Serwis Sacred Plus i Podziemia Sacred 2 Sacred 3 Citadel
Serwis

Logowanie
Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Zapomniałem hasła!

Opowiadania



Ścieżki przeznaczenia - Skorpion i Skowronek

autor: Kalia



Młody wojownik Mrocznych Elfów wciągnął głęboko zimne górskie powietrze czując jak pali go w gardle i zmusza do kaszlu. Stał na warcie przy głównym wejściu do fortecy Zhurag-Nar, zajętej przez mroczne elfy kopalni krasnoludów. Było to chyba najbardziej niewdzięczne zajęcie ze wszystkich. Mroczne Elfy przyzwyczajone do ciepła i mroku podziemi nienajlepiej znosiły przeciągi czy długie przebywanie na zimnie, jasna skóra nie chroniła przed ostrym górskim słońcem, a światło odbijające się od topniejącego wiosennego śniegu raziło przywykłe do ciemności źrenice. Mimo to straż była niezbędna. Niewielu śmiałków odważało się zapuszczać wgłąb niebezpiecznych bagien, zwłaszcza w porze śniegów. Jednak niedługo przed pierwszymi opadami zjawił się tu mężczyzna – niezbyt okazałej postury, lecz jednym gestem i słowem spopielił straż bramy, a wilki uciekały przed nim w ślepej panice. Przez swoją arogancję i zaślepienie magią popełnił jednak błąd – zapomniał, że Mroczne Elfy mają sojuszników. Przegapił dwa gargulce flankujące wrota, gdy zafascynowany próbował uruchomić nigdy niedziałający teleport. Resztkami mięsa i kośćmi zajęły się bojowe Wargi. Od tamtej pory straż przy wejściu do kompleksu została wzmocniona i młodzieniec ze swego wygodnego stanowiska przy niewolnikach w kuchni został wyrzucony na to przeklęte zimno.

„Już niedługo”- pocieszał sam siebie. Za niecałe dwa tygodnie, po ceremonii, gdy zostanie pełnoprawnym mężczyzną, dostanie przyjemniejsze zadanie. Może będzie mógł doglądać wilków w ich zagrodach, albo któraś z kapłanek wybierze go sobie na partnera i nie będzie musiał robić nic... Z braku lepszego zajęcia pogrążył się w marzeniach na temat czekającej go przyszłości.

Zluzowany przez kolejnego strażnika najszybciej jak mógł wrócił do sypialni, którą zajmował wraz z kilkunastoma innymi młodymi elfami płci męskiej. Kobiety miały swoje komnaty w najdalszej części fortecy i rzadko pojawiały się tak blisko wejścia. Zrzucił przemarznięte ubranie i usiadł na swoim posłaniu zawijając się w koc.

- Znowu warta, co? - spytał z zadowoloną miną Dermaghan. Był młodszy o cztery lata, lecz zachowywał się jakby to on miał niedługo zostać mężczyzną. Wszystko dlatego, że został przy kuchni i niewolnikach, a nie wyleciał do straży. Zmarznięty wartownik nie zaszczycił młodszego Elfa niczym poza wściekłym spojrzeniem. Ten chyba jednak nie chciał robić sobie wroga z kogoś, kto ma wkrótce osiągnąć wyższy status społeczny, bo usiadł w kulturalnej odległości i zniżając lekko głos, mruknął – Podobno oddział już ruszył. Zabrali aż trzy kapłanki.

Dopiero teraz młody Elf spojrzał na towarzysza z zainteresowaniem. Ceremonia wejścia w wiek męski była prawdziwym świętem – wielu nie dożywało swoich siedemdziesiątych urodzin. Zawsze wyprawiano wcześniej grupę wojowników, zazwyczaj pod dowództwem jednej z kobiet, by znalazła odpowiednią ofiarę na tę uroczystość, ale rzadko zdarzało się aby posyłano aż trzy kapłanki. Albo w okolicy działo się coś niebezpiecznego albo mieli upatrzoną bardziej wymagającą ofiarę. Ta druga opcja bardzo mu się spodobała. Im więcej sił miała poświęcona istota tym większą moc zyskiwał poświęcający.

Trzy dni później gdy znów posłusznie odmrażał sobie palce w pochmurny wiosenny wieczór, oddział wrócił. Brakowało w nim dwóch mężczyzn, zaś jedna z kapłanek miała opatrzone ramię i bok. Pozostali przy życiu wojownicy wlekli między sobą nieprzytomną kobietę. Nie widział twarzy, gdyż zasłaniały ją opadające włosy, lecz z pewnością pochodziła z pobliskiego miasta – nigdzie indziej oddział nie doznałby tak poważnych strat. Poza tym nosiła strój, który, choć poszarpany, różnił się od ubioru mieszkańców bagiennych wiosek, a jasne włosy były zbyt starannie rozczesane jak na wieśniaczkę. Chciał przyjrzeć się zdobyczy, nie śmiał jednak opuścić posterunku bez pozwolenia.

Gdy tylko uwolnił się od znienawidzonego zajęcia i przywrócił swojemu ciału normalną możliwość ruchu i temperaturę, zaczął zastanawiać się dokąd mogli zabrać kobietę. Pierwszym pomysłem było udanie się z tym pytaniem do kapłanek, jednak idea równie szybko znikła jak się pojawiła. Kiedyś wraz z Falhade'em dla zabawy chcieli wejść do damskiej części podziemi – on wyszedł z tej próby jedynie z kilkoma siniakami, lecz Falhade niemal stracił oko, zaś prawa część jego twarzy będzie już do końca życia oszpecona. Postanowił zamiast tego odszukać męską część patrolu, w nadziei, iż może któryś z nich będzie wiedział coś na temat schwytanej. W wielkim kompleksie znalezienie kogokolwiek z tej grupy zajęło mu sporo czasu, w końcu jednak dowiedział się, że zdobycz trzymana jest wraz z innymi w więzieniu, lecz w osobnej celi. W oddzielonej przepaścią części fortecy natknął się najpierw na dwa gargulce, które jednak przepuściły go, poznając zapach, który czuły czasem gdy przynosił strażnikom posiłki z kuchni. Za drzwiami w całkowitej ciemności płonęło tylko kilka magicznych lamp, co istotom nienawykłym do życia w ciemnościach podziemi nie pozwalało dostrzec niemal niczego poza cieniami w mroku. Młody elf bez trudu jednak odnalazł jednego z pilnujących, siedzącego wygodnie na kamiennej ławie pod ścianą i drapiącego za uszami wielkiego, kudłatego Warga. Widząc go zwierzę podniosło łeb, a jego czerwone oczy zalśniły czujnie, lecz zaraz uspokoiło się na powrót.

- Chcę porozmawiać z kobietą, którą dzisiaj przyprowadzono.

- Na jakiej podstawie sądzisz, że ci na to pozwolę? - strażnik wyraźnie naigrywał się z niego, wykorzystując swoją wszechwładzę w tym miejscu – A w ogóle kto ci pozwolił tu wejść? - czerwone oczy Warga znowu błysnęły, gdy stwór szykował się do okrutnej wersji zabawy w berka.

- Ona jest przeznaczona dla mnie – te krótkie słowa sprawiły, że ręka strażnika momentalnie chwyciła za obrożę gotującego się do skoku wilka, usadzając go w miejscu, a sam strażnik zerwał się na nogi. Nikt nie chciał wywołać gniewu kapłanek, a skoro ta ofiara była dla tego chłopaka, miał prawo ją zobaczyć.

Poprowadził przybysza do zamkniętych na głucho drzwi na końcu korytarzyka. Stał przy nich kolejny gwardzista z wilkiem u boku. Dziwne – tyle zamieszania wokół jednego więźnia. Młodzieńcowi podobało się to wszystko coraz bardziej – zamknięta za tymi drzwiami kobieta musiała być naprawdę ważną osobą. Strażnik usunął magiczne blokady by mógł wejść do celi. Okazała się ona maleńkim pomieszczeniem, pozbawionym jakiegokolwiek źródła światła. Jedynie blask trzymanej w ręku magicznej lampy pozwolił Elfowi dojrzeć siedzącą pod przeciwległą ścianą więźniarkę. Jej nadgarstki krępował łańcuch przeciągnięty przez kółko nad jej głową – na tyle długi, że mogła wstać lub usiąść, lecz o położeniu się czy zrobieniu choćby kroku nie było mowy. Kobieta siedziała ze spuszczoną głową, długie włosy zasłaniały jej twarz. Nie poruszyła się gdy wszedł do celi.

Mroczny Elf zastanawiał się, po co te wszystkie środki ostrożności – siedząca pod ścianą była drobna, drobniejsza od kapłanek jego ludu, i nie wydawała się zbyt silna. Ośmielony jej nieruchomością podszedł bliżej, uklęknął i, chwyciwszy kobietę za podbródek, zadarł jej twarz do góry. Musiał szybko ugryźć się w język aby nie zakląć. Tych rysów nie dało się pomylić, a już z pewnością nie w momencie gdy odrzucone włosy odsłoniły spiczaste ucho. Leśna Elfka. Co prawda nie widział nigdy dotąd przedstawiciela tej rasy, lecz wiele o niej słyszał. Wiedział, że ich kapłanki są potężne i potrafią zadawać okropny ból ofiarom. Nie inaczej postępowały kobiety jego rodzaju, lecz opowiadania o okrucieństwach tamtych wywoływały dreszcz nawet u zaprawionych w walce wojowników Mrocznych Elfów. Mówiono, że władające magią Leśne Elfki sprawiały, że ofiarę oplątywały rośliny o kolcach długich na dłoń, które wbijały się w ciało i sączyły powolne trucizny lub przyzywały agresywne duchy, przyprawiające o obłęd lub rozrywające przeciwników od środka. Teraz, gdy pierwszy szok minął, młodzieniec zauważył, że spojrzenie kobiety jest nieostre, półprzytomne. Musiała być właśnie jedną z kapłanek Leśnych Elfów - zapewne została odurzona, by nie mogła rzucać zaklęć. Znał jednak działanie otępiających ziół i wiedział, że jest na tyle przytomna, by go słyszeć i rozumieć.

- Kim jesteś? Jak się nazywasz? Skąd tu przybyłaś?- władał dość płynnie wspólnym, z rzadka jedynie używając wtrętów ojczystego narzecza. Dopiero teraz naprawdę cieszył się, że poświęcił część swojego wolnego czasu na naukę tego języka, zamiast brać udział w "rozrywkach" uwielbianych przez swoich rówieśników – dręczeniu niewolników, urządzaniu walk wilków czy wzajemnym praniu się po gębach. Mężczyźni Mrocznych Elfów bardzo rzadko odbierali szersze wykształcenie niż nauka czytania i pisania – nie było im ono potrzebne, gdyż nie pozwalano im studiować magii i rytuałów, które stanowiły wyłączną domenę kobiet. On jednak, chcąc choć odrobinę umniejszyć przewagę kapłanek nad sobą, przyswoił sobie nieco wiedzy na temat świata.

- Odpowiadaj! - warknął i potrząsnął lekko kobietą. Więźniarka była jednak tak osłabiona, że pod wpływem wstrząsu głowa ponownie jej opadła. Zdołała ją podnieść na tyle, by spojrzeć na niego, lecz widać było, że nie może skupić myśli na tyle, by odpowiedzieć nawet na trzy proste pytania. Mroczny Elf westchnął z irytacją i powtórzył – Jak się nazywasz?

Z twarzy kobiety widać było, że nawet przypomnienie sobie własnego imienia sprawia jej trudność. W końcu jednak jej usta otworzyły się. Przez chwilę zdawała się zmuszać je do ułożenia się zgodnie z jej wolą, lecz zatrute ziołami ciało było całkowicie nieposłuszne i wydała z siebie jedynie cichy jęk. Dochodząc do wniosku, że raczej nic z niej nie wyciągnie, młodzieniec szykował się do odejścia, gdy usłyszał niewiele głośniejszy od oddechu, zachrypnięty szept kobiety.

- Mmm... Meeeghhh... - jej głowa znów opadła bezwładnie, a cała postać znieruchomiała.

***


Następnego dnia w drodze na wartę dowiedział się, że dziś został zwolniony ze służby, zaś jego miejsce przy bramie zajmuje nie kto inny jak Dremaghan. Młodemu Elfowi nie przeszkadzało to jakoś szczególnie – nigdy nie lubił Dremaghana, a fakt, że tak nagle zmienił on zajęcie mógł świadczyć tylko o tym, że podpadł którejś z kobiet. Jego problem, niech teraz on marznie. Zobaczymy, czy dziś wieczorem też będzie taki wygadany jak zwykle

Tymczasem jednak były wartownik, nie mając nic lepszego do roboty, powrócił na swoją, opustoszałą w tym czasie, kwaterę i zabrał się za przeglądanie torby łupów, którą pozostawił przy posłaniu jeden z jego współlokatorów. Wszelkie kwestie sporne w stylu prawa własności wyjaśnią sobie później. Jak jednak można się było spodziewać, pakunek nie zawierał niczego wartościowego – jego właściciel dobrze znał panujące wśród mężczyzn zwyczaje. Jedynymi przedmiotami, które mogły być godne uwagi, były miedziana bransoletka, która jednak po bliższych oględzinach nie była zbyt interesująca, i książka. Odrzuciwszy metalową ozdobę postanowił zaopiekować się nieco wytartym tomem – jego dotychczasowy właściciel prawdopodobnie nawet się o niego nie upomni. Trochę szkoda, ale z drugiej strony nie miał ochoty na bójkę. Zbyt wiele spraw zaprzątało jego umysł, by chciało mu się dodawać do nich jeszcze problemy z kimś sypiającym trzy posłania dalej.

Zdobyczna książka okazała się być zbiorem wierszowanych utworów jakiegoś bliżej nieznanego autora. Były w niej teksty opowiadające o jakimś „wielkim królu” ludzi (jak jakikolwiek człowiek może być „wielki”?) i jego fortecy, okrutnym baronie, którego „dosięgła sprawiedliwość” (cały ten baron był strasznie naiwny, żeby dać się tak podejść, ale czego oczekiwać po człowieku?) oraz o bitwie o Mhurag-Nar. Tę historię młody Elf znał aż za dobrze i po przeczytaniu tej wersji miał ochotę cisnąć książką przez sypialnię. Jego rasa została opisana jako okrutne, żądne krwi potwory paktujące z demonami. Autorowi chyba pomyliło się, kto w tej bitwie był atakującym, a kto obrońcą, zaś fakt, że – pomimo dwukrotnie większej liczebności i chroniących je murów – Mroczne Elfy zostały wyrżnięte co do jednego, chyba bez wątpliwości wskazywał na to, która ze stron musiała bratać się z mieszkańcami Otchłani.

Ochłonąwszy nieco, wrócił do lektury. W końcu nie od dziś wiedział, że ludzie są tchórzliwymi, podstępnymi kłamcami. Ledwo nadawali się na niewolników. Kolejne utwory traktowały o kolejnych, żałosnych przepychankach ludzi, walczących o władzę. Dopiero za połową tomu tematyka zmieniła się. Kilka krótkich wierszy opisywało krajobrazy nieznane wychowanemu na bagnach Mrocznemu Elfowi – kwitnące łąki, wielkie rzeki, wiecznie zielone lasy na wysokich górach. Nie miał pojęcia, jak to wszystko wyglądało, ale musiało być ładne. Kolejnym tematem książki okazały się związki kobiet z mężczyznami. Tę część młody Elf czytał z wyraźnym niesmakiem. Kobieta błagająca o coś mężczyznę? Kobieta czekająca na deszczu i zimnie na mężczyznę? Kobieta ulegająca mężczyźnie?! Żałosne. Kobiety nie miały tak wiele siły fizycznej jak mężczyźni, musiały więc mieć silną wolę. A pozbawione jednego i drugiego stawały się całkiem zdane na łaskę i niełaskę płci przeciwnej. Żałosne. No ale chyba tylko z powodu tej słabości mają tak posłuszne służące – potulne kobiety przeżywały w niewoli dłużej niż buntowniczy mężczyźni, były subtelniejsze i przez to bardziej cenione jako służba.

Znudzony lekturą odrzucił ją w miejsce, z którego ją zabrał. Nie mając żadnych konkretnych obowiązków do wypełnienia wyciągnął się wygodnie na materacu i wlepił wzrok w kamienny sufit. Jego myśli błądziły bez celu, aż wreszcie trafiły na jakiś punkt zaczepienia. Znał kobiety swojej rasy – dumne, inteligentne i porywcze, władające potężną magią Mrocznej Bogini. Znał też ludzkie kobiety – niezbyt rozgarnięte, strachliwe (ileż to razy był świadkiem jak któraś, przestraszona, mdlała – była to jedna z popularnych rozrywek wśród młodzieży Mrocznych Elfów) i brzydkie – przynajmniej te służące w męskiej części podziemnego kompleksu. Orkijskiej kobiety nigdy nie widział, ale nie miał ochoty spotkać którejś. Ale ta Leśna Elfka, jego ofiara, intrygowała go. Niewiele wiedział o tej rasie, poza kilkoma paskudnymi opowiadaniami o ich złośliwości i okrucieństwie. Z pewnością były inne niż jego kuzynki – nie tylko z wyglądu – gdyż mężczyźni Leśnych Elfów również praktykowali magię, zaś kobiety nierzadko wybierały drogę oręża, nie czarów. Ta, na przykład potrafiła władać łukiem, gdyż pamiętał kołczan przewieszony przez jej plecy gdy oddział wlókł ją do fortecy. Gdyby tylko mógł z nią porozmawiać... Ale utrzymywano ją w stanie zbyt silnego odurzenia. Przez chwilę nawet zastanawiał się nad podaniem jej odtrutki, ale stwierdził, że nie ma ochoty zostać przemienionym w żabę czy rozerwanym przez duchy gdy kobieta odzyska zdolność rzucania zaklęć.

Komnata sypialna zaczęła się zapełniać, wyrywając go z zamyślenia. Wracali młodzi Elfowie, którzy po skończeniu swych porannych i wczesnopopołudniowych zajęć nie mieli żadnych pomysłów na spędzenie wolnego czasu. Wrócił również właściciel torby, której zawartość leżała obecnie w nieładzie na jego posłaniu. Z niezadowolonym warknięciem zgarnął wszystkie przedmioty z powrotem, ale nie szukał winnego tego bałaganu. W tak ciasnym zgrupowaniu męskich przedstawicieli rasy Mrocznych Elfów nastroje szybko zaczęły się zagęszczać, jednak ktoś dostatecznie przytomnie myślący rzucił pomysł na zajęcie i tym samym oderwał wszystkich w pomieszczeniu od chęci wzajemnego poobijania sobie twarzy. Idea brzmiała całkiem ciekawie – wrzucić niewolnika do zagrody wilków i sprawdzić, jak długo przeżyje – i natychmiast znalazła się grupa chętna do obserwowania przebiegu „eksperymentu”. Hałaśliwie wytoczyli się z sypialni, gwałtownie dyskutując na temat wyboru zagrody, ilości wilków i tego, skąd można będzie zabrać niewolnika tak, aby nikt nie zwrócił uwagi na jego zniknięcie. Takie przemieszczenia trwały całe popołudnie – jedni przychodzili, inni wychodzili, tylko jeden Elf, leżący na swoim miejscu, nie przejawiał ochoty na jakąkolwiek formę aktywności. Kilku próbowało go zaczepiać, ale nie interesował się ich staraniami, więc w końcu dali spokój.

Wieczorem w komnacie zrobiło się nieco spokojniej. Część lokatorów postanowiła urządzić wypad do kuchni celem zdobycia czegoś lepszego na dzisiejszą kolację (choć bez wątpienia podczas tego wypadu ucierpią – zarówno psychicznie jak i fizycznie - niektóre pracujące w kuchni niewolnice). Kilku innych miało przydzielone obowiązki, a dobrze wiedzieli, że uchylanie się od wypełnienia ich może grozić czymś o wiele gorszym niż zwykła chłosta czy areszt. A Dremaghan nie wrócił z warty – musiał naprawdę poważnie nadepnąć komuś na odcisk. Pomimo dużej ilości wolnej przestrzeni, w dalszej części pomieszczenia wybuchła kłótnia, przybierająca z każdą sekundą na sile. Posypały się wyzwiska, adwersarze rzucili się sobie do gardeł, jeden wyciągnął sztylet, zaś obserwatorzy ochoczo zagrzewali do walki na przemian obydwu. Prawdopodobnie całe zajście skończyłoby się wraz z utkwieniem sztyletu między czyimiś żebrami lub w szyi, po czym wszyscy żywi świadkowie mieliby kłopoty, lecz przeszkodziły temu gwałtownie otworzone drzwi.

W progu stała młoda kapłanka Skorpiona, drugiego wcielenia Mrocznej Bogini. Za jej plecami, w pełnej gotowości do wypełnienia każdego jej rozkazu, stało dwóch Strażników Skorpiona – części elitarnej grupy mężczyzn (do której należeli zazwyczaj jedynie blisko spokrewnieni z kapłankami, i to tylko ci wybrani) służącej bezpośrednio przy kulcie Mrocznej Bogini, mającej swobodny dostęp do niemal całego podziemnego kompleksu. Wszelkie hałasy natychmiast ucichły, sztylet wrócił na swoje miejsce zanim zdążył zostać użyty.

- Wszyscy wynocha! - zakomendowała kobieta, a obecni w komnacie natychmiast ruszyli do drzwi, w drodze kłaniając jej się z szacunkiem – Ty zostajesz – wskazała na Elfa, który na jej poprzedni rozkaz odłożył czyszczone ostrze na posłanie i wstał by podążyć za innymi. Był najstarszy z nich, wkrótce miał zostać pełnoprawnym mężczyzną. Kapłanka machnięciem ręki odprawiła strażników i zwróciła się do jedynej oprócz niej osoby w komnacie.

– Słyszałam, że chciałeś rozmawiać z tą Elfką, którą sprowadzono dla ciebie na ofiarę - jasnym było, że nie oczekuje potwierdzenia - Nic z tego, utrzymamy ją w pełnej nieświadomości aż do ceremonii. Leśne Elfy to zbyt zręczni kłamcy i manipulatorzy, z pewnością namąciłaby ci w głowie. Przywrócimy jej umysł dopiero tuż przed rytuałem, by mogła w pełni poczuć potęgę naszej Bogini. Ach, to już tak niedługo – jej ton nagle zmienił się na bardziej miękki – Ale powiedz mi, czy nie marzyłeś kiedyś, by zostać Strażnikiem Mrocznej Bogini?

- Oczywiście, Zhuma'Sharil – mruknął niepewnie zapytany. Do czego dążyła? Czy chciała tylko wyśmiać jego fantazje, czy może je urzeczywistnić? - Niewielu jest takich, którzy nie pragnęliby tego zaszczytu – odpowiedział wymijająco woląc, aby jego myśli pozostały równie nieodgadnione jak jej zamiary.

- Mogę sprawić, że zostaniesz jednym z nich. Będziesz moim wojownikiem i dołączysz do Strażników Skorpiona. Matriarchini zgodziła się gdy ją o to poprosiłam – widząc, że jej rozmówca zdaje się ogłuszony tym nagłym odkryciem kart, kontynuowała – Mój Shalinor musi jednak dowieść swojej siły.

Podeszła bliżej, jej oczy lśniły w słabym świetle.

- Stoczyłem już wiele walk i nieraz udowodniłem swoje umiejętności w walce – miał ochotę odsunąć się, ale nie śmiał się poruszyć.

- Och, siłę mężczyzny określają nie tylko jego blizny – roześmiała się niemal wesoło. Niemal. Drapieżna żądza w jej oczach przytłaczała go. Wiedział, że podoba się kobietom, a szrama przecinająca skosem jego prawy oczodół według wielu przydawała mu jeszcze więcej atrakcyjności (usłyszał jak dwie z nich dyskutują na ten temat, choć udawał, że jest bardzo zajęty pilną obserwacją śpiącego w swej zagrodzie Warga). Normalnie nie odmówiłby życzeniu kapłanki, lecz tym razem wypełniał go dziwny niepokój. Czuł na sobie przeszywające duszę spojrzenie uważnych turkusowych oczu. Turkusowych?! Skąd przyszło mu to do głowy? Stojąca przed nim kapłanka miała przecież oczy czarne, jak cała jego rasa. Czy rzuciła na niego zaklęcie? Nie, nie czuł żadnych wpływów magii. Próbował otrząsnąć się i przywrócić sobie normalną możliwość myślenia, lecz delikatny zapach perfum i bliskość jej ciała skutecznie mu to uniemożliwiały.

- Te drzwi nie mają zamknięcia, Zhuma'Sharil, ktoś może wrócić... wejść – niezręcznie próbował się bronić. Nie chciał zbliżać się do tej kobiety. Bynajmniej nie dlatego, że była nieatrakcyjna, wręcz przeciwnie. Jednak każda myśl o spędzeniu z nią nocy wywoływała uczucie, jakby ktoś zaciskał mu pętlę na szyi.

- Uwierz mi, że potrafię skutecznie zamknąć drzwi jeśli chcę. Nawet jeśli nie mają zamka. Więc jak będzie wojowniku? Czy może powinnam już mówić „mój Shalinor”? - poczuł ciepło jej miękkiego szeptu na policzku i poddał się. Zdał sobie sprawę, że myślenie i próby oporu tylko przeszkadzały i sprawiały ból. O wiele łatwiej było ulec i zapomnieć o wszystkim.

***


Przez kolejne dwa dni chodził podenerwowany. Jeden Elendiar, którego przypadkowo usłyszał w jadalni żartującego niewybrednie na temat wizyty kapłanki w ich sypialni, szybko wylądował na podłodze ze złamanym nosem i trzema pękniętymi żebrami. Inny, nieco starszy, zebrał cięgi w zasadzie za nic. Trzeciemu upiekło się jedynie dlatego, że rozdzieliło ich dwóch Morgwath. Skończyło się na tym, że siedział samotnie przy zagrodach wilków, pogrążony we własnych myślach i omijany z daleka zarówno przez młodszych jak i starszych Elfów.

Kiedy ktoś dotknął jego ramienia, skoczył na równe nogi, gotów bić bez powodu i bez litości. Na szczęści opamiętał się w porę, widząc przed sobą tych samych dwóch Strażników Skorpiona, którzy towarzyszyli kapłance – jego Zhuma'Sharil. Nakazali mu iść ze sobą i posłuchał. Możliwość bezmyślnego wypełniania rozkazów jakoś go uspokajała.

- Ładnie załatwiłeś tego młodzika przy kuźniach. Dostał za coś, czy tak tylko z nudów? - wyższy ze Strażników próbował nawiązać rozmowę, ale jego słowa trafiły w próżnię.

Młody Elf dopiero po jakimś czasie zdał sobie sprawę, dokąd idą. Zbliżali się niebezpiecznie do kobiecej domeny podziemi. Ku jego uldze skręcili jednak zanim doszli do wielkich wrót prowadzących do dalszej części kompleksu. Strażnicy zaprowadzili go do ciężkich, bogato rzeźbionych drzwi, wpuścili przez nie i zostawili. Nie był jednak sam w pomieszczeniu. Oprócz niego w komnacie było jeszcze pięć kapłanek: Matriarchini – Arcykapłanka Pająka, Arcykapłanka Skorpiona, Arcykapłanka Węża, dobrze znana mu kapłanka Skorpiona i jeszcze jedna kobieta, której nie znał. Wszystkie wyraźnie na niego czekały – nie podobało mu się to.

- Witaj, mój Shalinor – powitała go jego kochanka – Nadszedł czas, byś przysiągł swoje posłuszeństwo Mrocznej Bogini i przyjął jej znak. Podejdź tu – wskazała na miejsce między trzema Arcykapłankami – Uklęknij.

Nie lubił rytuałów, których nie rozumiał, lecz postępował tak, jak mu nakazano. Gdy tylko usłyszał cichy zaśpiew kobiet nad swoją głową, wydawało mu się, że światło w komnacie – i tak przytłumione na potrzeby oczu Mrocznych Elfów – jakoś zagęściło się i jakby skurczyło. Z cienia natomiast dobiegł go cichy głos, jakby szept i syk w jednym. Nie rozumiał słów, ale wiedział, że przeznaczone są nie dla jego uszu, lecz duszy. Ta natomiast zdawała się rozumieć je i wyrywać z ciała, by podążyć na wezwanie swej Mrocznej Bogini. Zaczął walczyć, lecz czuł, że przegrywa z potężniejszą wolą. W ciemności widział parę czarnych oczu, syczący szept rósł w siłę. Wtedy jednak, gdzieś daleko w mroku ujrzał inne oczy - o barwie czystego turkusu oblamowanego złotem. Skupił się na nich, a natarczywy syk zaczął ustępować miejsca kojącemu, melodyjnemu głosowi, który sprawił, że jego duch uspokoił się i powrócił do ciała.

Młody Elf upadł na podłogę, wycieńczony.

- Jego dusza spotkała się z samą Mroczną Boginią. Musiała go naprawdę mocno doświadczyć – oznajmiła Matriarchini – Będzie wspaniałym Strażnikiem Skorpiona.

Młodzieniec poczuł, że jest podnoszony i sadzany na jakimś krześle. Jego lewy nadgarstek został przytwierdzony obręczą do poręczy krzesła, barki unieruchomione pasem przyciskającym go do oparcia. Ktoś przycisnął mu do ust naczynie z kwaśno pachnącą zawartością.

- Wypij to – nakazał kobiecy głos.

Płyn, pomimo swego zapachu miał mdło-słony smak i powodował zawroty głowy. Elf zdał sobie sprawę z tego, że traci przytomność, choć jednocześnie w jego umyśle zjawiło się mnóstwo proszonych i nieproszonych myśli. Odgłosy otoczenia docierały do niego z bardzo daleka, tak samo jak uczucie podobne do bólu w lewym ramieniu – coś jakby był to ból odczuwany przez kogoś innego.

- Megha'tair, podaj mi jeszcze trochę jadu skorpiona, musimy to dobrze utrwalić. Pośpiesz się, jeśli rana się zajątrzy, znak będzie nierówny i będzie to twoja wina, Megha'tair!

„Megha'tair” - już to gdzieś słyszał, tylko gdzie? Nie, nie „Megha'tair”, tylko „Megh”. Tak, tak powiedziała ta Elfka w więzieniu. „Megh” to dziwne imię, prawda? Takie dzikie, jakby w ogóle nie było imieniem. Ciekawe, co oznacza? „Megh”... „Megh”... „Megh”...

W końcu Mroczny Elf stracił przytomność.

***


Dzień jego siedemdziesiątych urodzin i ceremonii wejścia w wiek męski nadszedł wreszcie, choć wcześniej zdawał się oddalać, jak każde wydarzenie, na które zbyt mocno się czeka. Tępy ból w ramieniu w końcu zniknął i jedynym jego wspomnieniem było czerwone znamię w kształcie skorpiona. Od rana kręcił się bez celu po wielkich podziemiach. Na tę okazję otrzymał od swej Zhuma'Sharil lekką kurtkę, spodnie i buty – wszystko wykonane z mocnej czarnej skóry i krwistoczerwonych jaszczurzych łusek. Strój był naprawdę imponujący, widać było, że kapłanka chce zaprezentować za jego pomocą swoje wpływy i pozycję.

Wieczór rytuału zbliżał się jednocześnie zbyt szybko i nieznośnie powoli. Po zachodzie słońca wokół komnaty rytualnej – olbrzymiej sali, na środku której stał posąg Mrocznej Bogini otoczony wiecznie bulgoczącym i syczącym jeziorem kwasu, do którego wrzucano ciała ofiar – zgromadziło się niezwykle wielu Elfów. Ceremonia wejścia w wiek męski była świętem, ale rzadko przejmował się nim ktokolwiek poza samym zainteresowanym i kilkoma kapłankami. W tym wypadku jednak nie tylko wystawny strój, ale i całe wydarzenie miało ukazać wszystkim potęgę pewnej kapłanki, która postarała się, by jej triumf obejrzało jak najwięcej widzów. Idąc korytarzem do drzwi komnaty, w której ma zostać oficjalnie ogłoszony mężczyzną, młody Elf przyciągał wiele ciekawych, zawistnych i nienawistnych spojrzeń. Nie przejmował się jednak nimi. Adrenalina buzowała w jego żyłach, zaś myśli skupione były już tylko na najbliższych wydarzeniach.

Wszedłszy do pustego jeszcze pomieszczenia mimowolnie spojrzał w górę na wielką statuę w centrum. U jej stóp, na brzegu jeziora kwasu, stał między dwoma kolumnami zwieńczonymi wypełnionymi czerwonym ogniem naczyniami ołtarz. Przed schodami do niego prowadzącymi na ozdobnych stojakach oczekiwały na krew nowych ofiar dwie misy. Młodzieniec skierował się w kąt komnaty, gdzie oczekiwały na niego dwie kapłanki, mające jeszcze raz przypomnieć mu wszystkie szczegóły uroczystości. Za jego plecami przez otwarte drzwi zaczął wlewać się tłum. Mimo to wokół nadal było cicho – wszelkie rozmowy urywały się w progu gdy wchodzących przytłaczał majestat posągu. Pomruk przy wejściu, rozchodzący się niczym fala na wodzie, świadczył o tym, że ofiara została przyprowadzona i wkrótce będzie oczekiwać go przy ołtarzu. Ze swego miejsca w kącie nie widział ołtarza, gdyż zasłaniała go potężna kolumna, lecz usłyszał wyraźnie głos Arcykapłanki Skorpiona śpiewający modlitwę do Mrocznej Bogini. Już za chwilę jego kolej.

Przeszedł z powrotem do drzwi i ruszył w kierunku środka komnaty. Kapłanka właśnie zstępowała tyłem ze stopni ołtarza, w jej ręku w czerwonym blasku ognia lśniło ostrze rytualnego noża, którego rękojeść i jelec przypominały kształtem skorpiona. U stóp schodów odebrał, z zachowaniem wszystkich ceremoniałów, sztylet i ruszył pod górę.

Na szczycie schodów, przed kamiennym postumentem, stała jego ofiara. Była już w pełni przytomna, nie uciekała jednak. Nie było dokąd - za plecami miała pieniący się kwas, przed sobą setki Mrocznych Elfów i nieznane podziemia. Patrzyła na niego, jak zbliża się powoli, a gdy stanął naprzeciw niej – górując nad nią o pół głowy – uśmiechnęła się.

- Widywałam cię czasem we śnie – rzekła tak cicho, że przez syczący kwas nie mógł usłyszeć jej nikt poza nim – Wydawało mi się, że krzyczysz i wołasz o pomoc. Chciałam ci pomóc, ale przez te zioła nie mogłam się uwolnić. Czy po to przyszedłeś? Nadal pragniesz pomocy?

- Przyszedłem odebrać ci życie. Twoja krew pozwoli mi stać się mężczyzną.

- Naprawdę tak sądzisz? - przekrzywiła głowę zdziwiona – Zrobisz to?

Nie odpowiedział, gdyż dołączyło do nich dwóch Strażników Skorpiona, którzy chwycili Elfkę za ramiona, unieruchamiając ją, by złożona ofiara był czysta. Ona jednak nadal wpatrywała się w swego oprawcę tymi swoimi wielkimi oczami i Mroczny Elf wiedział, nawet w tym czerwonym świetle płomieni, że miały one barwę turkusów oblamowanych złotem. Nie odrywając od niej wzroku zacisnął mocniej palce na rękojeści sztyletu. Nie mógł się wahać. Ofiara musi zostać złożona.

- Pani Mroku, przyjmij tę duszę wyrwaną ciału moimi rękoma! – rozpoczął własną inkantację rytuału – W zamian daj mi siłę, bym mógł niszczyć mych wrogów i wypełnić cel mego istnienia. Bogini mych przodków i braci, wysłuchaj prośby syna oddanego Tobie narodu! - sztylet wzniósł się i wraz z ostatnimi słowami opadł...

...celując w Strażnika trzymającego lewą rękę Elfki. Zaklęte ostrze z łatwością przeszło przez skórzany kaftan i odnalazło serce. Jednocześnie drugi Strażnik otrzymał nieomylne kopnięcie w przeponę, które na dłuższy czas pozbawiło go możliwości oddychania. Niedoszły Shalinor naparł mocniej na rękojeść i ciało wraz z nadal tkwiącym w jego piersi sztyletem runęło do kwasowego jeziora. Ofiara została dopełniona.

W komnacie zapadła cisza zakłócona jedynie bulgotaniem cieczy u stóp posągu, nikt z zebranych nie rozumiał, co właściwie się stało. Ta chwila konsternacji wystarczyła by młody Elf, chwyciwszy niemal wpół swoją niedoszłą ofiarę, rzucił się biegiem w dół schodów, w stronę drzwi. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, zniknęli za zakrętem. Wtedy, niczym długo uśpiony wulkan, całe zgromadzenie wybuchło krzykami. Mężczyźni stojący bliżej wyjścia rzucili się w pościg. Kobiety wydawały głośne, nierzadko sprzeczne rozkazy. Dwoje uciekinierów nie zwracało jednak uwagi na oddalający się hałas, pędząc przez opustoszałe korytarze. Mroczny Elf, znający podziemia, przewodził, prowadząc ich bezpiecznymi skrótami. Jedynym miejscem, gdzie spodziewał się kogoś spotkać, była brama prowadząca na zewnątrz. Ku swojej uldze zastali tam jedynie dwóch wartowników, reszta prawdopodobnie schowała się przed zimnem w pomieszczeniu straży, niedaleko wyjścia. W jednym z nieszczęśliwych „wybrańców” rozpoznał Dremaghana.

- Hej, a ty co tu robisz? - młodszy Elf jak zwykle nie okazywał mu najmniejszego szacunku – Czy nie powinieneś teraz być?... - nie zdążył dokończyć, gdyż dwa otrzymane równolegle, zaskakujące ciosy – w żołądek i w szczękę – pozbawiły go przytomności. Drugi ze strażników nie dał się już tak zaskoczyć. Zdążył nawet sięgnąć po strzałę i nałożyć ją na cięciwę trzymanego łuku, lecz na tym jego działania skończyły się – sztylet wyrwany zza pasa pierwszej powalonej ofiary z cichym świstem przeciął powietrze i rozpłatał łucznikowi gardło. Stojący nad pokonanymi Elf nie miał jednak czasu świętować zwycięstwa. Wyszarpnął ostrze z pochwy przytroczonej do uda nieprzytomnego, złapał swoją towarzyszkę za ramię i chciał wybiec z podziemi.

- Poczekaj – wyrwała mu się. Podbiegła do martwego strażnika, zabrała łuk z jego ręki i wyciągnęła garść strzał z kołczanu.

Tak uzbrojeni wypadli pod otwarte niebo. Wieczór był chłodny, zbyt chłodny dla przyzwyczajonego do ciepła Mrocznego Elfa. Bieg pozwalał mu jednak utrzymać odpowiednią temperaturę ciała i gdyby był sam mógłby prawdopodobnie pędzić tak aż do świtu, jednak Elfka traciła siły dużo szybciej. Wycieńczona wieloma dniami uwięzienia wkrótce zaczęła zostawać z tyłu. Ciągnięcie jej za rękę niewiele pomogło, potykała się coraz częściej. Raz nieomal upadłaby, gdyby w porę nie chwycił jej za ramiona. Wiedział, że nie dadzą rady dłużej tak uciekać. Pościg bez wątpienia był już w drodze, choć poruszał się cicho jak myśliwy ścigający zwierzynę. Chciał skręcić na wschód w kierunku gór i zapaść w dzikie lasy, mając nadzieję zgubić lub przynajmniej opóźnić tam ścigających, lecz jego towarzyszka, pomimo tego, że jej oddech stawał się coraz płytszy i szybszy, pokręciła gwałtownie głową i uparcie ciągnęła go w przeciwnym kierunku, ku bagnom i torfowiskom. Pozwolił jej prowadzić. W podziemiach orientował się lepiej, lecz tutaj, na otwartej przestrzeni, ona miała przewagę.

Posągi Strażników Doliny pojawiające się przed nimi w mroku natchnęły go nową, choć irracjonalną nadzieją. Za tą bramą co prawda kończyły się tereny Mrocznych Elfów, co nie znaczyło jednak, że nie sprawowały one kontroli nad wielką częścią bagien wokół. Pościg na pewno nie zatrzyma się i nie zawróci w tym miejscu, jednak dotarcie tutaj oznaczało już jakiś postęp i zmianę. Oby na lepsze.

Musieli jednak odpocząć. Kobieta nie była w stanie samodzielnie ustać na nogach. Przebiegli między posągami i opuścili drogę, wybierając zejście, czy właściwie ześlizgnięcie się, po stromym zboczu, u stóp którego rósł zagajnik bagiennej roślinności – ciemne, pokręcone lub skarlałe drzewa i gęste, czarne krzewy. Zagłębiwszy się weń odrobinę padli na miękką, torfową glebę. Elfka zamknęła oczy i jedyną oznaką tego, że jeszcze żyje był płytki, nierówny oddech wydobywający się ze świstem z jej rozchylonych ust. Mogli zostać tu na kilka godzin. Jeśli pierwszy ze ścigających ich oddziałów nie miał ze sobą wilków – a mało prawdopodobne, by miał – nie znajdą ich zbyt szybko. Kiedy jednak przestali biec, natychmiast dogoniło ich coś innego – chłód. Pomimo iż opuścili wyżyny i ze wszystkich stron osłaniały ich rośliny, wiosenny wieczór był chłodny. Elf nie chciał zmarznąć, gdyż późniejsze rozruszanie mięśni byłoby nieprzyjemne i długotrwałe. Potrzebował jednak odpoczynku, więc nie mógł chodzić w kółko by się rozgrzać. Jedynym sposobem było więc przytulenie się do towarzyszki i wspólne poszukiwanie ciepła. Sam pomysł był dobry, lecz niósł ze sobą ryzyko – wtuleni w siebie mogli usnąć oboje, a on musiał czuwać, inaczej żadne z nich mogłoby już się nie obudzić. Jego dylemat jednak szybko się rozwiązał, gdy usłyszał, że kobieta drży i szczęka zębami z zimna. Przysunął się do niej, objął ramieniem i przyciągnął do siebie. Teraz całą siłą woli musiał się pilnować, by nie zasnąć.

***


Szare światło sączące się przez liście powiedziało mu, że nastał dzień. Przez całą noc nie słyszał niczego, co mogłoby świadczyć o tym, że pościg złapał ich trop. Dzisiaj jednak z pewnością wypuszczą wilki, a wtedy ucieczka stanie się trudniejsza. Delikatnie potrząsnął śpiącą w jego objęciach kobietą.

- Hej, obudź się. Musimy iść dalej, bo inaczej wkrótce nas znajdą.

Elfka zadziwiła go sprawnością, z jaką pozbierała się po nie tak dawnym wyczerpaniu. Widać było, że jest przyzwyczajona do dużych wysiłków i zmęczenia. Po chwili maszerowali już między drzewami na południe, a przynajmniej miał nadzieję, że dobrze rozpoznał kierunek. Zapoznał się nieco z mapami i próbował odgadnąć cel, do którego zmierzali. W końcu jednak dał za wygraną.

- Dokąd idziemy? - zapytał nie zwalniając kroku.

- Do Highmarsh – odparła po prostu. To sprawiło, że Elf aż się zatrzymał. Był w tej wiosce dwukrotnie i nie sądził aby ktokolwiek z jej mieszkańców ucieszył się na jego widok.

- Nie mogę wejść do osady ludzi – zaprotestował podejmując marsz.

- Dlaczego? Przecież nie chcesz wyrządzić im krzywdy, prawda?

- Nie, nie chcę – postanowił nie tłumaczyć jej całej historii sąsiedztwa wioski z fortecą Mrocznych Elfów – Ale oni o tym nie wiedzą.

- To im powiedz – wzruszyła ramionami jakby tłumaczyła mu rzecz najprostszą w świecie. Pokręcił głową. Nie miał pojęcia, czy ona nie zdawała sobie sprawy z tego, jak postrzegana jest jego rasa, czy może wierzyła, że wszyscy wokół niej mają dobre intencje, tylko nie zawsze potrafią to uzewnętrznić.

- To chyba nie jest dobry pomysł. Ale po co w ogóle tam idziemy?

- Zostawiłam swoje rzeczy w gospodzie. No i musimy kupić jedzenie na podróż. Co prawda mogę polować, ale to bardzo by nas spowolniło, a mówiłeś, że nas ścigają. Nie chciałabym zostać znowu złapana.

- Podróż? Dokąd? Tam skąd przybyłaś?

- Być może, zobaczymy. Posłuchaj, mój mroczny przyjacielu – jej głos stał się twardszy – Chyba nie sądzisz, że możesz zostać tutaj, tak blisko Zhurag-Nar po tym, co zrobiłeś?

- Nie, oczywiście, że nie – zdał sobie sprawę, jak bardzo pomylił się w jej ocenie. Nie była naiwna i łatwowierna. Po prostu starała się nie widzieć mroczniejszej strony życia. Być może wierzyła, że dzięki temu ta strona nie przyjdzie do niej.

- No właśnie – powróciła do swojego poprzedniego tonu – Pomyślałam, że możemy przedostać się na zachód, na tereny ludzi. Może gdzieś tam, gdzie twoja rasa jest tylko legendą, mógłbyś zacząć nowe życie. Tak jak mówiłeś mi we śnie.

- Dobrze, jak chcesz. Ale do Highmarsh nie wejdę. Mogę poczekać na ciebie tutaj, między drzewami.

- Zgoda – nie powiedziała nic więcej.

Niedługo dotarli do skraju zagajnika i Elfka, zupełnie nie kryjąc się, ruszyła w kierunku zabudowań zbitych w ciasną grupkę między drzewami a leniwą rzeką. Wróciła godzinę później, mając na jednym ramieniu plecak z prowiantem, na drugim kołczan, zaś w ręku niosła czarną pochwę na ostrze – nie dającą się z niczym pomylić robotę Mrocznych Elfów.

- Skąd to masz? - spytał, gdy podała mu pokrowiec i zajęła się wygodniejszym układaniem rzeczy w plecaku.

- Kupiec mi oddał. Powiedział, że i tak nie pasuje do żadnych normalnych mieczy, więc nie ma tego jak sprzedać, bo nikt nie potrzebuje tych waszych dziwnych broni.

- Te „nasze dziwne bronie” są najlepszymi ostrzami w całej Ankarii.

- Być może, tylko nikt poza wami nie potrafi się nimi posługiwać, więc nie można ich porównać.

Ruszyli znów w drogę, omijając od południa bagienne miasteczko. Na długo przed tym, nim słońce sięgnęło zenitu, udało im się znaleźć bród, który pozwolił na przedostanie się przez rzekę i ponownie zniknęli w cieniu drzew. Obeznana z życiem w lesie Elfka bez trudu odnajdywała kolejne ścieżki zwierzyny, dzięki czemu marsz nie był tak trudny, jak mógłby być gdyby musieli przedzierać się przez gęste poszycie. Udało im się przemaszerować spokojnie niemal cały dzień, z jednym krótkim postojem. Wokół panowała całkowita cisza, jakby w tym gąszczu nie żyło nic, a przecież coś musiało wydeptać dróżkę, którą właśnie szli. Kobieta była tym trochę zdziwiona, ale mężczyźnie to nie przeszkadzało. Był dziwnie spokojny, jakby mógł tak wędrować do końca życia. Do tej pory opuszczał podziemia tylko na krótkie wypady łupieżcze do okolicznych wsi. Teraz, pomimo świadomości niebezpieczeństwa, czuł się nareszcie swobodnie. Te przyjemne rozmyślania przerwało mu gwałtowne zatrzymanie się przewodniczki. Elfka przyklękła by zbadać ślady.

- Co to? - zajrzał jej przez ramię. Sam niezbyt dobrze znał się na tropieniu, jednak rozpoznał bez pudła ślady na ścieżce. Wielkie niemal jak ludzka dłoń, głębokie odciski psich łap. Teraz wiadomo było, co przepłoszyło zwierzęta.

- Wargi. Prawdopodobnie trzy, przeszły tędy około dwie godziny temu. Wygląda na to, że ścigający nas są przed nami.

- Nie – zbyt dobrze znał taktykę pościgową Mrocznych Elfów – Jesteśmy w kleszczach. Przed nami są Wargi, za nami idą moi pobratymcy.

- Możemy zejść ze ścieżki. Nie zgubimy się, ale oni pewnie tak.

- Lepiej idźmy ścieżką. Widzisz, Wargi, gdy wracają do oddziału są nauczone nie powtarzać swojej trasy i nie idą po własnych śladach. Więc jeśli pójdziemy ich tropem, mamy szansę ominąć je.

Pośpieszyli więc do przodu. Drzewa zagęściły się. Podszyt, choć wcześniej gęsty, teraz stał się niemal nie do przebycia. Jedyną drogą naprzód była ścieżka, która zaczęła prowadzić nieco w dół. Zarośla skończyły się gwałtownie tuż za zakrętem, jakby ktoś uciął je nożem. Nagłe pojawianie się światła było tak zaskakujące, że Mroczny Elf zamknął oczy i syknął nerwowo. Obydwoje wędrowcy, oślepieni blaskiem zbyt późno zorientowali się, że nie są na polanie sami. Znad źródła, w którym gasił pragnienie, podniósł łeb olbrzymi wilk. Czerwone ślepia trzech innych zalśniły w cieniu drzew po drugiej stronie pokrytej mchem przestrzeni, gdy bestie obróciły się, by spojrzeć na nowoprzybyłych. Ich nozdrza gwałtownie rozszerzyły się, wychwytując wśród wielu innych zapachów te, które kazano im odnaleźć. Pośród szumu liści i cichego pluskania wody dał się słyszeć gardłowy, przybierający na sile warkot. Wojownik natychmiast sięgnął do ostrza, lecz poczuł na ramieniu łagodny dotyk.

- Poczekaj, to tylko zwierzęta. Może będę mogła z nimi porozmawiać – chciała już odłożyć łuk na ziemię, by wilki nie widziały w niej zagrożenia.

- To nie są zwierzęta, to demony w zwierzęcych ciałach – powstrzymał ją – Zrozumieją cię, wysłuchają, po czym rzucą ci się do gardła, gdy podejdziesz. Nie opuszczaj broni.

Elfka wyraźnie nie była do końca przekonana, lecz to on wychował się w towarzystwie tych stworzeń i znał je lepiej. Postanowiła jednak nie zabijać żadnego jeśli nie będzie musiała. Chciała obejść źródełko i polanę dookoła, by nie prowokować drapieżników, lecz jej towarzysz ruszył prosto przed siebie. Warknął coś w swoim języku i przez chwilę wyglądało na to, że wilki zastanawiają się – wypełnić rozkaz czy uciec. Wahanie jednak błyskawicznie zmieniło się w działanie. Dwa z nich wybiły się jednocześnie, celując prosto w stojącego przed nimi Elfa. Obserwująca wszystko z odległości Leśna Elfka z szybkością myśli napięła łuk, chcąc położyć jedną z bestii, atakujących jej towarzysza, lecz natychmiast zmieniła cel widząc, że jeden Warg pędzi w jej stronę. Trzy strzały, jedna za drugą, z furkotem przecięły powietrze i nieomylnie utkwiły w łbie i piersi szarżującego stwora. Ta chwila wystarczyła jednak trzem pozostałym zwierzętom, by otoczyć Mrocznego Elfa i zmusić go do obrony. Jeden z napastników był poważnie ranny w bok, drugi otrzymał kilka lżejszych trafień w kark i łapę, lecz wszystkie nadal zaciekle atakowały. W jednej chwili, gdy wojownik szybkim skokiem znalazł się między dwoma bestiami, jednocześnie wyprowadzając zabójcze uderzenie w łeb jednej z nich, trzecia skoczyła mu na plecy, obalając na ziemię. Pomimo iż błyskawicznie obrócił się i szerokim cięciem opędził się od jednego stwora, drugi zdołał doskoczyć, lecz atak przerwała wypuszczona z olbrzymią siłą strzała, która zagłębiła się w jego boku prawie do połowy, odrzucając go jednocześnie o kilka kroków. Pozostałe wilki nie ustępowały, lecz kolejny wkrótce padł z dwoma brzechwami sterczącymi z boku i szyi. Drugi zwierz, pozbawiony nagle wsparcia towarzysza poległ szybko od precyzyjnego cięcia, które niemal oddzieliło jego łeb od reszty ciała.

Wojownik pozbierał się z ziemi, nieco potłuczony, lecz nieporaniony. Wytarł ostrze o futro zabitego stwora podczas gdy Elfka odzyskiwała strzały z powalonych przez siebie przeciwników.

- Miałeś rację, to nie były zwierzęta – powiedziała, gdy odpoczywali przez chwilę po walce – Gdybym bez powodu zabiła zwierzę, czułabym smutek natury wokół mnie. A nie czułam nic, żadnego żalu.

Mężczyzna jedynie pokiwał głową, zamyślony.

- Musimy wyjść z tych lasów najszybciej jak się da. Tutaj zbyt łatwo nas wytropić – spojrzał na ciemne ściany zarośli wokół nich – Nasi prześladowcy co prawda nie mają już wilków, lecz teraz wiedzą, że tu jesteśmy. Zaś ścieżki są nieliczne i łatwe do znalezienia, a zejście z nich byłoby tak widoczne, jakbyśmy zostawiali za sobą płonący ślad. Wystarczy, że wyślą część oddziału każdą z dróg, a któraś grupa z pewnością trafi na nasz trop. Nie możemy dłużej ukrywać się pod drzewami.

- Powinniśmy teraz być na południe od Hedgenton – powiedziała po krótkim namyśle – Jeśli wyjdziemy z lasów, znajdziemy się w zlewisku dwóch dużych rzek. Nie ma na nich brodów, a żeby przejść mostem, musielibyśmy wrócić daleko na północ, aż do wielkiego ludzkiego miasta – Braverock. Jedyna droga pozwalająca ominąć wszystkie osady ludzi i rzeki to ścieżki zwierząt w lesie.

- Możemy więc iść na skraju drzew i w razie potrzeby uciekać w jedną lub w drugą stronę.

- Dobrze, ruszajmy dalej. Mówiłeś, że mamy za plecami cały oddział twoich twoich pobratymców. Jeśli zostaniemy tu, wkrótce nas dogonią.

Co do tego nie było wątpliwości, więc weszli ponownie w cień drzew, wybierając ścieżkę, która, według kobiety, powinna najszybciej doprowadzić ich na otwarty teren. Nie uszli jednak nawet kilkunastu kroków, gdy zatrzymali się ponownie. Zza ich pleców dobiegły wyraźne przekleństwa, choć tylko jedno z uciekinierów rozumiało wypowiadane słowa. Bez słowa oboje sięgnęli ponownie po broń. Choć zmęczeni poprzednią potyczką, nie mogli zostawić sobie przeciwników depczących im po piętach. W milczeniu podkradli się z powrotem do brzegu polanki, wciąż pozostając w ukrywającym ich cieniu. Wokół źródełka, wśród trucheł Wargów kręciło się dwóch Mrocznych Elfów – Morgwath i Zhur'Urkahi , jak szybko rozpoznał przyczajony pod drzewami wojownik. Najwyraźniej zostali wysłani przodem, reszta pościgu musiała być niedaleko. Ten moment dawał jednak szansę na pozbycie się dwóch ścigających nim połączą się znów z głównymi siłami. Ruchem ręki wskazał towarzyszce Elfa po prawej stronie, ubranego w czarny strój, bez żadnych jaśniejszych akcentów – wiedział, że trzeba go unieszkodliwić nim zdąży wykorzystać swoją zabójczą znajomość różnych mieszanek alchemicznych. Sam postanowił zająć się drugim – nie mniej groźnym przez swoją mistrzowską sprawność we władaniu bronią. Cofnął się o dwa kroki, biorąc krótki rozpęd i z całych sił wybił się w powietrze, lądując kilka metrów dalej, w pobliżu swego celu. Przeturlał się kawałek, wytracając pęd. Wrogi Elf, choć zaskoczony, był naprawdę doskonale wyćwiczonym szermierzem i bliźniacze ostrza znalazły się w jego rękach nim nawet dokładnie zlokalizował zagrożenie. Nim jeszcze wojownicy starli się, zaśpiewał łuk i dwie wystrzelone równocześnie strzały wbiły się w udo i bok drugiego przeciwnika, powalając go na kolano. Ten, pomimo śmiertelnej rany i szybko ulatującego życia, wciąż próbował sięgnąć do przytroczonej do pasa sakwy i zabrać z tego świata swojego zabójcę przy użyciu któregoś ze swych własnych śmiercionośnych pocisków. Kolejna strzała trafiła go w głowę nim zdążył sztywniejącymi palcami odpiąć zatrzask zamykający sak. Obok tymczasem trwał istny pokaz szermierki. Choć jeden z walczących miał tylko jedno ostrze, podczas gdy przeciwnik dysponował dwoma, nie wydawało się to umniejszać jego szans, gdyż doskonale nadrabiał ten brak korzystając z faktu, że wolną dłonią mógł swobodnie chwytać i wykręcać ręce wroga czy szarpnięciami wytrącać go z równowagi. Żaden z walczących nie mógł uzyskać odpowiedniej przewagi, by zakończyć pojedynek, a czas działał w tym momencie na niekorzyść uciekającej pary. Stojąca w pobliżu Elfka wiedziała o tym doskonale, lecz przy tym tempie walki nie miała szans strzelić, nie ryzykując zranienia swego towarzysza. Zamknęła więc oczy, rozłożyła ręce i pozwoliła, by jej dusza na chwilę opuściła ciało, wołając o pomoc do krążących wokół duchów natury. Czując, że jej prośba została wysłuchana, otworzyła na powrót oczy i patrzyła, jak kilka jasnych smug, lśniących jednocześnie wszystkimi kolorami tęczy mknie w kierunku szermierzy. Elfowie odskoczyli od siebie, obydwaj wyraźnie i jednakowo przestraszeni, lecz duchy w mgnieniu oka otoczyły tylko jednego z nich, szarpiąc i przebijając jego ciało swymi energetycznymi emanacjami. Mężczyzna w panice próbował atakować bezcielesnych wrogów, lecz równie dobrze mógłby ciąć promienie słońca. Przyzwanym na pomoc zjawom zaledwie kilka sekund zajęło pozbycie się istoty, która zagrażała jednej z córek ukochanego przez nie Leśnego Ludu, po czym zgromadziły się wokół niej wyczuwając jej emocje i upewniając się, że czuje się już bezpiecznie. Tak istotnie było, lecz uczucia tego nie podzielał stojący obok Mroczny Elf. Po raz pierwszy na własne oczy widział działanie czarów Leśnych Elfów i rzeczywiście były one potężne i potrafiły zabijać w straszny sposób. Co prawda te ogniki, które przed chwilą rozszarpały jego kuzyna, teraz wyglądały niegroźnie i nawet całkiem ładnie, gdy krążyły dookoła tej, która je wezwała. Mimo to wolał się do nich nie zbliżać – nie wiedział, w jakim stopniu kontrolowała te duchy... jeśli w ogóle je kontrolowała. Zamiast tego podszedł do powalonego Morgwath i odpiął od jego paska trok zawierający groźne czarnoksięskie mieszanki, znane jedynie Mrocznym Elfom. Gdy się odwrócił, zobaczył już tylko Elfkę, czekającą na niego na skraju drzew. Zbliżył się ostrożnie, wciąż nerwowo rozglądając się w poszukiwaniu lśniących duszków.

- Gdzie te zjawy znikły? - zapytał, nie dojrzawszy żadnej z nich.

- Znudziło im się bycie widzialnymi – odparła, odwracając się w kierunku ścieżki, z której zmuszeni byli wcześniej zawrócić.

- To znaczy, że nadal gdzieś tu są?! – mężczyzna omal z wrażenia nie upuścił sakwy, którą właśnie przypinał do własnego pasa.

- Oczywiście. Duchy przyrody są wszędzie tam, gdzie coś żyje. Nawet w tych waszych ciemnych tunelach czułam obecność wielu z nich, ale nie mogłam ich zawołać.

- Jeśli są tam, dlaczego nie atakują? Te tutaj rzuciły się na tego Zhur'Urkahi niczym wygłodniałe Wargi na ochłap mięsa.

- Zaatakowały, ponieważ poprosiłam je, by ci pomogły. To trochę co innego – wyjaśniła, gdy wchodzili w cień pod drzewami – Natura nie jest agresywna, nie zabija tylko dlatego, że ma taką możliwość. Rozejrzyj się, czy widzisz, aby te drzewa chciały rzucić się na ciebie?

- Drzewa nie mogą się na mnie rzucić – parsknął – Są przymocowane korzeniami do ziemi.

- Mylisz się, mój mroczny przyjacielu. One też czują i potrafią się bronić.

- Dlaczego więc nie bronią się, gdy są wycinane i palone? - postanowił zaatakować ją, choć poczuł się mocno nieswojo, wiedząc, że otaczające go pnie mogłyby w każdej chwili ruszyć w jego stronę.

- Bo wiedzą, że ich śmierć przyczyni się do dobra innych żywych istot. To odwieczny krąg życia. Takim cyklem od niepamiętnych czasów żyje cały świat.

- Czyli to wszystko, co zrobiliśmy, zrobiliśmy dla dobra natury?

- Próbujesz sobie drwić? Gdybyśmy nie zabili ich, oni zabiliby nas. A choć tego nie chciałeś, to jednak powiedziałeś prawdę. Tak, to wszystko przysłuży się naturze. Tamte ciała zgniją i staną się nawozem dla nowych roślin, zaś rośliny – pokarmem dla zwierząt.

Mroczny Elf fuknął gniewnie i nie odezwał się więcej. Dlaczego ona musiała mieć rację? Wszystko, co powiedziała było prawdą. Zdał sobie sprawę, że nawet te duchy, które tak go przeraziły, nie wyrządziły mu najmniejszej szkody, pomimo iż czuł , jak ocierają się o niego w locie. Wydawało mu się nawet, że jeden czy dwa przeniknęły wręcz bezpośrednio przez niego. Mimo to jedynym, co odczuł, były łagodne muśnięcia skoncentrowanej energii, podobne do delikatnego dotknięcia magii. Niedługo jednak maszerowali w milczeniu. Leśna Elfka, z wrodzoną sobie pogodnością, przerwała ciszę.

- Wcześniej nie miałam okazji o to zapytać, ale jak mam cię nazywać, mój mroczny przyjacielu?

- Lauretarrad – odpowiedział po krótkim namyśle, a widząc jej pytające spojrzenie, dodał – To w języku mojego ludu znaczy „uciekający przed ciemnością”.

- Bardziej pasowałoby „wyzwolony z ciemności”. Jak to będzie?

- Laurelinad.

- Laurelinad. Bardzo ładnie – uśmiechnęła się, tak szczerze i niewinnie, że idącemu u jej boku mężczyźnie też poprawił się humor.

- A jak tobie na imię? Bo nie nazywasz się „Megh”, prawda?

- Moje imię znane jest tylko duchom drzewa, pod którym się urodziłam. Zdradzą mi je gdy opuszczę to ciało i dołączę do nich, by razem z nimi strzec wszystkich żywych stworzeń tego świata. Ale ci, którzy mnie znają, nazywają mnie Mayegarl't'Caerwen. To znaczy „śpiew skowronka” - zachichotała, jakby nagle czymś rozbawiona – Nie zdziw się jednak, jeśli ludzie będą nazywali mnie inaczej. Ich mowa jest dużo prostsza, nie potrafią wymówić mojego imienia i zazwyczaj mówią do mnie „Maegalcarwen” lub nawet „Meg”.

- Czy ja też mogę tak się do ciebie zwracać? Twój język jest dla mnie całkiem nieznany, zaś wspólny, używany przez ludzi, poznałem dość dobrze.

- Cóż, jeśli tak ci wygodniej, myślę, że jakoś to zniosę - roześmiała się.

Pod drzewami szybko zaczęło robić się coraz ciemniej, dzień kończył się i musieli poszukać miejsca na nocleg. Po dwóch stoczonych tego dnia potyczkach oboje byli zmęczeni, zaś Elf dodatkowo nie spał poprzedniej nocy. Na szczęście kobieta czuła się już na tyle dobrze, że zgodziła się objąć pierwszą wartę i obudzić go w połowie nocy. Tutaj, dalej od gór i bagien, powietrze było cieplejsze i suchsze. Wiosna była w pełni, jej zapach towarzyszył mu we śnie. Kiedy jednak, nie budzony, otworzył oczy, pod gałęziami panował już szarzejący mrok, zaś jego towarzyszka siedziała obok pod drzewem i w zamyśleniu patrzyła w górę na liście.

- Miałaś mnie obudzić – rzekł jednocześnie z wyrzutem i wdzięcznością.

- Po co? Nic się nie działo. Ale skoro już wstałeś, to może i ja trochę się zdrzemnę – powiedziała, zwijając się w kłębek na kępie mchu. Tym ruchem sprawiła, że niemal roześmiał się w głos. Przypomniała mu szczenię wilka, które kiedyś wykradli z zagród, nim zostało oddane treserom. Małe zwierzątko było tak samo ufne i radosne. Bez strachu zwinęło się kiedyś na jego poduszce, tak jak Maegalcarwen spała teraz na posłaniu z mchu. Nim zorientował się, co robi, wyciągnął rękę i pogładził ją po włosach tak, jak kiedyś drapał za uszami szczeniaka. Elfka podniosła odrobinę głowę i posłała mu ciepły uśmiech. Przez resztę nocy był tak skupiony na wyklinaniu siebie, że nie zauważyłby zbliżającej się armii orków.

***


Niedługo po świcie ostrożnie opuścili schronienie, jakie dawały im drzewa, lecz nie oddalili się od ściany drzew o wiele więcej niż na strzał z łuku. Utrzymując południowy kierunek marszu posuwali się jednak w irytująco powolnym tempie. Daleko po swojej prawej mieli najwyraźniej drogę, gdyż od czasu do czasu widzieli przemieszczające się tamtędy postaci. Każdy taki widok zaś zmuszał ich do szybkiego poszukiwania kryjówki – gdyby któraś z grup okazała się patrolem wojskowym, mogłaby zainteresować się dwoma osobami przedkładającymi marsz w dziczy nad przejście drogą. A odkrycie, że jedną z tych osób jest Mroczny Elf, z pewnością nie spotkałoby się z miłym przyjęciem. Skutek tej zabawy w chowanego był taki, że przez cały dzień na otwartej przestrzeni przebyli o ponad połowę mniejszą odległość, niż poprzedniego dnia pod drzewami, pomimo dwóch stoczonych potyczek i zmęczenia po poprzedzającej nocy. Aby nadrobić choć odrobinę straconego czasu postanowili iść również po zmroku, dopóki Mayegarl't'Caerwen, nie mająca oczu przyzwyczajonych do życia w mroku, będzie bez problemu mogła rozpoznać okolicę. Nie było to trudne, gdyż cały czas posuwali się wzdłuż lasu, którego czarna ściana wyraźnie odcinała się na tle nocnego nieba. Minąwszy jedną z wysuniętych dalej w równinę macek puszczy zobaczyli po swojej lewej ogniska. Prawdopodobnie minęliby je bez żadnego zainteresowania, gdyby Elfka nie wychwyciła niosącego się w nocnym powietrzu wołania o pomoc. Nie czekając na jakąkolwiek reakcję towarzysza ruszyła w stronę świateł, na wszelki wypadek naciągając cięciwę na łuk.

- Zaczekaj, co ty wyprawiasz? - Mroczny Elf zatrzymał ją – Mieliśmy się nie ujawniać.

- Tam ktoś potrzebuje pomocy, nie możemy go zostawić. Nikt inny tu nie przyjdzie.

- To może być pułapka. Poza tym, kto mógłby potrzebować pomocy tutaj, przy lesie?

- Pułapka? Na kogo? Czy widzisz tu gdzieś szlak karawan, na które można by zastawiać pułapki? A wołać może nawet zwykły drwal, któremu ciężka gałąź spadła na nogę. Wtedy po prostu zdejmiemy ją i pójdziemy dalej – pod tym względem kobieta wykazywała nieugięty upór. W końcu, aby nie zostać samemu, Laurelinad zgodził się pójść.

Ukrywszy się tuż za pierwszą linią drzew, by ich cienie stanowiły osłonę, podkradli się do ognisk. Okazały się one rzeczywiście być obozowiskiem drwali, lecz w tym momencie służyły zupełnie innemu celowi. Na środku przecinki klęczało dwóch mężczyzn i kobieta. Wyglądało na to, że zajęci byli pozyskiwaniem drewna i chrustu, gdy dołączyła do nich druga – większa – grupa. Wokół kręciło się niemal tuzin zbrojnych, przetrząsających dwie torby, które jeńcy zapewne mieli jakiś czas temu przy sobie. Zawierały one głównie jedzenie, lecz zbóje najwyraźniej byli z tego bardzo zadowoleni i raczyli się, nieproszeni, skradzionymi owocami, mięsem, serem i chlebem. Hałasy, które sprowadziły na miejsce dwoje Elfów, powodowała kobieta, skrajnie przerażona tym, co działo się wokół niej. Z tej odległości przez krzyki niewiasty nawet czułe elfie uszy nie potrafiły wychwycić treści rozmów grupki stojącej w pobliżu schwytanych, lecz nie było to potrzebne. Bandzior w niebieskim kaftanie i wysokich brązowych butach chwycił krzyczącą i brutalnie postawił na nogi. Jeden z klęczących zerwał się, chcąc rzucić się na niego, lecz w pół kroku zatrzymała go przystawiona do gardła szabla. Cała grupka zarechotała i zaczęła pokrzykiwaniami zachęcać kompana do kontynuacji. Kobieta już nie krzyczała. Była śmiertelnie blada i wyglądało na to, że za chwilę zemdleje.

Kryjąca się w krzakach Elfka chciała poderwać się i wrazić strzałę w jakąkolwiek część ciała brutala, byle oderwać go od obecnego obiektu zainteresowania. Bardzo zdziwiło ją więc, że jej ruch powstrzymał silny uchwyt na ramionach.

- Puść mnie! - syknęła wściekle – Oni ją zgwałcą! - zaczęła się szarpać, ale mężczyzna przytrzymał ją jeszcze mocniej.

- Wiem, uspokój się! - próbował opanować szamoczącą się kobietę, nie robiąc przy tym hałasu – Nasadź to na grot strzały i wystrzel w tamto ognisko – podał jej malutki ceramiczny przedmiot.

Nie bardzo wiedząc, o co chodzi chciała protestować, ale on już zniknął. Nie pozostało jej nic innego, jak zrobić to, o co prosił i liczyć, że zadziała. Cel był tak łatwy, że nie musiała nawet mierzyć i niemal bezmyślnie wypuściła strzałę. Eksplozja, jaka nastąpiła ułamek sekundy później, sprawiła, że Mayegarl't'Caerwen usiadła zszokowana na ziemi, nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje. Zbóje byli równie, jeśli nie bardziej, zaskoczeni. Ten, który trzymał kobietę puścił ją tak, że osunęła się oszołomiona na ziemię – wybuch ogłuszył wszystkich w okolicy. Prawie wszystkich. Kolejną przykrą niespodzianką dla rabusiów był błyskawiczny kształt, który wyłonił się z mroku i od razu odesłał z tego świata jednego z ich towarzyszy. Dwóch krzyknęło i próbowało usunąć się z drogi, lecz nie zdążyli i padli, jeden cięty skośnie przez pierś, drugi z przebitym płucem. Czwarty niemal wyciągnął broń, lecz ogłuszony niedawną eksplozją poruszał się zbyt wolno jak na kogoś, kto chciałby stawić czoła furii Mrocznego Elfa. Dopiero pozostali zdołali zorganizować opór. Czterech zaciskało dłonie na rękojeściach broni, dwóch wycofało się, podnosząc leżące przy ognisku łuki i nasadzając strzały na cięciwy, lecz jeden pozostał nadal bezbronny.

- Na co czekasz?! Strzelaj, matole! - krzyknął na bliższego łucznika ten, który nie nosił broni.

- To Mroczny Elf, ich nie da się zastrzelić!

- To bujdy dobre dla starych bab. Niby dlaczego miałby być odporny na strzały? Nie ma czegoś takiego jak...

- Chcesz się przekonać? - warknął Laurelinad. Jego głos, albo raczej fakt, że odezwał się w ich języku, sparaliżował ludzi – Twój przyjaciel czarodziej musi być bardzo uczony, prawda? A mądre osoby nie mówią niczego, czego nie są pewne. Dalej, strzelaj! - prowokował. Widział dokładnie, jak ręka przerażonego łucznika drży, naciągając cięciwę.

„Oby tylko nie spudłował” - myślał usilnie, starając się wyglądać jak najmniej groźnie i stanąć w możliwie luźnej postawie, by łucznik nie stresował się aż tak bardzo. Niech zginie spokojny. W końcu człowiek chyba zdecydował, że dobrze wycelował w sam środek tułowia stojącego dziesięć kroków dalej Mrocznego Elfa. Strzała świsnęła, rozległ się metaliczny brzęk, a po nim jęk konającego, gdy mężczyzna, wciąż trzymając łuk, osuwał się na ziemię z brzechwą sterczącą mu z piersi. Laurelinad powoli opuścił ostrze, którym zablokował strzał. Przez chwilę wszyscy przeciwnicy stali zszokowani, a potem zaczęli się cofać. Widząc upadające morale swojego mocno przerzedzonego oddziału mag szybko postanowił działać.

- Jesteś sprytny, potworze. To cię jednak nie ochroni. Możesz odbijać sobie strzały, ale błyskawicy nie odbijesz. A może i pod nią podstawisz swój przeklęty miecz? Śmiało, stopię go razem z twoim trupem!

Ku uldze czarodzieja, wśród pozostałych przy życiu członków bandy podniósł się śmiech. Oto koniec tego paskudnego Elfa. Nie miał szans doskoczyć szybciej, niż magiczny pocisk go zabije. Nawet zresztą nie próbował. Czyżby pogodził się z porażką? Uśmiechał się tym swoim złośliwym uśmieszkiem, ale była to tylko dobra mina do złej gry. Gry, która skończy się błyskawicznie. Mag skoncentrował się na swym celu, wyciągnął dłoń, na końcach jego palców tańczyły już elektryczne iskierki. Stojący naprzeciw Elf ustawił lewą rękę, jakby trzymał w niej tarczę. Żadna magiczna osłona nie zmaterializowała się jednak i czarownik wyzwolił zaklęcie. Wyraz zdziwienia, jaki chwilę później wykwitł na jego twarzy, pozostał tam już do końca życia. Błyskawica odbita przez zaklęty potężną magią Mrocznej Bogini tatuaż wypaliła w ciele maga olbrzymią dziurę, odrzucając go na kilka kroków.

Uzbrojeni ludzie stali jak sparaliżowani i Laurelinad oczekiwał, że tym razem rzucą się do panicznej ucieczki. Teraz jednak przyszła kolej na niego, by zostać zaskoczonym. Z wściekłym wrzaskiem wszystkich czterech mężczyzn skoczyło na Elfa. Nawet gdyby nie potrafili posługiwać się bronią – czego w żaden sposób nie można było im zarzucić – każdy z nich był niemal dwukrotnie cięższy i samotny wojownik musiał zwyczajnie ustąpić przed nacierającą na niego masą.

Wciąż siedząca w krzakach Leśna Elfka obserwowała wszystko jak urzeczona. Zauważyła, jak jej towarzysz z niesamowitą prędkością i precyzją położył czterech zbójów. Gdy łucznicy podnieśli swoją broń, chciała włączyć się do walki, lecz słowa Laurelinada zaskoczyły ją w równym stopniu, co ludzi. Od tego momentu nie śmiała nawet drgnąć, jakby najlżejszy dźwięk mógł sprowadzić katastrofę. Odbicie lecącej strzały zachwyciło ją – widziała jednak tę sztukę wykonywaną przez jednego z jej pobratymców (choć myśl o tym, że wśród Mrocznych Elfów wyczyn ten nie jest niczym nadzwyczajnym, sprawiła, że kobieta zadrżała). Kiedy mag szykował się do rzucenia zaklęcia, chciała ruszyć na pomoc, lecz nie potrafiła wydobyć głosu ani poruszyć choćby jednym mięśniem. Gdy zalśniła błyskawica, musiała przycisnąć dłonie do ust, by stłumić krzyk. Przez chwilę była pewna, że Laurelinad jest martwy i nie potrafiła pojąć, dlaczego on stoi, podczas gdy czarodziej szybuje w powietrzu i upada kawałek dalej. Dopiero krzyk atakujących ludzi wytrącił ją z dziwnego otępienia. Wyrwała strzałę z kołczanu i naciągając w biegu łuk, wyskoczyła spomiędzy drzew, by mieć czyste pole do strzału.

Stojący za plecami swych towarzyszy, jedyny pozostały przy życiu łucznik nie zamierzał opuścić towarzyszy w walce z tym czrnomagicznym potworem. Chociaż każdy nerw mówił mu aby uciekał jak najdalej i ratował skórę, żałosna pozostałość odwagi i lojalności przykuła go twardo do miejsca. Ręka nieco mu się trzęsła, a w dodatku ten Elf poruszał się denerwująco szybko – za szybko, by mógł wymierzyć. W tym momencie zauważył ruch po prawej od walczących. Między ogniskami pojawiła się kobieta, również z łukiem w ręce. Najwyraźniej przybyła z odsieczą swemu diabelskiemu towarzyszowi. Stojąc nieruchomo na jasnym tle stanowiła jednak łatwy cel - dużo łatwiejszy niż skaczący z kocią zwinnością Mroczny Elf. Łucznik naciągnął cięciwę i wymierzył dokładnie.

Mayegarl't'Caerwen chciała dokładnie wybrać cel dla swojej strzały, by nie zaryzykować chybienia, które mogłoby źle skończyć się dla Laurelinada. Wtedy z pewnej odległości usłyszała doskonale znany jej dźwięk – skrzypienie drewna napinanego łuku. Zapomniała o pozos

Ciekawostki







Czy wiesz, że równiny Tyr-Haddar i zapomniane bagna Azzchabragh zostały dodane dopiero w Sacred Plus?
Drogowskaz
Cenega

Cenega Sklep

Ascaron Fansite

Imperium Diablo

gry RPG, cRPG, recenzja, solucja


Insimilion

Insimilion

Fable

Wiedźmin 2

Dragon Age


HackSlashSite

Fabryka Snów



Valid HTML 4.0 Transitional

Copyright by www.sacred.pl team 2004-2017
All rights reserved.
Wykonano 4 zapytań do bazy podczas generowania strony.