Serwis Sacred Plus i Podziemia Sacred 2 Sacred 3 Citadel
Serwis

Logowanie
Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Zapomniałem hasła!

Opowiadania



Ścieżki przeznaczenia - Nowy dzień

autor: Kalia



- Klaro!

- Tak, pani? - służąca natychmiast zjawiła się w pokoju.

- Przygotujcie mój rynsztunek i niech stajenny osiodła konia.

- Którego, pani?

- Może być ten ciężki. Nie jadę daleko. W karczmie pod murami miasta znowu mają problemy. Coś zalęgło się im w piwnicy. Pewnie znowu jakaś poczwara z podmiejskich kanałów albo upiór z krypt. Nic szczególnego.

„A szkoda” - dodała w myślach. Dawno nie otrzymała bardziej emocjonującego rozkazu niż odnalezienie ulubionego psa któregoś barona czy oczyszczenie piwnic pod karczmą z kolejnej oślizgłej kreatury. Zresztą już dawno powinni zawalić tamto wejście do kanałów, tylko przysparzało kłopotów.

Jeszcze raz przejrzała swój dziennik. Prowadziła go od czasu pasowania na rycerza, ale mimo to był dziwnie pusty. Czasy były spokojne, niewiele się działo. Wyjrzała przez okno swojego gabinetu. Dworek stał na wzniesieniu ponad dzielnicą biedoty miasta Braverock, ale nie przeszkadzało jej to. Było to jedyne miejsce pozbawione wielkomiejskiego gwaru i jedyne, z którego można było obserwować wodospad rzeki spływającej z górskich lodowców. Lubiła ten widok.

Zeszła na dół akurat w chwili gdy Klara przyniosła ze zbrojowni jej miecz. Pozwoliła służącej ubrać się w zbroję i wyszła przed dwór aby poczekać aż przyprowadzą jej konia. W końcu pojawił się stajenny z pachołkiem prowadzącym potężnego gniadego rumaka nakrytego bogatym szkarłatnym kopierzem z godłem króla Aarnuma. Ruszyła powoli przez miasto odwzajemniając ukłony mieszczaństwa i pomniejszej szlachty. Właściciel tawerny powitał ją niskim ukłonem i natychmiast z właściwą sobie gadatliwością zaczął opowiadać jej jak wygląda sytuacja wewnątrz, przy czym historia traciła wiele na spójności z powodu częstych wtrętów odnośnie zasłyszanych plotek, życia prywatnego jego siostrzeńca i kilku innych wątków. Nim dotarli do zabarykadowanego wejścia do piwnic zdołała się jednak dowiedzieć, iż to, co tam mieszka jest średniej wielkości (sądząc po dziurze przy podłodze, przez którą najwyraźniej wyłazi), ciągle słychać drapanie i trzeszczenie, no i pojawił się paskudny smród stęchlizny i gnijącego mięsa. Opis pasował raczej nie do mieszkańca kanałów, lecz któregoś z nieumarłych. Mógł to być zwykły zombie, może ghul, miała nadzieję, że jednak nie lich.

Było późne popołudnie.

- Gdybym nie wróciła przed północą, zabarykadujcie na powrót drzwi i wezwijcie magów – zakomendowała, po czym wyciągnęła miecz i ostrożnie weszła do ziejącego w ścianie otworu. Przez chwilę była tylko ciemność, potem jednak tunel się skończył i weszła do niezbyt wysokiej sali, na której ścianach wciąż jarzyły się stare magiczne lampiony, dające delikatny, błękitnawy poblask. Na płytach podłogi widoczne były ślady działania czasu. Przyjrzała się jednej z większych, a jej wzrok zdołał w słabym świetle odnaleźć fragmenty dawnych zdobień i resztki napisu. Trafiła do starych krypt. Dziwnym jednak był całkowity brak kurzu w tak wiekowych katakumbach. Mógł to być jednak efekt zaklęcia podobnego do tych, które utrzymywały światło magicznych lamp.

Powoli i w stanie ciągłej gotowości ruszyła wgłąb mrocznych korytarzy. Żałowała, że nie zabrała ze sobą pochodni. W razie starcia z nieumarłym byłaby niezłą bronią, choć musiałaby wtedy odrzucić tarczę, a w walce dwiema broniami nigdy nie była najlepsza. Minuty mijały powoli gdy wciąż szła. Widziała niektóre płyty nagrobne odsunięte lub strzaskane. Być może to jednak był ghul, żywiący się innymi trupami ożywieniec, a ciała w zdewastowanych grobach posłużyły mu za pokarm. Paskudny odór nasilał się, aż dotarła do zamkniętych drzwi do kolejnego pomieszczenia krypty. Tak jak się spodziewała zamek został zniszczony. Cokolwiek tu żyło, było za tymi drzwiami. Odetchnęła kilka razy, uspokajając nerwy, po czym gwałtownym szarpnięciem otworzyła drzwi.

Stała w pustej, malutkiej salce. Nie było tu żadnych ozdób, grobów, narzędzi ani niczego, co mogłoby dawać jakieś pojęcie o przeznaczeniu pomieszczenia. Istotnym natomiast elementem „wystroju” wnętrza była pokaźna dziura w przeciwległej ścianie – o wiele większa niż ta w piwnicy tawerny. Stamtąd właśnie wydobywał się smród... a także światło i odgłosy jakby cichych rozmów. Dziwne, bo nigdy nie słyszała jakoby krypty miały jakieś niższe poziomy. Najciszej jak mogła ruszyła w stronę prowadzącego w dół tunelu. Stopniowo odgłosy przybierały na sile przechodząc w jednostajny pomruk kilkunastu ożywieńców. Ostrożnie wyglądając z wylotu dziury zobaczyła grupkę nieumarłych zajętych... sprzątaniem, a właściwie nieudolną jego namiastką. Część zombie zamiatała podłogę prymitywnie skleconymi miotłami, niektóre za pomocą szmat wydartych z resztek własnych przegniłych ubrań „polerowały” jasno świecące lampiony. Właśnie – lampiony. Nie były tak przygaszone jak te wyżej, lecz świeciły pełnym blaskiem jak nowo napełnione. Tyle, że ich kolor nie był niebieski, lecz czerwony, nadający „pracującym” straszny wygląd. Nie potrafiła dostrzec dowódcy tej małej śmierdzącej armii – nigdzie na niewielkiej przestrzeni nie było widać szkieletowych magów, lichów ani nekromantów. Po drugiej stronie pomieszczenia były jednak kolejne zamknięte drzwi, na których ktoś powiesił chyba sztandar, z którego pozostały obecnie marne, nierozpoznawalne strzępy. Dostanie się tam niezauważonym było niemożliwe, zombie jednak nie zaatakują jeśli ich pan im nie każe... lub dopóki nie zrobią się głodne. Wyprostowała się i ruszyła pewnym krokiem w kierunku drzwi, a rozkładające się, obrzydliwe twarze obracały się za nią (często bez udziału reszty ciała). Musiały być jednak trzymane silną wolą, gdyż żaden nie ruszył się nawet na krok od wykonywanych czynności pomimo wyraźnej chęci przetrącenia jej karku.

Zatrzymała się dopiero przed drzwiami. Nabrała głęboko powietrza, jak przed skokiem do wody, jednak wiedziała, że nie może okazać wahania – inaczej któryś z nieumarłych mógłby się zdecydować na przerwanie swoich zajęć na rzecz świeżego posiłku. Czując na plecach kilkanaście upiornych spojrzeń otworzyła drzwi i dumnie wmaszerowała do kolejnego pomieszczenia.

Widok za drzwiami zaskoczył ją zupełnie. Nieduża krypta została wyłożona dywanami (niezbyt nowymi, ale dobrze utrzymanymi), w rogach na pięknie kutych świecznikach paliły się wysokie, smukłe świece, zaś stojący na środku sarkofag został przekształcony w wymoszczone (nieco przetartym) aksamitem łoże. Na nim zaś siedziała kobieta – bardzo szczupła, blada i czarnowłosa. Spojrzenie jej czerwonych oczu paraliżowało i powodowało uczucie zimna. Wampir.

- Witaj szlachetny rycerzu – wysyczała podnosząc się z legowiska – cóż sprowadza cię tu na dół w moje skromne progi?

Wojowniczka nie odpowiedziała. Strach odebrał jej głos.

„Bogowie, jeśli tylko istniejecie, jak mam się mierzyć z tą bestią? Włada magią, to pewne – i to potężną, inaczej nie utrzymałaby tylu nieumarłych naraz. Nie boi się też ognia – we własnej krypcie trzyma płonące świece.” Szkarłatne oczy zwęziły się gdy wampirzyca uśmiechnęła się nad wyraz słodko.

- Może zostaniesz w gościnie... na jakiś czas – spiczaste kły nieco psuły efekt uśmiechu – Rozkażę moim służącym przygotować dla ciebie... odpowiednie miejsce – głód w jej oczach był coraz wyraźniej widoczny – Jak widzisz, nie mam dzieci i bardzo stęskniłam się za towarzystwem. Może mogłybyśmy trochę porozmawiać przed... ucztą?

Jej ostatnim słowom towarzyszył cichy warkot gdy zza łoża-sarkofagu wyszedł duży, czarny wilk z krwistoczerwoną pręgą na grzbiecie. Potwór, bo z pewnością nie zwierzę, przycupnął przy nogach swojej pani, a w jego czerwonych ślepiach widać było tę samą żądzę krwi.

- Nie musisz się go obawiać, jest dobrze ułożony. Spełnia wszystkie moje komendy – dodała bestia widząc, że gość sięgnął po broń na widok jej pupilka. Wojowniczka jednak nie opuściła miecza. Wiedziała, że musi zaatakować nim wampirzyca przyzwie na pomoc kolejnych sojuszników. Chciała skoczyć naprzód, lecz nie mogła się ruszyć. Ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Przeciwniczka natomiast z rozbawieniem obserwowała jej wysiłki. Kiedy dziwne odrętwienie opadło rzuciła się naprzód, lecz wampirzycy nie było tam, gdzie jeszcze chwilę temu stała. Poczuła uderzenie w plecy i poleciała kilka kroków do przodu. Odwróciła się i zobaczyła sunącego w jej stronę zombie, a za jego plecami rozbawioną wampirzycę gładzącą futro ulubieńca.

- Wy rycerze zawsze byliście tacy naiwni – drwiła patrząc jak wojowniczka zbiera się z podłogi.

Zombie wyciągnął rękę w kierunku już stojącej kobiety jedynie po to aby ja stracić. Choć zaskoczona, nie dała się pokonać byle ożywieńcowi. Potrafiła posługiwać się swoją bronią i kolejne cięcie przepołowiło przeciwnika, przechodząc z obrzydliwym mlaśnięciem przez przegniłe wnętrzności i wyrzucając z drugiej strony fontannę zielonkawej posoki.

- Och, i myślisz, że to już koniec? - słodki uśmiech był naprawdę demoniczny. Wampirzyca wysyczała kilka niezrozumiałych słów, a kawałki zniszczonego zombie zaczęły zbliżać się do siebie i zrastać. Widok był tak okropny, że wojowniczce zebrało się na wymioty. Nie chciała jednak pozwolić aby chodzący trup znowu ożył, więc rzuciła się na upiorną magiczkę licząc na to, że skoncentrowana na zaklęciu nie zdoła się osłonić. W tym momencie jednak drogę zastąpił jej wilk. Bestia była szybka i nadzwyczaj skoczna. Uniknęła kilku pchnięć i uderzeniem własnego ciężaru znowu obaliła rycerza. Kolejny jej skok był jednak tak nieprzemyślany, że lądując nadziała się potężną klatką piersiową na nadstawione ostrze miecza. Dopiero to rozbiło koncentrację nekromantki. Wampirzyca zawyła wściekle widząc martwe ciało swojego pupila. Skoczyła do przodu z tak niewiarygodną prędkością, że wojowniczka ledwo zdążyła podnieść się na nogi gdy zasypał ją grad ciosów. Nie dawała rady parować szybkich jak błyskawica drapnięć i po chwili już krwawiła z wielu drobnych i poważniejszych ran. Ledwo trzymała się na nogach podczas gdy przeciwniczka nie była nawet draśnięta.

- Wy rycerze zawsze byliście tacy naiwni – powtórzyła wampirzyca powoli idąc w stronę osłabionej kobiety – Ty jednak wykazałaś się większą odwagą i siłą niż ci, których kiedyś znałam. Zasługujesz na inny los – jednak ton jej głosu nie zwiastował wcale tego, iż będzie to los lepszy niż poprzedników.

Wampirzyca znów ruszyła do przodu. Spodziewając się kolejnego ataku wojowniczka nadstawiła tarczę. Bezskutecznie – bestia poruszała się zbyt szybko. W mgnieniu oka znalazła się za plecami zdanej na jej łaskę kobiety, szarpnięciem odrzuciła hełm i zatopiła kły w szyi swej ofiary. Kobieta szarpała się i wiła w uścisku potwora jednak siły opuszczały ją wraz z wyssaną krwią. W końcu chwyt osłabł i wycieńczona osunęła się na kamienie. Z daleka i jakby spod wody doszedł ją jeszcze syk wampirzej damy.

- Witaj, moje dziecko...

***


Obudziła się gwałtownie niemal siadając na swoim łóżku we własnej sypialni. Wciąż była w pełnym rynsztunku, tak, jak walczyła z wampirzycą. Czuwająca obok Klara poderwała się widząc swoją panią przytomną.

- Jak długo... spałam? - nieznośny ból głowy nie pozwalał w pełni zebrać myśli.

- Cały dzień, pani. Po północy, tak jak kazałaś ludzie chcieli zamknąć drzwi, lecz karczmarz uparł się żeby jeszcze trochę poczekać i nagle cię znaleźli. Nikt nie słyszał jak wracałaś. Po prostu nagle ktoś zobaczył cię leżącą przed tą dziurą. Cała byłaś zakrwawiona, pani, lecz nie mogli znaleźć żadnych ran. Umyliśmy cię, pani, ale nikt nie odważył się pomóc mi zdjąć ci zbroi. Pozwól, że zawołam pachołka...

- Nie – odparła ostrzej niż początkowo zamierzała – Zostawcie mnie – wstała, zatoczyła się i ruszyła ku drzwiom, zabierając po drodze dziennik i pas z mieczem. Hełm został w krypcie.

- Pani, jesteś blada i osłabiona. Połóż się, proszę – Klara próbowała zawrócić ją od drzwi. Choć osłabiona, "pani" odepchnęła ją z taką siłą, że służąca upadła i już nie śmiała wejść jej w drogę. Zeszła na dół i chwiejnie wytoczyła się z dworu w kierunku stajni, mijając zdziwionych i przestraszonych służących oporządzających podwórze przed nocą. Już w stajni wybrała najszybszego konia. Wiedziała, że nie ma dużo czasu. Gdy zwierzę poczuło jej obecność szarpnęło uwiązującym je sznurem i zarżało przeraźliwie. Chwyciła za kantar i przyciągnęła koński łeb na swoją wysokość, spoglądając głęboko w bursztynowe oko. Stworzenie momentalnie uspokoiło się i pozwoliło założyć sobie uprząż. Zaintrygowani podwładni zbici w gromadkę przy wrotach i obserwujący ją siodłającą wierzchowca rozprysnęli się jak stado drobnicy przed szczupakiem gdy pełnym galopem wpadła na nich i pognała w kierunku miejskiej bramy. Zdążyła tuż przed zamknięciem, lecz strażnicy znając ją nie pytali dokąd udaje się o tak późnej godzinie. Nie zwolniła dopóki nie znalazła się za mostem na drodze prowadzącej do Hedgenton i Bravewall. Chciała wydostać się na niezamieszkałe bagna – tam przynajmniej mogłaby być plagą dla innych plag tego świata. Jednak ból w głowie stawał się coraz mocniejszy, momentami traciła świadomość. Niepopędzany koń zatrzymał się i zaczął skubać trawę przy trakcie. Podczas długich nocnych godzin, wioząc na grzbiecie półprzytomną kobietę, oddalił się w ten sposób spory kawałek na południe od uczęszczanych dróg.

Zimny przedświt nieco ją otrzeźwił. Owinęła się ciasno płaszczem, naciągając kaptur nisko na twarz, ruszyła na wschód mając nadzieję trafić przynajmniej na drogę do Hedgenton i stamtąd skierować się na północ i wschód ku bagnom. W pewnym momencie poczuła na dłoniach najpierw swędzenie, a chwilę później przykre pieczenie. Odkryta skóra zaczerwieniła się i bolała coraz bardziej. Gwałtownie poderwała głowę i krzyknęła z bólu. Na wschodzie pojawił się cieniutki brzeg wschodzącego słońca. Normalnie pewnie ledwo by go zauważyła, teraz jednak światło to wydało jej się niesamowicie jasne, paliło skórę i wżerało się w źrenice. Spłoszony krzykiem koń ruszył pędem przed siebie, popędzany dodatkowo uderzeniami pięt. Po kilkunastu minutach szaleńczego wyścigu z czasem, podczas którego starała się jak najlepiej osłonić przed coraz silniejszymi promieniami, udało im się wpaść między drzewa. Panował tu cień gdyż omszałe pnie były stare, a dodatkowo zielony "dach" uszczelniały dziwne pnącza, jakich nigdy wcześniej nie widziała. Chciała wjechać nieco dalej w zbawczy półmrok, jednak w tym momencie wierzchowiec postawił jedynie kilka kroków na sztywnych nogach, po czym, zajeżdżony, runął z żałosnym rżeniem na ziemię. Przygniecenia uniknęła chyba tylko dzięki dziwnie wyostrzonemu refleksowi. Usiadła obok dogorywającego zwierzęcia obolała i przestraszona. Gdyby została dłużej na otwartej przestrzeni, słońce spaliłoby ją na popiół. Chociaż może i byłoby to lepsze... Teraz bolała ją nie tylko głowa, lecz jeszcze oparzenia.

Nagle poderwała głowę, czując znajomy zapach. Zapach, który znała, lecz nigdy nie zwracała na niego tak wielkiej uwagi. Zapach, który teraz przyciągał ją niczym magnes. Zapach krwi. Obróciła się, bezbłędnie odnajdując jego źródło. Z nozdrzy zdychającego konia spływała cienka strużka gorącej posoki. Poczuła gwałtowne pulsowanie w skroniach i obrzydzenie jednocześnie. Zwyciężyły jednak dzikie instynkty i głód. Odchyliła koński łeb i jednym uderzeniem miecza przebiła szyję. Zwierzę po raz ostatni drgnęło gdy przywierała wygłodniałymi wargami do zadanej rany.

Oderwała się dopiero gdy krew nie dała się już wysysać. Opadła na ziemię jednocześnie przerażona tym, co zrobiła, ale też dziwnie spokojna. Nie potrafiła spojrzeć na truchło zabitego konia, lecz cieszyło ją, że ból głowy zniknął, a oparzenia zagoiły się. Pozbierała swoje rzeczy i ruszyła pod osłoną drzew już nie na wschód, jak planowała, lecz, wiedziona przeczuciem, na południe. Zdziwiło ją, iż prawie nie odczuwała zmęczenia i bez potrzeby postoju przewędrowała cały dzień i noc. Rankiem jednak postanowiła trochę odpocząć. Nie musiała regenerować zbyt dużej ilości siły, ale nie miała ochoty znowu ryzykować spotkania ze słońcem. Znalazła ciemną kryjówkę pod splecionymi krzakami dzikiej jeżyny i, zadowolona, zapadła w stan podobny do snu.

Obudziła się tuż po zachodzie słońca. Czuła wokół siebie wiele żywych istot układających się do snu, sądzących, że ciemność uchroni je przed napastnikami. Nie wiedziały, że w pobliżu jest jeszcze jeden drapieżnik, niebezpieczniejszy od wszystkich innych im znanych.

Po kilku godzinach wyszła spomiędzy drzew, widząc przed sobą światła zabudowań. Pod osłoną nocy bez problemów przeszła tuż pod nosem strażników przez most łączący przedzielone przez rzekę miasto Hedgenton i ruszyła dalej na południe. Przed świtem odnalazła jaskinię, z której, z pomocą rozwiązań siłowych, usunęła dotychczasowych lokatorów i przeczekała dzień sprawdzając swoje nowe zdolności. Przekształcające się ciało dawało wiele możliwości. Paznokcie, które do tej pory starała się, jako dama, utrzymać w jak najlepszym stanie, niezależnie od jej woli wydłużyły się i zgrubiały tworząc swego rodzaju szpony. Ten nowy nabytek zdecydowanie przeszkadzał we władaniu jakąkolwiek bronią, lecz odkryła, że może równie dobrze radzić sobie samymi pazurami, a wręcz było to o wiele szybsze rozwiązanie, gdyż były one nie mniej ostre od jej miecza. Odrzuciła więc pas, aby nie spowalniał jej i nie krępował ruchów. Pozbyła się także ciężkich elementów pancerza, pozostając w zasadzie w samym skórzanym odzieniu. Zdała sobie też sprawę, że dużo lepiej widzi po ciemku niż za dnia – wtedy obrazy rozmywały się w kolorowe plamy i trudno było orientować się w otoczeniu. Oprócz tego odkryła w sobie nowe moce psychiczne, w tym jedną, której wcześniej instynktownie użyła do uspokojenia konia. Teraz dla zabawy opętywała pomniejsze żyjątka w jaskini, każąc im biegać tam gdzie kazała lub walczyć ze sobą.

Ćwiczenia te jednak zmęczyły ją na tyle, że wychodząc po zmroku ze swej kryjówki czuła, iż musi coś upolować, inaczej ból głowy powróci. Utrzymując południowy kierunek marszu znalazła niebawem duże gospodarstwo. Najwyraźniej trwało tu jakieś święto, gdyż wszędzie wokół pełno było ludzi i zwierząt. Przycupnęła cierpliwie na skraju świateł, jak drapieżnik wypatrujący ofiary, która odłączy się od stada. W pewnej chwili na bok odszedł jeden z mężczyzn. Najwyraźniej szedł "za potrzebą" gdyż kierował się prostu na zarośla i jej kryjówkę. Już z odległości wyczuła od niego powiew alkoholu. Potrafiła ocenić – nie będzie uciekał. Wstała więc i oparła się o drzewo tak, aby zapijaczonymi oczami mógł ją dostrzec. Wiedziała, że na ludzkie standardy będzie wyglądać zachęcająco – długie ciemnoblond włosy, jasna skóra i zgrabna sylwetka. Chłop z pewnością dostrzegł ją, bo początkowo wybałuszył oczy i wybełkotał coś niezrozumiałego, a gdy uśmiechnęła się lekko (pilnując dokładnie by nie obnażyć kłów) wyszczerzył zęby i już bez oporów ruszył w jej stronę. Gdy tylko przekroczył linię pierwszych drzew rzuciła się na niego. Nie była jednak tak szybka jak wampirzyca, z którą walczyła i chłop zauważył jej zęby nim zatopiła je w jego szyi.

- Wampiiiiiiiiiiiiiiiir – rozległ się w okolicy jego ostatni wrzask.

W gospodarstwie natychmiast zawrzało. Rozszczekały się psy, ludzie zaczęli coś krzyczeć. Z jednej strony wiedziała, że musi uciekać, jednak krew świeżo zaprawiona alkoholem nie pozwalała jej tak szybko porzucić uczty. Kiedy już skończyła się posilać było za późno. Prosto na nią pędziło pięciu mężczyzn psami u boku. Normalnie rozszarpałaby wszystkich razem z ich kundlami, lecz nietypowy pokarm odebrał jej nieco koordynacji ruchów, więc zdecydowała się na ucieczkę. Biegła głębiej między drzewa, lecz chłopi wciąż deptali jej po piętach. Nie dość, że dużo lepiej od niej znali teren, to jeszcze jakoś nie mogła się zmusić do szybszego biegu a nogi co i rusz plątały jej się o korzenie. Nie mogąc dłużej biec ukryła się między zwalonymi pniami drzew, mając nadzieję, że pościg ominie wiatrołom i popędzi dalej. Jednak psy nie dały się zwieść i chwilę później słyszała jak przeczesują splątane gałęzie i wyrwane z ziemi korzenie.

"Myśl!" - rozkazała sobie – "Musi być coś, co pozwoli ci odciągnąć ich uwagę. Myśl!”

Poczuła lekkie zawirowanie powietrza, coś miękko musnęło jej policzek. Unosząc głowę zobaczyła dwa niezwykle duże nietoperze przyglądające się jej jakby w oczekiwaniu. Jeszcze raz skupiła się na swoim celu, a obydwa gacki jak na rozkaz rzuciły się z oszalałym piskiem na grupę pościgową, drapiąc i gryząc zarówno ludzi jak i zwierzęta. Przez moment zafascynowana przyglądała się ich wysiłkom, gdy jeden wczepił się wszystkimi pazurkami w twarz mężczyzny i zaczął kąsać go zaciekle małymi ząbkami. Kiedy towarzysze oswobodzili swojego kompana jego twarz wyglądała jakby ktoś przeciągnął nim po krzakach maliny. W tej jednak krótkiej chwili triumfu jeden z psów skoczył i złapał jednego z nietoperzy, dusząc go na miejscu. Zdała sobie sprawę, że to nie wystarczy aby odegnać intruzów. Myśli nadal miała nieskładne, a ciało nie słuchało jej w pełni. Nie wiedziała, co mogłoby jej pomóc, lecz nagle przypomniała sobie towarzysza swej stwórczyni. Na samą myśl o tym zwierzęciu z gardła wydobyło jej się dzikie wycie rozbrzmiewające echem po lesie. Psy wieśniaków, zajętych opędzaniem się od pozostałego przy życiu nietoperza, także dołączyły do tego upiornego chóru. Gdy tylko głos przebrzmiał, poczuła, że coś uderza w pień za jej plecami, zaś nad głową przemknął jej czarny kształt olbrzymiego wilka. Stwór wpadł w zdezorientowaną grupę, w biegu powalając dwa psy i rozdrapując pysk trzeciemu. W mgnieniu oka rozprawił się z całym pościgiem. Jedyny ocalały wieśniak uciekł w panice z powrotem ku gospodarstwu wykrzykując gusła ochraniające od demonów, trądu, złamania nogi i złego spojrzenia. Wilk tymczasem zadowalał się zwłokami powalonych chwilę wcześniej kuzynów. Zostawiła go – niech je. Oddaliła się kawałek od miejsca masakry i znalazła sobie przyjemny wykrot pod korzeniami drzewa aby tam zwalczyć skutki niedawnego posiłku i pozbierać się przed dalszą wędrówką na południe. Nie minęła jednak godzina gdy usłyszała miękkie stąpanie. Coś zbliżało się do jej kryjówki, bezbłędnie kierując się po jej śladach. Jeśli był to któryś z wioskowych psów czy poprzedni mieszkaniec tej nory była gotowa skręcić mu kark nim zdąży ją w ogóle dostrzec. Stworzenie miękko pokonało uskok stworzony przez korzenie i spojrzało prosto na nią. Znowu był to ten czerwono-czarny wilk, który wcześniej uratował ją przed wieśniakami. Stwór wciąż oblizywał pysk z resztek krwi i mięsa. Zdawał się też nie bać jej, jak wszystkie inne zwierzęta. Na niemy rozkaz położył się, pozwalając wykorzystać się jako poduszkę. To było dziwne – sądziła, że już nigdy nie będzie mieć towarzysza. Bez jakichkolwiek incydentów przespali resztę nocy i dzień niemal do zachodu słońca. Pod wieczór jednak obudziły ich podniesione głosy rozlegające się w lesie od strony farmy, z której wczoraj przyszli. Tym razem nie było to pięciu chłopków z trzema kundlami, lecz zorganizowany oddział. Ponad czynione przez nich hałasy wyraźnie wybijał się jeden głos, wydający rozkazy. Potrafiła go rozpoznać bezbłędnie – sir Gerhed, hrabia Hedgenton. Często zapraszał ją do siebie i razem wyjeżdżali na polowania lub uczestniczyli w wyprawach na bagna gdy pojawiała się zbyt zuchwała grupa trolli. Jaką ironią było to, że teraz on przewodził polowaniu na nią... Wiedziała, że nie ma szans mu uciec, a już z pewnością nie przed całkowitym zmrokiem – był świetnym łowcą, a przy tej przewadze liczebnej mógł z łatwością urządzić pełną obławę.

Znów musiała uciekać, a idąca za nią grupa spychała ją wyraźnie na południe – widać los przeznaczył jej ten kierunek. Przemykała lasem w towarzystwie swojego wilka gdy ostatnie promienie słońca zniknęły daleko za zachodnimi równinami. Po zmierzchu bieg nie był już taki trudny i niewykluczone, że wymknęli by się łowcom gdyby nagle nie skończyła im się ziemia. W pełnym pędzie wypadli na brzeg rwącej ze wschodu rzeki. Nie widziała nigdzie w pobliżu mostu, a pływać nie umiała – w Braverock, gdzie się wychowała, nie było takiej potrzeby ani możliwości, gdyż wszystkie okoliczne jeziora i rzeki były zbyt zimne. Tymczasem odgłosy pogoni wyraźnie się przybliżyły. O tak, sir Gerhed był doskonałym łowcą – potrafił zagnać zwierzynę w pułapkę tak, by nie wiedziała o tym, aż do chwili gdy pętla zaciśnie się na jej gardle. Nie wiedział jednak, na co tym razem poluje. Spojrzała na swojego towarzysza, a on chyba rozumiejąc jej zamiary skulił uszy i zaskomlał cicho. Jej też żal było się rozstawać, lecz nie widziała innego wyjścia. Nie da się przecież schwytać jak bezmyślne zwierzę. Ruszyła kilka kroków z powrotem wgłąb lasu, po czym gwałtownie odwróciła się i pomknęła przed siebie. Tuż przed krawędzią wody, jeszcze na stałym gruncie, z całych sił wybiła się. Lądowaniu na przeciwległym brzegu towarzyszył wstrząs tak potężny, jakby gdzieś w pobliżu uderzył głaz z katapulty. Obróciła się by jeszcze raz ocenić przeskoczoną odległość i z żalem spojrzała na swojego towarzysza. Wilk jednak najwyraźniej też nie miał zamiaru dać się złapać. Zjeżył sierść i cofnął się kilka kroków, podobnie jak ona przed chwilą. Ruszył biegiem i skoczył, lecz przeleciał niewiele ponad połowę nurtu gdy chlupnął w wodę. Żal ścisnął gardło wampirzycy, a w żyłach zawrzała czysta wściekłość. Teraz zrozumiała, co czuła wampirza dama z Braverock, gdy zginął jej wilk. Już miała wrócić i, nawet ginąc, sprawić by jej prześladowcy cierpieli za jej stratę pupila, gdy kilkanaście metrów dalej z wody wynurzył się czarny łeb, a chwilę później około dwadzieścia metrów od miejsca gdzie stała wyczołgał się na brzeg ciemny kontur zmokniętego psa. W powietrze wzleciała fontanna lodowatej wody, a bestia natychmiast, radośnie machając ogonem, dołączyła do swojej pani i razem ruszyli między drzewa, by ukryć się przed wzrokiem nadciągających ludzi. Oni nie odważą się przeprawić przez rzekę w ten sposób co jej wilk, nie w nocy, a z pewnością nie potrafią jej przeskoczyć jak ona.

W dzień ukryta w podcieniach wielkich skał zauważyła nad drzewami ciągnący dym. Gdzieś niedaleko musiało być kolejne ludzkie osiedle. Ciekawe czy tam już wiedzą, że w pobliżu pojawiło się nowe niebezpieczeństwo? Wypoczywała w cieniu po emocjach poprzedniej nocy, podczas gdy jej towarzysz wybrał nasłonecznioną polankę, by dokładnie wysuszyć futro i powygrzewać się.

Gdy tylko zapadł wieczór postanowiła bliżej poznać swoich nowych sąsiadów. W miarę jak skradali się przez las, drzewa stawały się coraz bardziej uporządkowanie ustawione, usunięto wszelkie połamane gałęzie, a w podszyciu pojawiły się nieznane jej rośliny – las płynnie przechodził w park. W końcu między pniami dostrzegła światła dużego obejścia. Zostawiła wilka aby nie rzucił się przypadkiem na kogoś w gospodarstwie i nie wszczął alarmu, sama zaś doszła aż do granicy świateł. Trafiła na teren należący do niewielkiego dworku. W pobliżu kręcił się zaledwie jeden pies, nie było straży. Zaraz za dworkiem i zabudowaniami gospodarskimi znalazła mały cmentarzyk, najwidoczniej należący do pobliskiej osady zwanej chyba Bellevue. Przypomniała sobie mapy, które przeglądała czasem, gdy nie miała lepszego zajęcia. Mała wioska, zupełnie niechroniona, rozrzucona między kilkoma rzekami. Bezpieczne miejsce do życia. Wróciła po swojego towarzysza i razem ruszyli na poszukiwanie miejsca nadającego się na dłuższy obóz.

***


Lasy stały się niebezpieczne... Szczególnie nocą. Co i rusz ktoś znika. Kapłani mówią, że to umarli ich porywają. Zgroza, trzeba przenieść cmentarz bliżej klasztoru, może wtedy martwi się uspokoją....

*

Ktoś wymordował rodzinę lady Sharmell. Nocą. Rano służący znaleźli wszystkich martwych... Rozszarpanych... Nadgryzionych... To na pewno ten cmentarz. Kapłani nie wiedzą, skąd mogła tam wziąć się jakaś przeklęta dusza. Wszyscy w rodzinie zmarłej lady byli takimi dobrymi ludźmi...

*

Wszyscy unikają dworu w lesie. Służba już dawno uciekła. A do cmentarza nikt nie zbliża się od kilkunastu lat... Wszystko zarasta, ale upiór nadal ludzi porywa...

*

Widzieli potwora! Tego co od kilkudziesięciu lat ludzi porywał! To nie legenda, a wierzyć nie chcieliście! Ha! Przez las przemykał, a wielki był jak niedźwiedź! I tylko czerwonymi ślepiami błysnął i zniknął jak dym! Jak dym, mówię wam, a....

*

A jednak historie nasze nawet gdzieś na świat docierają. Rycerz przyjechał coby potwora ubić. Pojechał do starego dworu. Nagrobka mu nie postawilim, bo i nie było na czym, ale jego kobyłka dobrze w polu przy pługu robi...

*

A toż cudo dopiero! Dzieci przypatrzcie się dobrze – te trzy piękne panie to Serafie. I najstarsi wasi dziadkowie nie pamiętają żeby się jakaś pojawiła, a tu trzy naraz. Ale to dlatego, że źle się dzieje. Król zginął i jego młody syn, Valor chyba, objął nam tron. I niespokojnie jakoś w świecie. Mówią – jedna do ochrony klasztoru, bo źli ludzie napadają kapłanki, druga czegoś szuka, a ta trzecia to podobno tego legendarnego straszydła do dworu idzie szukać. Ciekawam co znajdzie – ktoś mówił, że to wampir tam pomieszkuje teraz. No, no... A ty głupi gdzie oczy wlepiasz?! Żebyś na mnie kiedy tak spojrzał...

***


"Coś się zmieniło... Nie, nie dwór... Ten już dawno się rozpadł... Coś jest innego, coś przyszło... Aż skóra od tego swędzi... Tak jakbym znowu podeszła zbyt blisko klasztoru... Wieczorem.... Trzeba sprawdzić..."

Wampirzyca odpoczywała po nocnych łowach w trumnie, którą z lochu pod dworem wywlokła sobie na poddasze. To jej coś przypominało... Tylko co? Wspomnienia tak łatwo bledną po setkach lat... Teraz leżała na rozpadających się aksamitach, ubrana w stroje mieszkającej tu kiedyś kobiety. Zabiła ją wraz z całą rodziną. To było tak dawno... I potem ten rycerz... Resztki jego ekwipunku, to, co jeszcze nie przerdzewiało, leżało w skrzyni przy schodach.

Tuż po zachodzie słońca jak zawsze obudziła się gwałtownie z kolejnego krwawego koszmaru, by wejść w następny, tym razem na jawie. Teraz jednak była niespokojna – jak nigdy od wieków. Coś przyszło...

Na podwórzu przed dworem zachrapał koń. Wyjrzała przez jedno z pozbawionych szyb okien. Wierzchowiec należał do drobnej, jasnowłosej kobiety. Wojowniczki. Nowoprzybyła odprawiła konia w kierunku miasta, a sama pokręciła się trochę po dziedzińcu po czym stanęła w bezruchu jakby nad czymś medytując. Cała jej postać, wraz z wystającymi z tylnej części zbroi kolcami rozjarzyła się białym laskiem. Wampirzyca syknęła. Magiczka. Nie lubiła magików. Nie można im pozwolić rzucić zbyt wielu czarów, nie można czekać. Skoczyła z okna lądując z ogłuszającym hukiem obok czarodziejki, która zaskoczona zatoczyła się do tyłu. Wiedziona szałem krwi bestia chciała rzucić się naprzód i powalić przeciwniczkę, lecz gdy tylko wpadła w dziwną poświatę bijącą z postaci kobiety, poczuła, jakby znowu dotknął jej promień słońca. Z krzykiem odskoczyła spoglądając zdziwiona na swoje poparzone ręce. Drobna wojowniczka wykorzystała jej zaskoczenie i ruszyła naprzód. Wampirzyca wiedziała już jednak, że nie może zbliżyć się do magicznego światła i unikała nadchodzących ataków. Stopniowo aura zaczęła wygasać i magiczka traciła swoją ochronę. Gdy tylko światło zniknęło całkowicie potworzyca znowu skoczyła. Tym razem trafiła w cel, obalając go. Znów rzuciła się do przodu by tym razem przygnieść natręta, lecz w tej samej sekundzie uderzył w nią słup płonącego światła. Wrzasnęła z bólu. Blask palił nie tylko jej skórę, lecz raził oczy przywykłe do życia w mroku. Uskoczyła z zasięgu okrutnego zaklęcia i ukryła się w cieniu. Była dość mocno poparzona na całym ciele, podczas gdy jej przeciwniczka zapłaciła za to kilkoma zadrapaniami i stłuczeniami, gdyż dziwna zbroja okazała się niedostatecznie twarda by zatrzymać siłę ciosów.

Schowana w załomie muru obserwowała świetlistą wojowniczkę krążącą po podwórzu. Najwyraźniej nie miała ona tak dobrego wzroku w ciemności. Wampirzyca natomiast czekała. W bezpośrednim starciu nie mogła liczyć na łatwe zwycięstwo, a nie miała ochoty na kolejne spotkanie z kolumną rażącego światła. W myślach przywołała obraz nietoperzy, które dawno temu pomogły jej ujść z obławy nad rzeką. Już po chwili z cieni pod nawisem dachu oderwały się trzy mniejsze cienie i opadły z góry na wojowniczkę. Ta jednak nie dała się zaskoczyć i nim dotarły do celu przepołowiła jednego swoją nietypową, zakrzywioną bronią. Drugi poległ chwilę później. Nie było jednak potrzeby czekać dłużej. Wampirzyca zerwała się do biegu. Z prędkością większą niż normalny śmiertelnik mógł zaobserwować jej szpony wystrzeliły do przodu. Przeciwniczka była jednak szybsza niż ktokolwiek, z kim dotychczas mierzyła się bestia. Nie uniknęła w pełni ciosu, lecz uderzenie, które miało rozorać twarz trafiło w hełm. Rzemień pękł pod siłą naporu i głowa wojowniczki pozostała niechroniona. Złocista grzywa rozsypała się po wąskich ramionach. Ogłuszona kobieta nie miała szans uciec gdy wampirzyca chwyciła ją za włosy i szarpnięciem odchyliła jej głowę do tyłu. Ostro umalowane, białe oczy z przerażeniem spojrzały ostatni raz w gwiazdy. Śmiertelny wysoki krzyk wstrząsnął okolicznymi drzewami i obudził wielu mieszkańców pobliskiej osady. Dwie pozostałe Serafie, zajęte w klasztorze uzdrawianiem złamanej nogi jednej z chłopek, zemdlały.

***


Wampirzyca oderwała usta od delikatnej, białej skóry ofiary. Jej krew była niezwykle słodka i lekka. Nie to, co u okolicznych chłopów. Spojrzała na powaloną wojowniczkę, na ranę na jej szyi. Życiodajny płyn plamiący naramiennik i kamienie wokół nie był czerwony, lecz mienił się w promieniach księżyca niczym rozlane srebro. Serbro... Srebrna krew... Wspomnienia zaczęły powracać.

Srebro... Srebrna krew... Serafie... Światło... Świętość...

Jej rycerska przysięga... Na krew Serafii... Honor... Odwaga... Posłuszeństwo...

Ruszyła chwiejnie do drzwi zawalonego dworu, a w jej głowie wciąż wirowały tysiące myśli, obrazów, wspomnień, uczuć. Z trudnością wspięła się na schody i ledwo doczołgała do swojej trumny. Sen, w który zapadła, nie był już krwawym koszmarem jak wszystkie inne przez setki lat do tej pory. Teraz wracały do niej dawno zapomniane osoby, miejsca i wydarzenia.

Były chwile szczęścia i momenty smutku...

Były twarze przyjaciół i oblicza wrogów...

Były wzloty i upadki...

Było dobro i zło...

Było życie...

***


Nie wiedziała jak długo spała, lecz nie mogła to być jedna noc. Przebudzenie też nie przypominało tych dotychczasowych. Było to raczej jakby z wolna wynurzała się z jakiegoś ciepłego morza. Powoli otworzyła oczy. Wokół panowała ciemność, nie był to z pewnością dzień. Pozwoliła sobie chwilę poleżeć Podniosła się bez pośpiechu. Świat wydawał się jakiś lżejszy. Rozejrzała się i jej wzrok padł na wiszące lustro. Wcześniej go nie zauważała – nie było jej potrzebne. Teraz z polerowanej tafli spoglądała na nią ta kobieta, którą kiedyś znała. Co prawda popielate dawniej włosy stały się zupełnie białe, ale nie przeszkadzało jej to.

Zmiana zaszła jednak nie tylko w wyglądzie. Wewnątrz niej coś na nowo ożyło. To coś przypominało jej o wiekach okrucieństwa i morderstw, o złu jakie wyrządziła. To coś kazało jej odpokutować popełnione zbrodnie. I to zamierzała uczynić. Nie stała się jednak nowym człowiekiem. Czuła, że gdzieś w głębi czai się jej druga natura – żądna krwi, bezlitosna bestia – jednak uśpiona i teraz całkowicie opanowana przez jej wolę. Nie wyrządzi już więcej krzywd.

Wyszła przed dwór w mroźne powietrze przedświtu. Ciało Serafii znikło. Nie czuła jednak żalu – boska wojowniczka oddała swe życie aby ona mogła odzyskać swoje. Wiedziała, że za tę ofiarę może odpłacić tylko w jeden sposób – niszcząc zło, które odebrało jej poprzedni żywot. Przeczuwała, że pewnego dnia do tego dojdzie, a wtedy będzie mogła z czystym sumieniem powiedzieć, że wypełniła powierzoną jej misję. Wróciła do wnętrza i odszukała zniszczony ekwipunek rycerza. Niewiele nadawało się jeszcze do użytku, lecz na początek dobre i to.

Pomiędzy gratami znalazła również swój stary dziennik – niemal cud, że zachował się aż do tej pory. Tyle czasu minęło, niektóre wpisy całkowicie wyblakły lub stały się nieczytelne. Ostatnie były coraz bardziej przerażające, umieszczone już po dniu, w którym została ugryziona. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że cokolwiek w tamtym czasie zapisywała, musiał to być efekt długiego przyzwyczajenia, które w końcu stało się odruchem. Odrzuciła notatnik, jakby odrzucała przeszłość. Po tylu latach osamotnienia zapomniała swoje imię, rodzinę, pozostały tylko mgliste obrazy wielkich miast, ludzi, bitew i innych wydarzeń, które odcisnęły na niej swoje piętno. Musiała zacząć od nowa.

Zerwała deski z zabitego na głucho okna i otworzyła je na oścież wpuszczając do środka świeże powietrze. Siedziała długo obserwując jak czerń nieba przechodzi w granat, a na wschodnim horyzoncie pojawia się różowa wstęga. Już bez strachu patrzyła na wschód słońca, ciesząc się kolorami, o których istnieniu zapomniała żyjąc pośród nocy.

Coś spłoszyło ptaki w okolicznych drzewach. Na kamieniach pozostałości drogi prowadzącej do miasta słuchać było tupot – ktoś biegł. Po chwili na dolnym piętrze dworu z brzękiem upadł na podłogę przewrócony świecznik. Ktoś przyszedł do niej, trzeba zobaczyć, kto. Założyła zachowane we względnej całości elementy zbroi, zabrała znaleziony stary miecz i ruszyła do schodów. Zaczynał się nowy dzień. Zaczynała nowe życie...

Ciekawostki







Czy wiesz, że krasnloud nie może używać kuszy i łuku?
Drogowskaz
Cenega

Cenega Sklep

Ascaron Fansite

Imperium Diablo

gry RPG, cRPG, recenzja, solucja


Insimilion

Insimilion

Fable

Wiedźmin 2

Dragon Age


HackSlashSite

Fabryka Snów



Valid HTML 4.0 Transitional

Copyright by www.sacred.pl team 2004-2017
All rights reserved.
Wykonano 4 zapytań do bazy podczas generowania strony.