chwilę patrzyła surowo na wnuczkę, znacznie lepiej udając zagniewanie.
Wreszcie znów się uśmiechnęła, kiedy dojrzała jak śliczne oczka pomału się zaczynają kleić, pomimo ognia ciekawości. - I wtedy, mieszkańcy naszej wioski, też odmówili przyjęcia zapłaty. Bo nie godzi się brać zapłaty od gościa zaproszonego pod swój dach, tak mówią święte prawa.
- Nieznajomy powiedział wówczas, że nazywa się Melfanor i jest wielkim rycerzem.
- Powiedział, że jeśli nie chcemy pieniędzy, to inaczej się nam odwdzięczy za nasze dobre uczynki.
- Powiedział, że jeśli kiedykolwiek nasza wioska znajdzie się w wielkim niebezpieczeństwie i będzie potrzebowała ochrony, to wystarczy, że któryś z mieszkańców wypowie takie oto słowa:
- Sirba ana ek fabe.
- Sirba ana elane.
- Sirba ika rene.
- Sirba ifar enebe.
- Malfanor renekos
- Sirba ifar anebos.
- Salba mana erba.
- I wtedy on sam się zjawi, by bronić naszej wioski.
Zakończyła cicho babcia, patrząc w zamknięte oczy dziecka.
Uśmiechnęła się delikatnie i poprawiła nakrycie śpiącego dziecka.
- Śpij mój kwiatuszku. Dodała cichym szeptem. - To tylko stara bajka
Dokończyła i złożyła czuły pocałunek na czole Melari. Dziewczynka spała słodkim snem, nieświadoma zła, jakie mógł jej zaoferować cały świat.
***

Płonąca łuna oznajmiała nieczułemu światu koniec wsi. Rozpalone stosy byłych domostw rozświetlały mrok nocy, rzucając pełzające cienie na splamioną krwią ziemię i ujawniając okaleczone ciała, rozwleczone pomiędzy domami. Przyszli wieczorem. Wpadli konno lub pieszo pomiędzy domy, wyjąc jak potępieńcy. Tych kilku mieszkańców, którzy jeszcze kręcili się po wsi, zabili pierwszych. Bez żadnej litości. Pierwsze pochodnie spadły na słomiane strzechy.
Przerażeni mieszkańcy wybiegli z domów. Niektórzy chwycili podręczne narzędzia, kije, widły, czy cepy. Ale nie mieli żadnych szans. Tych, którzy próbowali stawić opór zabijali pierwszych. Ci mieli jeszcze szczęście.
Resztę mieszkańców, zagoniono zręcznie na środek sioła. Tam oprawcy trochę zwolnili. Byli zwykłą bandą maruderów, dezerterów, czy zwykłych opryszków, korzystających z okazji. Czasy były nie najlepsze. Kilka ostatnich wojen mocno przerzedziły siły królewskiej armii. Nie było komu pilnować gościńców, czy małych wiosek, takich jak ta.
Kilku konnych z łukami pilnowało zapędzonych mieszkańców. Reszta bandy rzuciła się do tych, domów, które jeszcze nie płonęły w poszukiwaniu okruchów bogactw. Nie znaleźli wiele. Kilka srebrnych sztućców czy misek, garstkę miedzianych ozdób, jedną czy dwie złote monety i trochę drobnych miedziaków. Pozabierali też większość żywności i wyłapali inwentarz. Konie ze wsi zaprzęgli do kilku wozów i załadowali je zdobyczą. Kiedy nie było już czego rabować, napastnicy zaczęli coraz bardziej pożądliwie patrzeć na przerażonych mieszkańców. Po krótkiej, cichej naradzie, wyciągnęli pierwszego mężczyznę z tłumu. Brutalnie go przeszukali, zabrali mu sakiewkę, niewielki kozik i prawie nową koszulę. Potem go wepchnęli do pobliskiej stodoły i zabrali następnego. Kiedy skończyli z mężczyznami, zabrali się za dzieci, potem starsze kobiety. Wreszcie na placu, zostało tylko kilka kobiet, wśród nich Melari. Wtedy herszt dał znak. Kilku oprychów podbiegło i zastawiło jakimiś belkami i ławkami drzwi stodoły. Polali ściany beczułką znalezionej oliwy, a kilka pochodni poszybowało na strzechę. Buchnęły płomienie, a dziesiątki przerażonych głosów zaczęło krzyczeć. Reszta bandy rzuciło się na kobiety. Okrutna zabawa trwała kilka godzin. Głosy uwięzionych szybko zamilkły i tylko słodki zapach palonego mięsa dowodził okrutnej śmierci jaką zgotowali oprawcy tym nieszczęśnikom. Wrzaski kobiet też stopniowo milkły. Kiedy mężczyźni się już zabawili, mordowali je ku własnej uciesze.
Dla Melari był to jeden koszmar, korowód zmieniających się twarzy i nieustający ból.
Jednak każdy koszmar ma swój koniec. Ostatni bandyta zwlókł się zdyszany z jej ciała. Dziewczyna zwinęła się w kłębek cichutko łkając.
Bandyta podciągnął spodnie. I spojrzał na dwóch innych, którzy mu dopingowali w ostatniej zabawie.
- To co robimy z tą suką? Gardziołko?
- Eeee... to takie pospolite – zarechotał jeden. – To ostatnia, wypada załatwić jej coś specjalnego.
- Wiecie, mojego kuzyna w zeszłym roku ścieli na zamku. Szuja był i mu się należało. Ale zawsze chciałem zobaczyć, jak to jest tak po prostu komuś łeb upitolić.
- W sumie czemu nie? Założę się o dwa grandy, że nie utniesz za pierwszym razem.
- Stoi... – Kandydat na kata uśmiechnął się złośliwie, splunął w rękę i wyciągnął ją do hazardzisty.
Ten potężnie zamachnął się i przybił zakład. Trzeci bandyta schylił się i złapał Melari za rękę.
- WSTAWAJ SUKO! Na kolana!
Melari prawie nie stawiała oporu. Otumaniona i przerażona. Wpatrywała się, klęcząc, w dal. Akurat wprost na niedaleki cmentarzyk, który służył mieszkańcom jako miejsce ostatniego spoczynku. Akurat wprost na płytę z jasnego kamienia, pod którym spoczywała od wielu lat jej babcia.
Jej przyszły kat przyjrzał się krytycznie.
- Nie... tak się nie da. Kąt zły.
- Patrzcie go! Majster się znalazł. Kąt mu nie pasuje, może jeszcze kobierzec szkarłatny ci rozłożyć?
- No co? Chyba mogę się przygotować? Dwa grandy nie leżą w każdej kałuży. A poza tym, śpieszy ci się gdzieś?
Melari słuchała, ale nie obchodziło jej to. Koszmar zaraz się skończy, a wraz z nim ból.
Na myśl przychodziło jej tylko jedno. Wspomnienie babci, pochylonej nad łóżkiem. Usta poruszyły się bezgłośnie.
- Sirba ana ek fabe...
Dawno zapomniana kołysanka wypływała pomału z otchłani pamięci.
- Sirba ana elane...
Nagle, jeden ze zbirów kopnął ją w plecy. Pchnięta, odruchowo podparła się rękoma.
- Sirba ika rene...
Zbiry zarechotały zgodnie.
- Patrz! Teraz masz idealnie!
- No Fakt. Tak powinno być dobrze. Te dwa grandziaki są już moje...
Usta Melari dalej szeptały prawie zapomniane słowa. Przed oczami przelatywały jej sceny niedawnego koszmaru.
- Sirba ifar enebe...
Chciała przypomnieć sobie twarz babci, ale nie mogła. Zamiast tego krwawe i przerażające obrazy napływały znowu.
- Malfanor renekos...
Odrobinę podniosła głos, nagle dziwnie oburzona na nieposłuszną pamięć.
- A ta co znowu? - Zainteresował się jeden z oprawców.
- Pewnie się modli bidulka. Wcale się nie dziwię. Zaraz sama sprawdzi, czy skutecznie. HE HE HE... – Roześmiał się niedoszły kat.
- Sirba ifar anebos...
Szeptały usta bezwolne usta.
- Walisz czy nie?
Zdenerwował się inicjator zakładu. Dwa grandy mało go w tej chwili obchodziło. Właśnie usłyszał jak kumple rozbiją kolejną beczułkę z piwem. I zaniepokoił się, czy i dla niego starczy.
Usta Melari wyszeptały cicho ostatnie słowa.
- Salba mana erba...
Świat stał się nieco mroczniejszy. Płonące chaty zaczęły się dopalać. Zrobiło się trochę zimniej.
- Dobra, sam chciałeś. Dwa grandy dla mnie szykuj!
Oprych podszedł do Melari z boku. Usłyszała zgrzyt wyciąganego z pochwy miecza.
- No laleczko, pozdrów tam Rudego Jolika ode mnie!
Kątem oka złowiła błysk księżyca na ostrzu i zamknęła oczy, czekając na koniec.
Usłyszała jeszcze sapnięcie kata i usłyszała świst miecza. Coś ciepłego dotknęło jej karku. Nie poczuła żadnego bólu.
Usłyszała jeszcze jak coś ciężko uderzyło w ziemię i potoczyło się kawałek. Zapadła cisza.
„Więc to już?” Pomyślała Melari. „Trochę ciepła i cisza”.
Inicjator zakładu nagle wrzasnął tuż koło niej. I znów usłyszała zgrzyt wyciąganej stali.
- DO BRO... Wrzasnął trzeci z oprychów, ale jego krzyk urwał się w następnym świście stali, i zamienił się przeraźliwe rzężenie.
Melari nagle poczuła się świadoma własnego ciała. Dalej ją bolało i najwyraźniej stanowiło przedłużenie jej głowy. Otworzyła oczy. I spojrzała prosto w zaskoczone, otwarte oczy jej niedoszłego kata. Oczy tkwiące w odrąbanej głowie, leżącej tuż przed nią.
Znów świsnęło ostrze, a dźwięk wiatru nagle zmienił się w mlaszczący pogłos rozcinanego mięsa. Spojrzała w lewo, gdzie właśnie osuwał się w otchłań śmierci, inicjator zakładu o dwa grandy.
Od strony ucztujących bandytów dobiegły przerażone okrzyki i szczęk wyciąganego oręża.
Melari spojrzała w lewo i zdrętwiała dokumentnie. Ciemność ożyła.
W blasku księżyca stała koło niej ogromna bryła mroku w kształcie jeźdźca na koniu. W ręku postać ściskała, ogromny miecz, z pełgającego cienia. Jedynie oczy jeźdźca i konia jarzyły się piekielnym ogniem. Czarny Jeździec postąpił kilka kroków, następując na cień drzewa i zniknął. I wtedy rozległy się krzyki. Melari uniosła głowę i spojrzała w stronę wioski, gdzie przed chwilą trwała uczta.
Był tam. Wyłonił się z jakiegoś cienia, przerażająca bryła ciemności z ognistymi oczami. Nie wydawał żadnego dźwięku, poza wietrznym głosem spadającego ostrza. I zabijał. Napastnicy padali jeden za drugim. W pierwszej chwili rzucili się na niego. Jeden na wielu. Byli odważni. Lecz odwaga znikła, gdy pierwsze ciosy przeleciały przez Jeźdźca jak przez mgłę. A ci, którzy je zadali, natychmiast ginęli od przerażającego miecza, utkanego z ciemności.
Wtedy zaczęli uciekać. Nie pozwolił im. Melari patrzyła bezmyślnie, jak Jeździec roztapia się w cieniach, by wyłonić się z cieni samych uciekających. Jak zadaje zamaszyste ciosy, po których nikt już się nie podnosił. Uciekli ze wsi. Melari jeszcze przez kilkanaście minut słyszała ich śmiertelne krzyki. Wreszcie, zapadała cisza. Ognie płonących chat już nie trzaskały, ostatnie płomienie, lizały zwęglone belki. Melari podniosła się z kolan, nie wiedząc nawet co się stało.
Patrzyła się na dopalające się stosy, porozrzucane ciała i kałuże krwi.
Nagle poczuła na sobie czyjś wzrok. Odwróciła się powoli.
Stał za nią. Wielki i ciemny. Nie miał twarzy, z wyjątkiem płonących oczu. Za to Melari zaczęła dostrzegać detale ciemności, odrobinę różniące się kształtem i innym odcieniem cienia. Układały się w kształt zbroi, nóg, rąk i wielkiego miecza w ręku.
Spojrzała w płonące oczy Jeźdźca.
„Mój dług, został spłacony” rozległo się w jej głowie i nagle Jeździec wtopił się w cień i zniknął,
Melari długo wpatrywała się w plamę zupełnie zwykłego cienia, ale nic więcej nie zobaczyła.
Wreszcie usiadła na ziemi, objęła rękami kolana i wtuliła twarz w ramiona. Potem nagle wybuchła płaczem, gdy koszmar nocy przebił się do jej świadomości.
***

- Mów!
Kapitan uniósł głowę i spojrzał na swojego Pana.
- Wasza Wysokość, wytropiliśmy bandę Roweka. Dogoniliśmy ich rano we wsi niedaleko Płaczącego Jaru. Niestety spóźniliśmy się. Zdążyli wybić wszystkich mieszkańców. Znaleźliśmy tylko jedną, na wpół żywą dziewczynę. Ale ktoś nas wyprzedził i dosłownie rozniósł na strzępy wszystkich ludzi Roweka. Jego samego znaleźliśmy na środku wioski. Był dosłownie rozrąbany na pół. Nam pozostało tylko pozbierać głowy i pogrzebać wieśniaków.
Pytaliśmy się dziewczyny, kto zabił Roweka i jego ludzi, Panie, ale chyba to co jej zrobili to było dla niej za dużo. Mówiła coś o żywej ciemności i demonie o ognistych oczach.
Ale to nie możliwe, ślady wskazywały, że bandyci ginęli prawie jednocześnie. Nie możliwe, by jeden człowiek zabił ich wszystkich. Ale dziewczyna mówi tylko to jedno. Kazałem ją zaprowadzić do kuchni, Panie. Ochmistrzyni się nią zajmie. W razie czego, będzie pod ręką, może jej przejdzie i powie coś więcej.
- Dobrze. Masz nasze pozwolenie na odejście, Kapitanie. Bandyci za bardzo się panoszą pod granicą. Głowy powieś na rynku i mów, że to twoja zasługa i Korony. Potem wracaj nad granicę i zaprowadź porządek. Nie potrzeba nam jeńców. Każdy bandyta ma płacić gardłem.
Monarcha machnął ręką. Kapitan skłonił się i wyszedł. Do króla podszedł drobny urzędnik z laską maga. Król spojrzał na niego.
- Co myślisz o tym Mistrzu?
Mag skłonił się nisko.
- Opis dziewczyny pasuje. Wiemy, że Baron uciekał przez te okolice, gdy był ścigany za swoje mroczne sztuczki. Zawsze miał dziwne poczucie honoru. Nawet po przemianie, kilka razy pojawiał się w swojej demonicznej postaci i wyrównywał swoje rachunki, choć przeważnie karał swoich wrogów. Miejmy nadzieję, że na tym poprzestanie i pozostanie na dnie piekieł, gdzie został wygnany przez mojego zacnego poprzednika. Na wszelki wypadek, za twoim pozwoleniem, Panie, dziś jeszcze sprawdzimy moc starych rytuałów i nałożymy nowe zaklęcia ochronne. Z demonami zawsze lepiej być ostrożnym. Panie?
Król skinął głową i mag odszedł pośpiesznie. A monarcha, wstał z tronu i udał się do sąsiedniej komnaty. Tam na ścianie wisiał ogromny, realistyczny obraz, namalowany w najdrobniejszych szczegółach. Artysta użył odrobiny magii, by uczynić wyraźnym każdy detal. Na obrazie, Jego przodek w otoczeniu gwardzistów i bojowych magów szarżował na hordy bandytów Barona Melfanora. Baron czekał na oponenta na samym czele swoich wojsk.
Stał tam, wyraźny w każdym szczególe, czarna plama ciemności, z ognistymi oczami, na grzbiecie konia zrodzonego z cienia, z równie przerażającymi oczami, w których odbijał się wieczny ogień piekieł. Stał tam, niemal beznamiętnie pośród ciał poległych ludzi, ściskając w ręku, wielki, przerażający i przeklęty miecz, utkany z najczarniejszej ciemności.
Król patrzył w niezwykły obraz przez długi czas. W końcu otworzył usta.
- Jakiż to czarny pakt zawarłeś Baronie? Było chociaż warto?
Czarna postać na obrazie nie odpowiedziała. Ale wydawało się Królowi, że może dostrzec na jej twarzy wyraz dziwnej satysfakcji, którego nie było jeszcze przed paroma dniami..


Ciekawostki







Czy wiesz, że kraina Podziemi nazywa się Menelgond?
Drogowskaz
Cenega

Cenega Sklep

Ascaron Fansite

Imperium Diablo

gry RPG, cRPG, recenzja, solucja


Insimilion

Insimilion

Fable

Wiedźmin 2

Dragon Age


HackSlashSite

Fabryka Snów



Valid HTML 4.0 Transitional

Copyright by www.sacred.pl team 2004-2017
All rights reserved.
Wykonano 4 zapytań do bazy podczas generowania strony.