Serwis Sacred Plus i Podziemia Sacred 2 Sacred 3 Citadel
Serwis

Logowanie
Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Zapomniałem hasła!

Opowiadania



Zapomniany

autor: Gauri


PROLOG:

Obudziłem się . Ciemność. Jak zawsze. Od tysięcy lat nic, tylko ciemność. I cisza. Wszechogarnia. Kolejny raz zatopiłem się we wspomnieniach.
Podsycałem swoją żądzę zemsty, by nigdy nie zanikła, troszczyłem się o Nią i pielęgnowałem. Kolejny raz przypomniałem sobie , jak znalazłem się w tym przeklętym lochu, więziony przez mury i własne zmysły. Skazany na wieczność.

Rozdział 1. Tuż przed zamknięciem.

Stałem na placu, poniewierany spojrzeniami tłumu. Zabijali mnie wzrokiem, za to co zrobiłem. Zrobiłem dla nich.
-Gauri.
Moja siostra.
-Gauri!
-Słucham.
-Z dniem dzisiejszym zostajesz skazany na dożywotnie więzienie. Uczyniłeś nam krzywdę tak wielką, że nic i nikt nie będzie w stanie nam jej zrekompensować. Naciesz swoje oczy ostatnim widokiem słońc.
Spojrzałem na nie. Kalio, piękne słońce promieniejące fioletem i Lilith, ciało niebieskie oświecające nas intensywną czerwienią. Rozejrzałem się też dookoła- wszędzie mnóstwo lekko skośnych oczu, ziejących nienawiścią do mnie. Strażnicy, cały garnizon, trzymający sztylety w ręku, gotowi w każdej chwili mnie zabić. I wreszcie moja siostra. Arika. Spoglądająca z zimną obojętnością.
-Dzisiaj ostatni raz byłeś na powierzchni ziemi. Resztę życia spędzisz w samotności i odosobnieniu. Czy chcesz nam coś powiedzieć?
- Zrobiłem to wszystko dla Was.
Poczułem ostry ból na plecach. Ktoś rzucił we mnie kamieniem.
-Zdrajca! Zabić go!
Strażnicy utworzyli wokół mnie krąg ochronny, chociaż oni również w głębi duszy pragnęli mojej śmierci. Tłum chciał linczu.
-Gauri, za swą zdradę tracisz swe imię. Od dziś nie będziesz wspominany, a miano twe nie będzie wypowiadane w żadnym domu. Tracisz dziś również wzrok, boś nie potrafił odróżnić co dobre a co złe. Tracisz dziś również zdolność słyszenia swojego miana, abyś nigdy nie usłyszał swego imienia, gdy wypowie je ktoś obcy.
Strażnicy! Podajcie mi Święty Sztylet Neveyi.
Tylko nie to.
Otrzymawszy sztylet, Arika podeszła do mnie.
-Na znak tego, żeś zdradził swój lud, Znaczymy cię, by każdy wiedział, że istotą jesteś bez honoru, niegodną choćby najmniejszego zaufania i zdradliwą. Wpisany zostaniesz do Czarnej księgi. Będzie to jedyny ślad, jaki pozostanie po tobie. Przygotuj się na Znaczenie.
-Jestem gotowy.
Kłamałem.
Oczy Ariki wypełniły się nieziemskim blaskiem gdy wymawiała zaklęcie Tyraela, po czym po jej ciele z oczu zaczęła spływać energia bogów. Twarz zamazana tą energią przypominała załzawione oblicze. Pomyślałem, że być może zapłacze kiedyś po mnie, lecz w głębi serca nie wierzyłem w to. Energia spłynęła w końcu do dłoni, po czym wtłoczyła się w Sztylet. Wibrował mocą.
-Żegnaj, Gauri. Ostatni raz widziałeś świat Joany.
Po czym nieprawdopodobnie szybkim ruchem wykuła mi oczy. Ból nie tylko oczu ale i serca, to jedyne , co pamiętałem po tym wydarzeniu. Ból i żądza zemsty.


2. Rozdział. Smak wolności

Stoję w ciemności, wytężam słuch. Cichutki tupot.
Tłuściutka persona.
Ruszyłem. Czułem jego smród. On też mnie wyczuł - wiem, bo słyszałem jak przyspiesza.
Zacząłem biec.
Tu kolumna, mijam lewą stroną, półpiruet. Ściana, odbicie, skok, druga kolumna. Jest blisko.
Tu stalaktyt, ślizg, fikołek. Sprint, skok, wnęka. Chowam się. I czekam. Jest w ślepym zauku.
Czekam aż zawróci, prawa noga oparta o ścianę. Zawrócił. Skoczyłem z odbiciem. Mam go.
Szybko łapię za głowę, nie zwracając uwagi na piski, usztywniam i mocno przekręcam.
Zabrałem szczura za ogon, po czym zasiadłem do obiadu.

Po wyrzuceniu resztek, otarłem twarz. Z potu i krwi.
Albo mi się wydaje, albo jest coraz mniej tych gryzoni.
Usiadłem na moim klepisku. Zacząłem spowalniać oddech.
Usta lekko otwarte. Powoli. Oddychałem coraz wolnej, ale głębiej. Moja klatka piersiowa spokojnie falowała.
Znów zacząłem wytężać słuch. Sięgałem nim już coraz dalej. Wsłuchałem się w otoczenie.
Moje tętno. Wydychane powietrze. Krople kapiące ze stalaktytów. Cichutkie skrobanie szczurów. Nietoperze. Krety.
Czemu nie mogę usłyszeć, którędy wpada do tego przeklętego lochu to zatęchłe powietrze?
Cały czas nietoperze i krety. Sam jestem jak one. Ślepy. Ale to nie wszystko.
Z nietoperza mam zwinność, a z kreta...Cóż. Też mam przydające się do tego i owego pazury.
Przydatne cechy jak dla kogoś żyjącego pół kilometra pod ziemią.
Krety. Cichutki szum podziemnego strumyka. Wyżej, o wiele wyżej słyszę jakąś rodzinę królików. Dżdżownice.
W pionie słyszę dużo. A w poziomie ... w zasadzie nic. Dobra. Lecimy dalej. Pion sobie odpuszczę.
Znowu kre...
O, cholera! Co to jest? Narastający potężny huk, ale co go powodowało?
Pobiegłem czym prędzej w kierunku źródła dźwięku.
Kilkadziesiąt lat temu też słyszałem podobny hałas. Tamten był jednak krótszy, a ten wibruje cały czas. Mój loch zaczął się sypać. Każdy uderzający o podłoże stalaktyt odbijał się echem bólu w mojej głowie.
Coś nade mną oderwało się od sufitu. Szybko uskoczyłem w bok. Zacząłem się bać. Pierwszy raz w tym lochu nie byłem panem życia i śmierci. Moje miejsce zastąpiła natura.
A konkretnie fizyka.
Nagle wszystko się uspokoiło. Spadło jeszcze kilku maruderów. W każdym miejscu unosił się kurz - momentalnie zacząłem kasłać.
Gdy kurz już opadł usłyszałem zmianę.... czuć ją było w powietrzu. Pierwszy raz od tysięcy lat
poczułem świeże powietrze, chociaż trochę wilgotne. Usłyszałem, że napływa od góry.
Promienie słoneczne wpadły do mojej groty. I wtedy poczułem niewysłowiony ból w miejscu, gdzie kiedyś miałem oczy. Przeklęty Sztylet i przeklęte Znaczenie. Zabrały mi wzrok i w jego miejsce wlały mi boleść po każdorazowym wyjściu na słońca.
Ale bolało o wiele mniej, niż zaraz po Znaczeniu. Jakby o połowę mniej. Jakby zamiast dwóch słońc, było jedno...
Osłaniając twarz, szybko wspiąłem się po kolumnie i wyszedłem. Wyszedłem, na upragnioną i oczekiwaną ...wolność. Niemal czułem jej smak.
Zacząłem wspominać, kiedy ostatni raz jej zaznałem...


3.Cicha ucieczka.

Szedłem zakapturzony po biednej dzielnicy mojego rodzinnego Thecmel. Starałem się nie wyróżniać pośród innych przechodniów, co trudne nie było, zważywszy na to, że praktycznie każdy nosił kaptur. Biedna dzielnica, też mi coś. Dzielnica opryszków. Gdybym znowu był przy władzy, przemianował bym ją właśnie tak.
Na zakręcie zauważyłem na ścianie mój list gończy. Moją głowę wyceniono na dwieście tysięcy krexów. Potężna kwota. Za taką można zabić, zwłaszcza tutaj. Postanowiłem bardziej uważać, którędy zmierzam. Na odchodnym spojrzałem jeszcze na mój wizerunek, narysowanym przez nadwornego rysownika. Odwalił kawał dobrej roboty, bo wydawało się, że patrzę w lustro.
Charakterystyczny dla naszej rasy Saggarów miedziany kolor skóry, ciemne włosy. Lekko skośne oczy, wydatne kości policzkowe... Budowa ciała, wyćwiczona na 16 letnim kursie fechtunku miecza i sztyletów. Potężne dłonie, umięśnione nogi i specyficzny defekt genetyczny naszej rodziny królewskiej, objawiający się lekko odchylonym dużym palcem u nogi. No i oczy. Ciemnofioletowe. Znany zabobon mówił, że dziecię o fioletowych oczach będzie kochany przez swój lud. W tym momencie parsknąłem śmiechem.
Mój naród szczerze mnie nienawidził. Pragnął mojej śmierci, najwolniejszej i jak najbardziej bolesnej.
Zacząłem iść w kierunku tawerny ,,Pod zatęchłym voltem”. Szukałem kapitana który odważyłby się przetransportować mnie do Dzikich Ziem, rządzonych przez królową Nae. Miała do mnie słabość i liczyłem na to, że udzieli mi azylu, chociaż każde inne miasto, niż Thecmel będzie dobre...
Wszedłem do speluny. Mnóstwo stolików ze starymi pijaczynami. Przy barze karczmarz czyścił kufle jakąś szmatką. Chociaż... w zasadzie to jeszcze bardziej je brudził, szmatka była prawie czarna.
Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. W końcu, co drugi klient był do mnie podobny. Podszedłem do baru.
-Witam.
-Ta. Czego?
-Jeśli możesz, jakieś piwo i parę informacji.
-Może być Postrach Robaqów?
-Może być. Szukam kapitana, który wyprawia się...w zasadzie gdziekolwiek. Najlepiej jutro, ewentualnie pojutrze. Znasz jakiegoś?
-Nie.
Podał mi mój napój. Wypiłem trochę. Przestałem dziwić się nazwie - prawie kwas. Ale dobry. Przesunąłem po ladzie 100 krexów.
-Bardzo mi zależy. Przypomnij sobie, czy żaden tu nie zaglądał.
Popatrzył na mnie dziwnie. Miałem nadzieję, że nie widział listów gończych.
-Jeden coś wspominał że chyba będzie wybierał się do Dzikich Ziem. Ale który to był...
Zrozumiałem aluzję. Podałem mu kolejne 100 krexów.
-To ten, pod ścianą, po lewej. Ale uważaj. Jest trochę dziwny. Nie jestem pewny, jak się nazywa, ale chyba Johi. Wszyscy tak chyba mówią do niego.
-Dzięki.
Wziąłem swoje piwo i podszedłem do kapitana. Rzeczywiście, trochę dziwny - cały czas trzęsła mu się ręka i patrzył tępo w stolik. Brudny jak matka ziemia, nawiasem mówiąc.
-Ekhm... Czy to ty jesteś...
-Powiedz mi jak ty się zowiesz, a ja zdradzę ci jak mnie nazywają.
-Daruj sobie. Jesteś Johi. Podziękuj przekupnemu karczmarzowi.
Spojrzeliśmy z pogardą w jego stronę. Akurat gadał z jakimś młodym chłopakiem.
-65 lat w służbie wojska, 53 wygrane bitwy, opryskanie kwasem worodorexowym na goły nerw, co sprawia, że ręka telepie mi się jak głupia, a potem byle barman w byle spelunie sprzedaje mnie za parę nędznych krexów. Szlag. Co ja robię w Thecmel? Zero szacunku...
Muszę z tąd wynieść się czym prędzej. Ile mu zapłaciłeś?
-200 krexów. Ja właśnie sprawie wyjazdu. Pilnie muszę dostać się do Dzikich Ziem. Ile bierzesz za transport?
-Jak dla ciebie...1200 krexów.
Oniemiałem.
-Ile?! - krzyknąłem szeptem.
-1200.
-Czyś ty ogłupiał? Za 1200 to ja moge małą wieś kupić!
-Ale zależy ci. I skoro za byle informację płacisz 200 krexów, to za transport zapłaciłbyś i 2 tysiące. Więc doceń moje dobre serce. 1200 i płyniemy kiedy chcesz.
-Słuchaj, cwaniaczku, mam za przejaw dobrego serca mam brać zdzieranie ze mnie małej fortuny?
-No... Tak, właśnie. Wszystko się zgadza.
-Płacę 1000 i umowa stoi.
-1200.
-1000!.
-1200.
-Cholera jasna, niech ci będzie, oprawco! Współczuję załodze takiego kapitana. Zafajdany dusigrosz.
-Miło się z tobą robi interesy. - Uśmiechnął się.
-Kiedy wypływamy?
Zastanowiłem się. Zabranie najważniejszych rzeczy zajmie parę godzin. Ale za parę godzin będzie rano.
-Dasz radę zebrać wszystko, co potrzebne do południa?
-Jasne.
-A tak w ogóle... To lecimy Smokiem, czy Wiverną?
-Wiverną. Samiec, 7 i pół metra długości, fioletowy...
Fiolet mnie prześladuje. Słońce, oczy, transport...
-Nie obchodzi mnie jego długość, ani kolor. Ważne, żeby był szybki.
-Dobra, nie bulwersuj się aż tak. Przyjacielska pogawędka, i tyle...
-Nie jestem twoim przyjacielem. Nie mam już przyjaciół. Jestem dla ciebie tylko klientem i tak mnie traktuj.
Przeniósł wzrok z blatu stolika na mnie.
-Gauri, prawda?
Poczułem, jak ogarnia mnie panika. Zacząłem szukać wzrokiem najbliższych wyjść. Ale co mi to da, pomyślałem. Będą wiedzieć, gdzie mnie szukać, a gdy obstawią granicę do Dzikich Ziem, już się nie wymknę...a wtedy skarzą mnie za....
-Spokojnie, KLIENCIE. Chyba nikomu o tym nie powiem. W końcu jesteś tylko KLIENTEM, nie? A może jednak się zaprzyjaźnimy?
-Taak... Pewnie, co tylko chcesz, ale siedź cicho... Proszę...
-No widzisz. Więc co? Wybywamy w południe? Przyjdź na Przystań Darth. Będę czekał. I może lepiej już idź.
-Taaak... Ja już pójdę.
Ciągle byłem w szoku. Parszywy su.kinsyn. Z pewnością mnie wyda...Ale w końcu nie mało płacę. Może jednak na Przystani będzie tylko on, nie będzie brygady Glewiatów.
Ruszyłem do wyjścia. Spojrzałem w kierunku Johiego, ale był tam tylko pusty stolik.
Usłyszałem tupot i krzyki za drzwiami. Tupot pancernych butów i krzyki przechodniów.
To musieli być Elitarni Glewiaci. Jestem martwy.
Gdy tupot przycichł na chwilę przed drzwiami kopnąłem je z całej siły. Odrzuciło to dwóch żołnierzy dzierżących glewie. Pozostali przez chwilę nie wiedzieli co się dzieje. Zauważyłem za nimi chłopaka który gadał wcześniej z karczmarzem. Więc jednak mnie rozpoznał.
Odprawił mnie, po czym od razu kazał wezwać straże. Piep.rzony kapuś. Chociaż 200 tysięcy może skusić, zwłaszcza że w jedynej innej perspektywie ma się prowadzenie do końca życia speluny dla wszelakiej maści obszczymurów.
Szybko przeskoczyłem nad przewróconymi Glewiatami. Wyciągnąłem w międzyczasie z pochew na dolnej części pleców moje dwa idealnie wyważone sztylety. Chociaż wątła, zawsze jakaś linia obrony.
Żołnierze starali się mnie otoczyć. Wyciągnęli swoje glewie jak najdalej się dało w moją stronę. Chyba liczyli na to, że sam na nie wbiegnę i będą mogli przynieść do pałacu przepiękny szaszłyczek.
Jak na Elitarnych byli bardzo głupi.
Zaatakowałem pierwszego z lewej. Był największy, liczyłem na to, że gdy go pokonam pozostali uciekną.
Rzuciłem się na niego, wymijając glewię.
Zamach lewą, pchnięcie prawą. Piruet, parowanie, unik, pchnięcie dwoma sztyletami. Ledwo wgniotło napierśnik. A celowałem w najsłabszą część. Na tym polega ich Elitarność. Biorą głupich, a silnych, wdziewają w niesamowicie twardy pancerz i już. Elitarni. Śmiechu warte.
Wyciągnął miecz. Pozostali albo byli honorowi, albo myśleli że mój przeciwnik mnie pokona, albo zbyt się bali, by podejść. Niemniej, nie przeszkadzało mi to. Uśmiechnąłem się pod nosem. Jednego na raz wezmę, z dziesięciorgiem byłoby gorzej.
Rzucił się na mnie trzymając miecz w pozycji byka. Z łatwością zrobiłem unik.
-Podaj mi twe imię! - Nawet walcząc lubiłem się droczyć. Chociaż mowa lekko zaburzała mi cykl oddychania.
Sapnął w odpowiedzi. Widać mówienie nie było jego mocną stroną.
- Nieważne, w każdym razie ja jestem Gauri. To ostatnie imię jakie słyszysz. - Uśmiechnąłem się diabelsko.
Znowu się na mnie rzucił. Sparowałem, oparłem nogę na jego piersi i mocno odepchnąłem. Zatoczył się do tyłu. Ciężki pancerz robi swoje.
Oparł się na pozostałych. Przywrócili go do pionu. Najwidoczniej zauważył, że siłą nic nie wskóra, bo zaczął iść powoli w moją stronę.
Krótki bieg, ślizg, zwalenie go z nóg. Kopnąłem miecz jak najdalej. Miałem go w garści. Chciałem go zabić. Ale coś mnie powstrzymywało. Chyba to, że zabiłem już wystarczająco dużo osób. Nie chciałem mieć kolejnej na moim ,,sumieniu” , jeśli oczywiście takowe miałem.
Obserwując Glewiatów, zacząłem się powoli cofać. Po kilkunastu metrach odwróciłem się i puściłem się biegiem. Wbiegłem w gęstą sieć uliczek.
Najpierw pobiegłem w lewo, potem prosto i w prawo. Następnie skręciłem ponownie w prawo i już widziałem moją kryjówkę, starą szopę na obrzeżu miasta. Ostatnia prosta i jestem.
Zza zakrętu wyszła Arika, 10 metrów przede mną. Za mną murem stanęli Glewiaci. Pułapka. Znowu jestem martwy.
-Gauri... Wiesz, po co tu jestem.
-Chcesz mnie zabić?
-Skąd! Mojego brata? Nie, w życiu. Zresztą wiesz, czym by się to skończyło.
Fakt, zapomniałem o zasadzie Dantego.
-Powinieneś się cieszyć, że to ja cię złapałam. Nie mogę cię zabić. I nie wydam też tego polecenia innym, od dawna bowiem jestem pacyfistką. Wiesz o tym.
-Co nie przeszkadza ci być mistrzynią w posługiwaniu się każdą bronią. Cały czas z twego życia nie mającego końca poświęcasz ćwiczeniom.
- Cóż ci do tego? To moja sprawa. Zresztą, nie przyszłam tu rozmawiać z tobą. Gdybym mogła, nigdy nie zaszczyciłabym cię nawet moim spojrzeniem. Przyszłam tu... Przyszłam tu aby doprowadzić do triumfu sprawiedliwości. Dziś skazuję cię nieoficjalnie, jutrzejszego dnia zrobię to na oczach narodu.
Niniejszym: Gauri, nasz lud uznaje cię za winnego popełnienia zbrodni wykonania rytuału Umysłu K'Ji. Karą będzie Znaczenie Świętym Sztyletem Neveyi. Odbierzemy ci też możliwość usłyszenia przez ciebie twego imienia. Wpisany zostaniesz do Czarnej Księgi, a twe imię zostanie zapomniane. Uwięzimy cię na wieczność w samotności.
- Skończyłaś?
-Tak, skończyłam.
-To zabierzcie mnie do tego zakichanego więzienia. Ale wiedz, że zemszczę się. Bo wszystko, co robiłem, robiłem dla naszego ludu. A wy mnie za to karzecie.
-Zachowaj te słowa na jutro.
Glewiaci otoczyli mnie. W ciszy wszechogarniającej ciszy nocy oddaliliśmy się do pałacu.


4. Pierwszy kontakt.

Ten świat nie pasował do mojego wyobrażenia.
Dlaczego, u licha, Thecmel było wyludnione? Nie słyszałem żadnych ludzi. Nie czułem też górskiego powietrza, które powinno być obecne w górzystych okolicach miasta, to było pełne egzotycznych zapachów i wilgoci... Coś jakby dżungla. Nie pasował mi też, o dziwo, ból. Powinienem go potężnie odczuwać w miejscu oczu dzięki cholernemu Znaczeniu. Było to uzależnione od energii słonecznej. A tu ból tylko lekko pulsował... Dziwne te sprawy.
Stanąłem nad szczeliną, z której wyszedłem. Głęboko odetchnąłem ciesząc się powietrzem jak dziecko swoim pierwszym sztyletem. Powoli wypuszczałem je z płuc jednocześnie skanując okolicę słuchem.
Delikatny szum wiatru, ocierającego się pieszczotliwie o wszędobylskie rośliny. Łopot skrzydeł latających ptaków. Bzyczenie chmar owadów. Skrzeki, piski, warczenia, ryki i wszystkie inne dźwięki wydawane przez zwierzęta. Szum niedalekiej rzeczki...
Jakże ja tęskniłem za tymi zwykłymi odgłosami...
W tej chwili postanowiłem na nowo podbić utracone królestwo smaku, dźwięku i zapachu. Uklęknąłem- poczułem chyba trawę. Spróbowałem troszkę. Następny był ładnie pachnący kwiat. Jakiś podłużny przedmiot- a w zasadzie cała kiść. O wiele lepiej smakowały jednak bez wierzchniej skórki, wtedy były słodziutkie. Potem spróbowałem troszeczkę ziemi- głupie, wiem, ale próbowałem wszystkiego, co wpadło mi w ręce. I wtedy usłyszałem szelest. Ktoś szedł przez dżunglę.
Padłem na ziemię, w pobliżu nie było chyba żadnej kryjówki. A nawet jeśli, nie miałem czasu się schować. To coś wychodziło. Zacząłem słuchać.
Kilka bosych stóp mlaskało w błocie. Cyba osiem, stopy wchodziły w błoto głęboko- osoby musiały być ciężkie, więc prawie na pewno mężczyźni. Jeden ciężko sapał.
Zatrzymali się. Cyba mnie zauważyli bo zaczęli cicho szeptać i okrążać mnie. Nie miałem wyboru.
- Stójcie.
Rzeczywiście stanęli. Z tym, że to nie ja powiedziałem, chyba ich przywódca.
Powoli wstałem. Nie wiem tylko, czemu ich rozumiałem- czułem, że nie mówią po saggarsku. Spróbowałem coś powiedzieć.
Skrzek. Jasne. Jeśli nie mówi się przez parę lat, można zaniemówić. A ja nie wydawałem dźwięku od chyba kilkuset. Spróbowałem jeszcze raz. Znowu jakieś nieartykułowane skrzeknięcie, pochrząkałem jeszcze trochę. Przełknąłem parę razy ślinę. Pewnie mieli niezły ubaw.
-Gdo wy?
-He?
-Kdo wy?
-My? Lepiej powiedz nam kim ty jesteś, chmurolicy.
-Jagi?
-Twoja skóra jest chmurobiała.
No jasne. Tak wyszło, że nie bardzo miałem gdzie się opalić.
- Jestem .
O cholercia. Gardło znowu odmawiało posłuszeństwa.
- Ekhm... Jestem .
Szlag, co jest?
- .
-Przecież słyszałem! Rozumiem za pierwszym razem, nie musisz mi powtarzać po 3 razy.
Ano tak. Przeklęta kara Ariki.
-Słuchaj, nie lubię, gdy ktoś mnie tak nazywa. Z przyzwyczajenia nie reaguję... Możecie nazywać mnie... Zapomniany.
-A kto cię zapomniał, chmurolicy?
-Wszyscy, których znałem - więc gdy któryś z nich usłyszy o Zapomnianym, może zacznie się zastanawiać, o kim mowa. Może sobie przypomni. Oby.
-Niech ci będzie, chmurolicy. To jest, Zapomniany. Wiesz, jakoś tak nie pasuje do ciebie.
-Uwierz, pasuje jak najbardziej. Więc kim jesteście?
-Jesteśmy z plemienia Granvanna. Jestem szamanem. Sami siebie nazywamy Ludźmi z Buszu.
- Co tu robicie?
-Wracamy z dawnej wioski. Nasza nowa jest zimna, potrzebuje duszy starej. Poszliśmy do starej po jej popiół.
-A co się stało? Spalona? Toczycie jakąś wojnę?
-Nie. Wedle naszego zwyczaju, starą wioskę palimy, gdy z niej odchodzimy. Oddajemy Pachamamie chociaż trochę z tego, co jej zabraliśmy...Popiół użyźnia. Widać, że nie jesteś stąd, jeśli tego nie wiesz. -Już sobie wyobrażałem jak popatrzył na mnie podejrzliwie.- Skąd przybywasz i co tu robisz?
-Jest tu jakieś miasto?
-Nie ma...
-Szlag.
-... Są tylko stare ruiny. O tu, zaraz po lewej... Ślepyś, czy co?
-Dokładnie. Jak stare?
-Nie wiem, może Najstarsi wiedzą. Nigdy ich nie pytałem jak stare są te ruiny. Co tu robisz? I czemu nie widzisz?
-Nie widzę i tyle powinno ci wystarczyć.
Zamilkł na chwilę.
-Nie wiem, czy wiesz, ale jako szaman jestem najpotężniejszy z plemienia Granvanna, zaraz po Najstarszych oczywiście. Więc zważ na to, jak do mnie mówisz.
Tym razem ja zamilkłem.
-Co tu robisz?- Spytał ponownie.
Szukam siostry, mam ochotę ją zabić, nie wiesz gdzie jest? Ciekawe, co by odpowiedział. Uśmiechnąłem się pod nosem.
-Szukam kogoś.
-Wysłali ślepego na poszukiwania? Skąd ty jesteś?
-Thecmel. Znasz takie miasto?
-Pewnie. Stoimy obok. Tylko, że to miasto jest wyludnione od kiedy pamiętam.
-Nie wiesz kto tu mieszkał?
-Sami siebie nazywali plemieniem...Sakkarów? Albo Saggarów...Musiałbyś spytać Najstarszych.
-Jak wyglądali?
-Miedzianoskórzy, lekko skośne czarne oczy, niski wzrost. To dzięki nim tacy jesteśmy - ponoć wcześniej byliśmy biali... Nie wiem wszystkiego, musiałbyś się spytać Najstarszych. Oni wiedzą prawie wszystko.
-Powiedz mi... Jak ja wyglądam?
-Nikt ci wcześniej nie mówił? Niski, smukły, chudy, czarne oczy. Długie włosy. Skóra biała, biała jak chmura. No i ręce i nogi masz brudne jak Pachamama.
Czarne oczy? Więc zaklęcie Tyraela wszystko odwraca... odbiera zmysł, zmienia jego kolor, daje ból z niczego... Więc może...może jest nadzieja, że jeszcze będę widział...Jeśli znajdę Sztylet.
-Dużo pytań zadajesz, Zapomniany. Może udasz się z nami do wioski? W razie czego i tak nie znajdziesz drogi powrotnej. Może Najstarsi ci pomogą.
-Jeśli mógłbym...
-Ale najpierw się umyj- wszystkie kobiety nam przegonisz, śmierdzisz jak truchło szympansa. Zaprowadzimy cię do rzeki.
-Prowadź.
Podszedł do mnie i złapał mnie za ramię. Wzdrygnąłem się- miał niebywale ciepłą dłoń. Lekko mnie pociągnął i oczywiście zaraz się potknąłem- zwinny byłem tylko, gdy polegałem na sobie. Wyczułem, że się zarumienił...
-Przepraszam.
-Wszystko w porządku. Może zrobimy inaczej- po prostu idź powoli. Będę wiedział, gdzie dajesz stopy.
-Dobra, spróbujmy.
Poszliśmy. Tak było o wiele lepiej.
Doszliśmy nad rzekę. Z szybkością zrzuciłem stare szmaty, które nosiłem i zanurzyłem się w chłodnej wodzie. Rozkoszowałem się to chwilą, kiedy delikatna woda opływała moje szorstkie ciało.
Szybko się wykąpałem i ruszyliśmy w stronę wioski. Po jakiś trzydziestu minutach przedzierania się przez dżunglę dotarliśmy do wioski. Podobno była największa w okolicy, ale nie zwracałem na to uwagi. Nie zwracałem na to uwagi bo poczułem jedzenie.
-Słuchajcie, macie tu gdzieś jakieś jedzenie? Jestem głodny jak wilk.
-Wczoraj wrócili myśliwi. Nie było tego dużo... Ale coś tam chyba się znajdzie. W prawo.
Ruszyłem biegiem. Dorwałem się do żarcia, nie zważając na protesty kobiet. Zjadłem całe mięso, jakie znalazłem. Szaman wrócił do mnie.
-Tak w ogóle to jak się nazywasz?- Spytałem.
-Jestem Galosh.
-Zaprowadzisz mnie do… Najstarszych?
-Nie dziś. Zwyczaj nakazuje, aby obcy najpierw spędził jedną noc w wiosce, zanim będzie mógł spotkać Najstarszych.
-Dobrze więc, Galosh. Gdzie mogę znaleźć łóżko?
-A co to łóżko?
Zdziwiłem się. Łóżka nie znali?
-Przedmiot, na którym się śpi.
-Hamak, tak? Zaraz dam ci jeden.
Byłem ciekaw, co to jest hamak.
Galosh poszedł do dużego szałasu i przyniósł jakąś mocną tkaninę. Podał mi ją.
-Pomogę ci go rozłożyć. Widzisz…erm…czujesz, hamak zwęża się na krańcach. Przywiązujesz je do dwóch pni, na tej samej wysokości, kładziesz się, śpisz. Proste! I poręczne.
-Taa.- Ziewnąłem- Wiesz, Galosh, może ja już się położę. Jestem trochę śpiący, a w dodatku im szybciej wstanę, tym szybciej poznam trochę odpowiedzi na moje pytania.
-Dobrze. Dobrej nocy, chmurolicy.
Ostrożnie położyłem się na hamaku. Nawet wygodnie. Przewróciłem się na drugi bok, słuchając krzątających się ludzi i zasnąłem. Śniłem, jak co nocy, o przeszłości. O rytuale Umysłu K’Ji…

5. Bezduszny

Zapaliłem ostatnią świecę. Bardzo dobrze, prawie wszystko gotowe.
Spojrzałem obojętnie po łące pełnej Saggarów. 99 rodzin stało bezmyślnie trzymając swoje nowonarodzone pociechy. Ostatnie, setne niemowlę miało zaraz przybyć.
Nigdy w życiu nie zdołałbym ich przekonać, by wypełnili ze mną rytuał Umysłu K'Ji, gdyby nie Święty Sztylet Neveyi i użyte wraz z nim zaklęcie Łowcy Dusz.
Małe oseski kwiliły, nie wiedząc, co się dzieje i instynktownie szukały pociechy u matki. Nic z tego. Panowałem nad nimi wszystkimi. Rytuał miał się zaraz rozpocząć. Spojrzałem jeszcze raz na wyrwaną stronę z ,,O Życiu i Śmierci, Zakazanej Księgi:

Rytuał Umysłu K'Ji
Zaiste, strasznym czynem jest wypełnienie rytuału Umysłu K'ji. Setkę dzieciąt nowonarodzonych poświęcić trzeba w służbę boga zmarłych, Tagu, by Jego przychylność zyskać. Rzekniesz- proste. Na wroga najadę i rytuał wypełnię. Lecz zarządzenia Tagu są nieodwołalne, setkę nowonarodzonych poświęcić z krwi Twego ludu musisz, przy czym sam splamić się krwią bezgrzesznego nie możesz. W wypadku innym tako i swą duszę poświęcisz. Rytuał wymaga przychylności rodziców i okoliczności niezwykłych, gdyż ojciec żaden, tako i matka żadna swego dziecka na wieczną tułaczkę po światach zmarłych z woli własnej nie odda bez powodu wyraźnego. Rodzic, dziecko swe ostrzem przebijając uczucia swe straci i bez duszy pozostanie.
Setkę również świec zbierz, w kręgu ustaw, by każda świeca zapalona jedno życie ludzkie symbolizowała. Połącz zaklęcie Pecea i gest Rean, Sztylet Neveyi dzierżąc w ręku, po czym znak daj matkom i ojcom, by powinność swymi ostrzami rodowymi wypełnili. Wtenczas rytuał końca dobiegnie. Dokonuje się rytuału, aby

Przestałem czytać. Dobrze znałem swój cel.
Setka świec - jest. Sztylet - obecny. Krąg wyrysowany. Zaklęcie Pecea znam od dziecka, gestu Rean nauczyłem się rok temu. Przyda się dziś. Dzieci - są. Jak na razie 99, ale ostatnie wkrótce przybędzie.
Zabrałem się do ostatnich poprawek. Aury słońc zaczęły już rozświetlać horyzont.
Dłonie bezustannie mi się pociły, co chwila wycierałem je o spodnie. Miałem dokonać czynu uważanego za jedno z najstraszniejszych w królestwie. Ja, młody, świeżo upieczony władca, miałem zniszczyć serce i duszę królestwa, w imię jego dobra. Nikt nie będzie chciał mnie wysłuchać. Trudno. Chociaż mi jeszcze dostatecznie nie ufali, to jednak czułem się za nich odpowiedzialny. Wiedziałem również co się stanie...ze mną.
Wyszedłem z polany na skraj lasu. Opiekunka niosła już ostatnie dziecko.
Moje dziecko.
Jego matka, a moja ukochana Kassidy zmarła przy porodzie. Oddała swoje życie, wydając na świat nowe. Jej ostatnimi słowami było ,,pamiętaj o mnie, wypowiedziane z bólem, ale i z smutną radością... Była pełna kontrastu.
Pamiętałem o Niej. Nasze dziecko przypominało mi bezustannie o jej poświęceniu. Była według mnie bohaterką. Ja też miałem się poświęcić dla innych, a mnie za bohatera uważać nie będą. Cóż, życie nie zawsze jest sprawiedliwe.
Opiekunka włożyła mi dziecko w ramiona z zimną obojętnością. Nad nią też musiałem przejąć kontrolę.... Czułem, że robię coś wbrew wszystkim.
Spojrzałem na malutkiego, dwumiesięcznego chłopca, beztrosko spoglądającego na świat. Ambrozy. Tak mało w życiu zaznał, tak mało spotkał na swej wąskiej ścieżce życia... I nic więcej nie spotka. Przynajmniej nie w świecie żywych. Przytuliłem go ostatni raz. Stęknął z cicha, rozśmieszył mnie ten jego prymitywny protest.
Wróciłem na polanę. Wschód słońc miał nastąpić lada chwila, musiałem się pośpieszyć.
Uniosłem Święty Sztylet, pulsujący energią zaklęcia Łowcy Dusz i głośno zawołałem:
- Połóżcie swe dzieci na zewnętrznej stronie kręgu świec!
Ruszyli się, jednak ruchy mieli, jakby ich kończyny były z drewna. Ich sponiewierane świadomości, skryte w kącie ich umysłów, walczyły teraz jak tylko mogły. To jednak nie mogło nic zmienić. Panowałem.
Położyłem mojego chłopca najbliżej siebie
Położyli dzieci na mokrej trawie i uklęknęli przy nich. Pocili się, podobnie jak ja.
Podszedłem i zapaliłem każdą świecę. Przypisałem każdą z nich do każdego dziecka, leciutko uderzając czubkiem Sztyletu w opuszek palca niemowląt i pozwalając, by ich kropla krwi spadła na płomień świec. Rodzice wzdrygali się, widząc to... Ja nie.
Poświęciłem każdą świecę. Zaczęło się.
Zacząłem inkantować zaklęcie Pecea.
Haminim morte, vias erullo...Minas grande elle powas...
Poczułem znajome mrowienie w plecach, gdy magiczna moc zaczęła spływać przez me ciało do Sztyletu. Uwielbiałem to uczucie... Czułem się wtedy władcą wszystkiego, czułem się panem...
Kadu reve, besis ornam...shole cari, pibom also....
Przestałem widzieć. Czułem tylko oślepiającą światłość i lekko uniosłem się w powietrze... Czułem się pełen energii...ekstaza...
MORO VIDIA, KAPA IRNI... LOGI SURFE, ROES ILAN...
Zapomniałem o całym świecie... Liczyła się tylko ta chwila...
AKIN ERE, NAMI PEAC!
Powoli zacząłem odzyskiwać wzrok. Dotykałem już stopami ziemi, ostatki energii spłynęły po mym lewym przedramieniu. Sztylet nieustannie wibrował.
Zacząłem wykonywać gest Rean.
Wyciągnąłem przed siebie prawą dłoń i zgiąłem kciuk. Zgiąłem palec mały i wskazujący, kciukiem dotknąłem paznokcia małego palca. Zatoczyłem krąg całą dłonią i obróciłem ją. Lekko naciąłem przegub, pozwalając, aby krew spłynęła wzdłuż dłoni.
Teraz ostatnia sprawa. Dać znak.
-Dzisiaj wypełnimy Rytuał Umysłu K'Ji! Poświęćmy się dla dobra tego świata! Daję wam znak! Wyciągnijcie swoje rodowe miecze!
Drżąc. wyciągnęli. Byli zlani potem.
-Macie w ręku narzędzie rodu! Wraz ze mną...zatopcie je w sercach waszych dzieci! Rozkazuję wam!
Przez chwilę nic się nie działo. Powoli jednak zaczęli podnosić miecze w górę.
Jedna matka się wybudziła.
-Skur.wielu! Bezduszny morderco! Zabiję cię, gnoju! Jak możesz nie mieć serca, jak możesz kazać wszystkim zabić ich dzieci! zabiję cię, słyszysz?! A nawet jeśli nie ja, to zawsze znajdzie się ktoś kto cię zarżnie, rozumiesz mnie?! Sukin.synu!- krzyczała biegnąc do mnie. Nie wiem, jak dała radę przełamać zaklęcie Łowcy Dusz... Ja prawdopodobnie nie dałbym rady. Ale nawet to nie mogło mi przeszkodzić. Jeśli to konieczne, to cóż. Zabiję ją.
Biegła do mnie z przeciwległego krańca kręgu. Trzymała w ręku miecz.
Zamachnęła się na mnie. Z łatwością uniknąłem i wepchnąłem jej Sztylet między żebra, prosto w serce. Otworzyła usta do krzyku. Nie dałem jej tej możliwości. Przekręciłem Sztylet.
Upadła z zamglonymi oczyma.
W tym czasie większość osób na łące zatrzymała się. Też walczyli. Nic z tego. Zacząłem wlewać w w Święte ostrze swoją energię życiową i w duchu po raz kolejny wymówiłem zaklęcie Łowcy Dusz. Zadrżeli, znowu, ale uspokoili się. Ponownie zaczęli opuszczać miecze w stronę dzieci, równocześnie. W miejsce zabitej matki, stanął ojciec. Też drżał, ale najwyraźniej miał słabszą wolę walki od swojej wybranki. Pierwsze dziecko umarło. Zgasła świeca, a rodzice unieśli się w powietrze trzęsąc się. Uświadomiłem sobie, że właśnie tracą dusze. Po kręgu przelała się krew... i paniczny krzyk zarzynanych dzieci. Patrzyłem na to, zapominając o swoim zadaniu. W końcu też miałem zabić swojego pierworodnego... Spojrzałem na niego. Cicho płakał, nie wiedział co się dzieje. Uniosłem Święty Sztylet... I pchnąłem własne dziecko prosto w serce. Zacząłem się trząść i unosić w powietrze... I poczułem jak wylatuje ze mnie całe ciepło, wszystkie uczucia...A ich miejsce zajmuje...pustka...
Opadłem na ziemię. W kręgu nie paliła się już żadna świeca... A rodzice nowonarodzonych patrzyli tępo w ziemię. Uniosłem zawołałem:
-Tagu, boże zmarłych, ku twej chwale wypełniliśmy Rytuał! W zamian żądamy, by wróżba proroka Shadow nie spełniła się!
(Takoż się stanie.) Usłyszałem boży szept w głowie.
Byłem zadowolony. Mimo tego, że tak wiele straciłem, czułem zadowolenie. Nie wiem czemu. Odwróciłem się i zacząłem iść w kierunku skraju lasu. Wychodząc z polany, odczyniłem zaklęcie Łowcy Dusz. Odwróciłem się i zobaczyłem jak wszyscy Saggarowie powoli biorą swe miecze i wbijają je rękojeścią w ziemię. Spojrzałem przed siebie i oglądając wschód słońc słuchałem ostatnich oddechów ludzi, którzy tuż za mną nabijali się na swoje ostrza, plamiąc ziemię własną krwią.


6. Powrót do domu

Ktoś szarpał mnie za ramię.
-Zapomniany! Wstawaj, już rano. Zjedz coś i będziesz mógł zobaczyć się z Najstarszymi. Gotowyś?- To Galosh.
-Taa...- ziewnąłem. -Już idę...
Spadłem z hamaku. Zupełnie zapomniałem, że to nie pełnoprawne łóżko. No, ale przynajmniej się porządnie rozbudziłem. Szaman pomógł mi wstać. Po pierwszej nocy po wyjściu z więzienia pozostanie mi przepiękny siniaczek.
- Gdzie mógłbym coś zjeść?
-To zależy od tego, co upolujesz.- zaśmiał się z cicha. Chyba myślał, że jestem... nieporadny. -Gdzie macie tu tereny łowieckie?
-Słuchaj, żartowałem. Nie musisz nic zdobywać, nie jesteś...w pełni sprawny, a w dodatku jesteś gościem.
-Gdzie macie te tereny?
-Jak chcesz polować, nic nie widząc? Bądź co bądź, do strzelania z łuku potrzeba wzroku. -Poradzę sobie. Tylko powiedz mi, gdzie to jest.
-No cóż. Skoroś się uparł, to idziemy.
Poprowadził mnie, trzymając mnie za ramię. Przeszliśmy kilkaset metrów, po czym stanęliśmy.
-Ech, proszę bardzo. W tej gęstwinie jest dużo kapibar. Na pewno nie chcesz, żebym ci pomógł?
-Nie, nie potrzeba. Poczekaj tu z 20 minut.
Już czułem ciepłe mięso.
-Masz... eee... łuk?
Woń dobiegała z prawej...ale omijała coś. Chyba drzewo... Profilaktycznie szedłem ścieżką zapachu, nie schodząc z jej toru.
-Dobra, nie to nie. Wystarczyło powiedzieć. - krzyknął za mną.
Ta... pekari była niedaleko, parędziesiąt metrów. Zacząłem się skradać, ale dość szybko. Każdy trzask nadepniętej przeze mnie gałązki irytował mnie coraz bardziej. Nie chciałem zbłaźnić się przed Galoshem, musiałem odnieść sukces.
Wdepnąłem w wodę. Rzeczka. Wziąłem łyk. Słodka, dobrze.
Pekari stała w miejscu. Byłem paręnaście metrów od niej, dobrze, że stałem pod wiatr. Kucnąłem i przestałem się ruszać. Wytężyłem słuch. Skubała trawę. Teraz węch. Była sama, jakże nierozważnie. Na szczęście, to był jej ostatni raz. Więcej okazji nie będzie.
Słyszałem, gdzie bije jej serce. Łatwiutki mord.
Powolutku podszedłem, teraz dzieliło nas już tylko kilka metrów.
Skoczyłem.
Szybko złapałem za jej nogi, łamiąc je stopą. Kwiknęła przeraźliwie. Niestety, prawo natury. Szybko złapałem ją za kark, szukając po omacku jakiegoś kamienia. Jest. Nawet troszkę zaostrzony.
Wbiłem go głęboko w jej serce, przekręcając. Krew bryznęła na glębę, ochlapując mi twarz. Kapibara jeszcze chwilę wierzgała, kwicząc, w końcu jednak dała za wygraną. Zdechła. Zarzuciłem ją sobie na plecy, czując ciepło jej truchła i czując strugi krwi spływających mi po plecach.
Doszedłem z nią aż do strumyka. Wrzuciłem ją tam, by woda obmyła ją z krwi, sam również się umyłem.
Po czym zjadłem śniadanie.
Wróciłem po zapachu do Galosha, siedział i coś rysował na ziemi. Odchrząknąłem.
-Oo, już jesteś? Dałeś za wygraną?
-O co ci chodzi?
-Przecież nic nie przyniosłeś. Mówiłem, że ci pomogę.
-Zjadłem na miejscu.
Zamilkł.
-Że niby co zrobiłeś?
-Zjadłem już. A co miałem zrobić innego? Modlić się nad jedzeniem?
-Zjadłeś... surowe mięso?
-No...tak.
-Może już chodźmy. Na przyszłość postaraj się... piec mięso.
-A co to znaczy?
-Opieka się poprzez trzymanie mięso nad ogniem, robi się...lepsze w smaku.
Przypomniałem sobie. Kiedyś... jeszcze przed Wyrokiem... jadałem takie mięso... Boże, jakim zwierzęciem się stałem?
-Chodźmy do wioski. Prowadź.
Złapał mnie za ramię. Poszliśmy.
Po 10 minutach byliśmy na miejscu. Mogłem już zobaczyć się z Najstarszymi.
-Zaprowadzisz mnie do Rady Najstarszych?
-Tak, pewnie. To tu, niedaleko.
Podczas marszu Galosh opowiadał mi jak się zachować. Mówić z szacunkiem, zanim zacznę pytać odpowiadać na Ich pytania i takie tam. Nic trudnego.
-Dobra, to tutaj. Pamiętaj, co ci mówiłem. Idź.
Lekko mnie popchnął. Powietrze stało się stęchłe, czuć było smród niemytych ciał. -Witaj, nieznajomy.- starczy głos.
-Witam Cię, Rado Najstarszych, dziękuję za gościnę i zaszczyt rozmowy z Wami.
-Widać, żeś dobrze wychowany. Jak brzmi twe imię?
- . Jednakże wolę, by zwracano się do mnie ,,Zapomniany".
-Nie pytam o powody. Ale niech tak będzie. Skąd pochodzisz?
-Z miasta zwącego się Thecmel.
-Thecmel od dawna jest zrujnowane.
-Lecz ja z niego pochodzę. To dziwna sprawa. Bo można by rzec, żem nie z tego świata.
-Nie żartuj sobie z nas, przybyszu. Skończ z tą dziecinadą.
-Jak mogę to udowodnić?
-Ja mogę to zrobić.- odezwała się jakaś kobieta.- Po prostu... otwórz swoje serce, Zapomniany. Jeśli mówisz prawdę, będziemy o tym wiedzieć.
No dobra. Rób to swoje czary mary.
Starałem się myśleć o niczym. Wtedy Saggar otwierał swoją duszę. Ja swojej nie miałem, więc może moje serce się otworzy.
Poczułem ciepło rozchodzące się po klatce piersiowej i przyjazną obecność w moim umyśle. Ta kobieta była po prostu... dobra. W chwili, gdy ona skanowała moje myśli i wspomnienia zauważyłem, że ja mogę skanować jej.
Zobaczyłem siebie, stojącego w szałasie, śliniącego się i patrzącego w górę. Zmieniłem się. Byłem chudy, odziany w jakąś brudną, zaplamioną szmatę. Wiotkie mięśnie i zabrudzone włosy, wystające kości policzkowe. Blady jak mleko, a oczy czarne jak noc. Wszędzie szramy po pierwszych kilku tygodniach w więzieniu, gdy nie znałem jeszcze na pamięć terenu.
Ale ja nie byłem ważny. Musiałem wiedzieć, gdzie jestem. Spojrzałem we wspomnienia kobiety.
Dzieciństwo. Nauki przekazywane przez inne kobiety, niańczenie mniejszych dzieci. Wyczekiwanie na powrót myśliwych w okresach głodu. A wszystko to w odcieniach zieleni, otaczającej cały jej świat. Miałem rację, to była dżungla.
Co zadziwiające, było tu tylko jedno słońce, rzucające białe, oślepiające światło.
Dorastanie, dojrzałość, pierwszy partner, pierwszy...
,,Może już starczy, nie sądzisz?"
Powróciłem do swojego ciała. Otarłem twarz.
-Rzeczywiście, ciężko mi w to uwierzyć, ale jest z innego świata. I mieszkał w Thecmel. Został w nim uwięziony a po kilkuset latach wyszedł na wolność. Tutaj.
- Czego tu szukasz, Zapomniany?
-Szukam... szukam siostry.
-Czemu?
-To chyba jedyna z moich żyjących krewnych. Muszę ją znaleźć.
-Hmm... Dobrze. Teraz ty możesz pytać.
-Co to za kraj?
-Dla nas jest to po prostu Pachamama, czyli Matka Ziemia. Kiedyś jednak przybędą tu biali ludzie i nazwą tę ziemię Ameryką.
-Znacie przyszłość?
-W pewnym stopniu.
-Znajdę tą, którą szukam?
-Znajdziesz.
Uspokoiłem się.
-Kiedy założono to teraz zrujnowane starożytne miasto?
-Kiedy nasi dziadkowie byli dziećmi. Pojawiło się z dnia na dzień. Było tu mnóstwo ludzi takich jak ty, tylko miedzianoskórych.
-Co się z nimi stało?
-Wmieszali się w okoliczne ludy. Tylko ich Przywódczyni wyruszyła za wielką wodę.
To na pewno Arika. Znajdę ją, choćby nie wiem co. A wtedy zapłaci za krzywdy.
-Mówiła waszym przodkom, dokąd wyruszyła?
-Nie. Była cicha i skryta, unikała słońca. Nie odzywała się prawie w ogóle.
-Co się stało ze wszystkimi przedmiotami z Thecmel?
-Trzymamy większość tutaj, w tej wiosce. Masz szczęście, że trafiłeś na nie w tym roku, bowiem okoliczne plemienia walczą o nie.
-Są tak ważne? Żeby się o nie zabijać?
-Walczymy o nie, by wyłonić najsilniejszych, którzy będą potrafili je ochronić prez następny rok.
-Rozumiem. Mógłbym je zobaczyć?
-Mógłbyś. Wydaje nam się, że to twoje dziedzictwo. Galosh, zaprowadź naszego gościa do Miejsca Relikwii.
-Bezzwłocznie.
Wziął mnie pod ramię. Poszliśmy krętą ścieżką.
-Czemu te przedmioty uważacie za święte?
-Przywódczyni Thecmel potrafiła czarować. Leczyła ludzi, czytała w myślach, sprowadzała deszcz. Wiele z tych mocy przekazała nam.
-Rozumiem.
-No i jesteśmy. Uważaj tylko na nie. Będę co mówić, co bierzesz aktualnie do ręki.
Wyczułem, że weszliśmy do następnego szałasu. Na środku znajdował się mały ołtarzyk, przyklęknąłem. Wziąłem pierwszy przedmiot z lewej.
-To mały krążek, prawdopodobnie ich waluta.
Palcami wyczułem liczbę 5. 5 krexów. Wziąłem następny przedmiot.
-To jakieś naczynie, czymś lekko nadżarte na całej powierzchni.
Powąchałem. No jasne. Postrach Robaqów. I... a niech to... mój zapach... niemożliwe....
Odłożyłem czym prędzej. Złapałem następny bardzo duży przedmiot.
-To jakiś drążek zakończony ostrzem w kształcie półksiężyca. Chyba jakaś broń.
Glewia... W bardzo dobrym stanie. Odłożyłem. Następny przedmiot- tym razem kawałek papieru.
-To prawdopodobnie jakiś list. Niestety, nie znamy tego pisma, dla nas to tylko jakieś znaczki.
Przesunąłem palcami po kartce. Czułem wypukłości, potrafiłem to przeczytać!
,,Schowaliśmy Sztylet Neveyi, zgodnie z rozkazem Ariki. Nikt nie ma go nigdy znaleźć, jedynie królewska krew może otworzyć zapieczętowane drzwi w bibliotece. Nie obawiamy się Gauriego- nigdy nie wyjdzie, jedynie Matka Natura mogłaby go wypuścić na wolność, lecz Ona wie, że jest on raną tej ziemi. Niechaj jego imię będzie na wieki przeklęte."
Macie pecha, pomyślałem. Doznałem amnestii.
Następnym przedmiotem był krótki, ostry przedmiot.
-To chyba jakiś rytualne ostrze, jakiś nóż.
Przesunąłem szybko po rękojeści. Niestety nie było tam szmaragdu, więc to zwykły, tani sztylet. Jednak...nawet taki się nada.
-To już wszystko? Nie ma nic więcej?
-Niestety. Idziemy już?
-Taak, tak. Hmm... czy mi się zdaje, czy ja czuję tu pekari?
-Gdzie?- odwrócił się. Szybko schowałem ten sztylet W płytką kieszeń. Stary trik. Miałem nadzieję, że Galosh się nie zorientuje.
-Aa, zdawało mi się.
-Ech... szkoda...
-Zaprowadzisz mnie do Thecmel?
-W sumie nie mam nic innego do roboty...
-No to zaprowadź mnie.
Wziął mnie pod ramię i poprowadził w miejsce, w którym się spotkaliśmy po raz pierwszy.
-Gdzie tu jest największy budynek?
-Noo, właśnie stoimy obok.
-To dobrze. Poczekaj tu chwilę. Muszę coś znaleźć.
Ruszyłem w stronę biblioteki, drogę znając z pamięci, wspominając, kiedy właśnie tu szukałem wskazówki, jak zapobiec spełnieniu się wróżby proroka Cieni, Shadowa...


7. Zawsze razem

NA PEWNO można to jakoś powstrzymać.
Tak nie może być, nie, to niemożliwe, żeby tak się stało...
Przecież ja nie mógłbym tego zrobić! Nie mógłbym!
Ona jest taka dobra... nie, nie mógłbym jej zabić! Nie moją siostrę, cholera jasna, nie ją!

Wyszedłem z wyroczni oszołomiony. Prorok Cieni... po prostu przeraził mnie. Ich wróżby prawie zawsze się spełniają, z tego co wiem.
Przecież... to straszne! Jej śmierć spowoduje tyle następnych...
MUSZĘ TEMU ZARADZIĆ.
Zawsze istnieje sposób rozwiązania. I ja go znajdę.
Hej... przecież mogę chyba znaleźć rozdział traktujący o tym w Księdze ,,O Życiu i Śmierci. Chyba coś było o tej sprawie kiedy ostatni raz czytałem tą księgę w dzieciństwie.
Także więc... moim celem była Zakazana Księga, znajdująca się w dziale Silnej Woli, w bibliotece. Powinni mnie wpuścić - zwłaszcza, że od pół roku, czyli od śmierci rodziców, byłem królem, jako jedyny ich męski potomek.
-Bądź pozdrowiony, miłosierny panie. - Z zamyślenia wyrwał mnie głos przechodnia. Sam nie zauważyłem, że nogi same niosą mnie do celu.
-Tako i ty, przechodniu.- O manierach pamiętałem jednak zawsze.
Dzielnica szlachectwa. Jakże piękna... jakże czysta i zadbana. Wszędzie dookoła ogrody stworzone z roślin sprowadzonych z dalekich krajów. Liczne fontanny, nieprzerwanie wyrzucające z siebie najczystszą wodę. Uprzejmi, bogaci mieszkańcy. No i ta atmosfera. Atmosfera spokoju i niezmąconego nigdy bezpieczeństwa.
Tutaj nawet patrole Glewiatów nie były potrzebne. Wszelki spory załatwiano polubownie, z zachowaniem pełnej kurtuazji.
Kilka kamieniczek, bogato zdobionych i z obecną attyką, dwie fontanny... pomniki dotychczasowych królów. Właśnie kończono rzeźbić podobizny moich rodziców. Ciągle się nie pozbierałem po ich śmierci. Tyle dobrego, że była spokojna, ze starości. We śnie. Zmarli miesiąc temu.
Słońca właśnie kończyły swój dostojny obieg po nieboskłonie, przygotowując się do mistycznego rytuału zaślubin z horyzontem. Powijały właśnie dziecię w postaci przepięknej łuny leniwie wznoszącej się nad nimi.*** Jakże piękny widok. Aż chce się żyć.
No, w końcu. Mój pałac. Najokazalszy i największy budynek w mieście. Ogółem 68 pokoi. Bogato.
A w środku biblioteka. Największa w królestwie. I zawierająca jedyny istniejący egzemplarz ,,O Życiu i Śmierci. To książka, a w zasadzie jej zawartość to ostatnie, co może zniweczyć wróżbę Shadowa.
Elitarni zasalutowali mi przy wejściu. Skinąłem głową ze sztucznym uśmiechem na ustach. Rozkrzyżowali glewie. Wszedłem do pałacu.
Wszędzie przepych i bogactwo. Rzeźby, obrazy, rośliny, fontanny, służba, biel i złoto. Wszędzie, gdzie by okiem nie sięgnąć. Czasem aż mnie od tego mdliło. Dzisiaj mdliło mnie z innego powodu.
Zrobię wszystko, żeby tylko TO powstrzymać.
Ruszyłem korytarzem w kierunku biblioteki. Z dostaniem się do książki nie będzie problemu. Ale z wykonaniem instrukcji w niej zawartych...
Sypialnia, sypialnia, pokój, schowek, sypialnia, łazienka, pokój. No! Jest biblioteka. Śmiało wszedłem.
U uszy uderzyła cisza. Dlatego nienawidziłem tego miejsca... Bo nienawidziłem ciszy.
Bibliotekarka, kapłanka Selayi, Bogini Wiedzy, spojrzała na mnie znad księgi. Po chwili uśmiechnęła się.
-Witam, panie. Cóż sprowadza cię w skromne progi królewskiej biblioteki?
-Szukam pewnej księgi.
-Już się robi, jaki dział i tytuł? Zaraz przyniosę.
-Może lepiej pójdę sam.
Uśmiechnęła się figlarnie.
-Dobrze wiesz, panie, jakie są zasady.
-A kto je ustala?- Wymusiłem uśmiech.
-Rodzina królewska.
-Właśnie, a tak się składa, że ja do niej należę.
-No w zasadzie to tak...
-Więc nie wiem, w czym problem.
-No niech będzie. Na lewo są księgi geograficzne, trochę dalej historyczne...
-A gdzie są księgi zakazane?
Uśmiech na jej twarzy zniknął. Teraz wydawała się przejęta.
-A po o ci, panie takie księgi?
-Dokształcanie prywatne. Gdzie są?
-Na samym końcu, na prawo.
Hm. Czyli je przenieśli od czasów mojej ostatniej wizyty tam.
-Dziękuję bardzo.
-Wiedza z tobą.
Raźno ruszyłem w prawo. Kapłanka za mną patrzyła na mnie, czułem jej wzrok na sobie. W duszy myślałem nad tym, co mnie czeka...
A wszystko dla niej... dla mojej siostry...
,,Wywary z Saggarów. Nie, to nie to. Następne. ,,Sługi Zła w otaczającym nas świecie. Też nie to. Kolejne...,,Pierwiastek bestialstwa- volt. Cholercia, też nie to.
,,O Życiu i Śmierci. No w końcu, jest. Wyjąłem zakurzony, gruby tom. Czarna okładka ze złocistym skarabeuszem na wierzchu. I stary mechanizm, używany również w niektórych pokojach w pałacu. Do otwarcia wymagał troszkę krwi.
Wyjąłem mały sztylet mocowany na łydce i uderzyłem się czubkiem w opuszek palca. Ścisnąłem i kropla spadła na skarabeusza. Coś cicho trzasnęło i już mogłem oglądać wnętrze książki.
Newrwowo przewracałem strony, bojąc się, że kapłanka Selayi zaraz przyjdzie popatrzeć, co robię. Miała takie prawo.
,,Śmierć jest drugim życiem...Za czyn kazirodczy matka karę śmierci z woli natury poniesie...ciąży na nas fatum...śmierć ma w sobie piękno i dostojność...w oczach umierającego widać zrozumienie wszechświata...Rytuał K'Ji... dokonuje się rytuału, aby zapobiec wróżbom proroków Cieni...
Jest! W końcu!
,,Dokonuje się rytuału, aby zapobiec wróżbom proroków Cieni. Wróżą jednej osobie raz na całe życie coś związanego ze śmiercią - niekoniecznie własną. Wedle podań starożytnych, Rytuał ów bestialski ma moc powstrzymywania wróżb, jednakże nie jest to sprawdzone.
Nie mam innego wyjścia... Nadzieja jest mała, ale lepsza taka niż żadna. Muszę to zrobić...
Popatrzyłem na instrukcje. Zamarłem. Wedle ostatnich danych w naszym państwie tylko 99 rodzin oczekuje dzieci. Brakuje jednej rodziny... A że Saggarowie mają jedno dziecko na całe życie...
Tylko ja zostałem w okresie prokreacji. Wzdrygnąłem się.
Będę musiał uwieść kobietę, zrobić z nią dziecko... a po tym ich zabić... Nie wiem, czy dam radę.
Nie wiem, czy dam radę zabić 299 osób.
Siebie nie liczę.
I nie zależy to od moich umiejętności, bo cóż to za problem- wziąć Święty Sztylet, rzucić zaklęcie Łowcy Dusz i wydać rozkaz.
Boję się raczej o moje zdrowie psychiczne.
Nerwowo oblizałem wargi. Wziąłem głęboki wdech i oderwałem tą stronę. Schowałem ją pod koszulą. Nie powinni się chyba zorientować zbyt szybko.
Odkładając książkę na półkę, wypadła z niej pożółkła kartka. Odłożyłem książkę i podniosłem kawałek papieru. Spojrzałem tylko na niego i od razu rozpoznałem. Tę kartkę również włożyłem pod koszulę.
Wróciłem do kapłanki.
-I co, już znalazłeś, panie?
- Nie za bardzo. Szukałem książki ,, O sztuce pomnikowania. Chciałem zbudować jakiś przepiękny nagrobek dla rodziców, okazalszy.
-Aktualnie wypożyczona. Bardzo mi przykro.
-No trudno. Poczekam, aż będzie dostępna. Do widzenia. Am nashalam, kapłanko.
-Am nashalam.
Wyszedłem z biblioteki. Pospacerowałem chwilę, po czym wyszedłem na dwór. Znalazłem wolną ławkę w cieniu, usiadłem i zacząłem czytać znalezioną kartkę. Miłe wspomnienia z dzieciństwa.

,, Niżej podpisany Gauri wraz z siostrą Ariką uroczyście ślubujemy:
-współdziałać w zgodzie,
-pomagać sobie,
-miłować się wzajemnie,
-żyć razem. Nic nas nigdy nie rozdzieli, a innego uczucia niż miłość do siebie odczuwać nie będziemy.
Poniżej było napisane ręką Ariki ,,kochająca siostrzyczka i moje ,,kochający braciszek.
Mam nadzieję, że rytuał się powiedzie. W przeciwnym razie, będę musiał dopisać tam punkt ,,- i umierać razem.

8. Zdrada

Otrząsnąłem się ze wspomnień. Przeszedłem już połowę drogi do biblioteki. Potknąłem się, upadło tu trochę gruzu. Zakląłem cicho i ruszyłem dalej.
Myślałem o tym, co będzie, jak już znajdę Sztylet. Znowu przejrzę na oczy... Tyle na to czekałem. Tyle lat.
Otarłem oczy. Lekko łzawiły. W sumie to się nie dziwi
No, jest pałac. Tu powinny być drzwi. Wyciągnąłem rękę.
I złapałem powietrze. Zrobiłem krok do przodu i rozwarłem ręce- poczułem futryny i uśmiechnąłem się, bo bałem się, że pałac już nie istnieje.
Wszedłem do środka i uderzyła mnie w uszy cisza. Nie słychać było kompletnie nic. Ruszyłem w stronę biblioteki, przypominając sobie trasę...
Sypialnia... sypialnia, pokój...a tak, schowek, sypialnia... łazienka, pokój. No i biblioteka. Raźno wszedłem. Tutaj również cisza, ale czuć było świst powietrza krążącego w pomieszczeniu. Gdzieś była wyrwa w murze.
Z pamięci ruszyłem w stronę zaplecza...
...I trzasnąłem nosem przewrócony regał z księgami. Zalałem sie krwią i cofnąłem się, oszołomiony.
Jakbym wierzył, że wszystko będzie takie jak dawniej. Przecież to OCZYWISTE, że ruiny pałacu nie będą w idealnym porządku.
Jedną ręką powstrzymując krwawienie z nosa, a drugą macając przestrzeń przed sobą, zacząłem POWOLI iść w stronę zaplecza.
Wymacałem przewrócony regał i przewaliłem go na drugą stronę. Nie był ciężki- a to znaczy, że książek już w nim nie było. Ciekawe, gdzie są.
Powoli szedłem dalej, ale już do zaplecza nie napotkałem żadnej przeszkody.
Dopiero tam wyczułem mosiężne, potężne drzwi, emanujące zimnem. Przesuwając rękę po nich, wyczułem znajomy znak.
Skarabeusz.
Ten był bardzo duży...niedobrze. Im większy, tym więcej wymagał. Musiałbym rozciąć sobie całą rękę, żeby je otworzyć. No ale chwila. Rozwaliłem sobie co innego.
Wyciągnąłem przed siebie rękę, którą powstrzymywałem krwotok. Cała lepka...cała zakrwawiona.
Rozprowadziłem krew po całej jej powierzchni i przyłożyłem do skarabeusza.
Mechanizm trzasnął i poczułem, że drzwi da się teraz popchnąć, co też uczyniłem. Złapałem pierwszy lepszy przedmiot, chyba jakiś kamień i przyłożyłem do drzwi, żeby się zatrzasnęły. Tylko tego by mi brakowało, ponownego zamknięcia.
W środku było bardzo chłodno. Powoli badałem pomieszczenie.
Jedno tylko mnie zastanawiało... czemu schowali Sztylet przed Ariką? I jeśli już to zrobili, to czemu w miejscu, do którego miała wstęp? Tylko królewska krew mogła otworzyć te drzwi...A Arika była w rodzinie królewskiej. Dziwne te sprawy.
Znalazłem coś. Pełno przedmiotów o różnych kształtach...długie, krótkie, płaskie, i o różnych innych kształtach. No i coś okrągłego.
Cholera...Czaszka. Cały szkielet, w zasadzie. Już spróchniały lekko... Ten Saggar coś trzymał. Jakiś list.
Wziąłem go do ręki i przesunąłem palcami po literach.
,,To ostatnie słowa Szejwara. Zostałem tu zamknięty przez przypadek, drzwi się za mną zatrzasnęły. Chcąc nie chcąc, zostałem ostatnim strażnikiem Sztyletu.
Sztylet schowaliśmy aby nie znalazła go Arika...chciała go wykorzystać do złych celów. Gdy dowiedziała się, że nie otrzyma go, wpadła we wściekłość i powiedziała, że wyrusza za wielką wodę. To ma coś wspólnego ze słońcem, źle na nas działa.
Obiecała, że będzie w kontakcie z okolicznymi plemionami. Jeśli kiedykolwiek Gauri (niech jego imię będzie przeklęte) wydostanie się spod Ziemi, znajdą go członkowie plemiona Granvanna. Otrzymali rozkaz zabicia go. Mają przygotować się, gdy Gauri tu przyjdzie...na pewno będzie chciał.
Specjalnie schowaliśmy Sztylet w innym miejscu."
Zamarłem. Te dwulicowe szmaciarze chcą mnie zabić. Ale schowali Sztyelt Nevei w jakimś innym miejscu... niech ich cholera!
Chwila...było post scriptum!
,,P.S. Gauri, jeśli to czytasz, to wiedz, że ja uważałem, że zrobiłeś to, żeby nas ratować. Ja ci wierzę. Naprawdę. Wydaje mi się zresztą, że te drzwi nie zamknęły się same z siebie- chyba za moje przekonania chcieli mojej śmierci. Wiesz co? Zabij ich. Zabij ich wszystkich.
Sztylet trzyma twój ojciec."
Uśmiechnąłem się diabelsko. Pomnik mojego ojca. Dzięki, Szejwarze.
Wyszedłem z biblioteki, potykając się co chwila. Ruszyłem do pomniku, trasę znałem przecież tak dobrze, tak często przychodziłem tu porozmawiać, popatrzeć na mojego ojca...
Jest. Jest pomnik. Obmacałem jego sylwetkę, dumną i wyprostowaną, trzymającą Sztylet w geście triumfu. Dzisiaj ja zatriumfuję.
Wspiąłem się po pomniku...i znalazłem broń w jego dłoni. Była lekko przymocowana, ale powierzchnię miała chropowatą.
Wyjąłem Święty Sztylet Neveyi z dłoni ojca. Drugimi sztyletem mocno uderzyłem w chropowatą powłokę; nie bałem się, że zniszczę Święte Ostrze, było prawie że niezniszczalne.
Powłoka odpadła, a ja pod palcami poczułem ciepło rubinu w rękojeści. Miałem go. Teraz mogłem wszystko.
Mogłem nawet przywrócić sobie wzrok...
Nie. Nie zrobię tego. Tyle lat żyłem w oślepieniu...nie potrafiłbym się przyzwyczajać się na nowo. Tak czułem się dobrze, czułem się...inny, zdystansowany wobec świata i innych.
W dodatku...gdybym odzyskał wzrok....być może przebaczyłbym Arice. Ale tego nie mogę zrobić, muszę dokończyć to, co zacząłem.
Stanąłem na placu, dzierżąc w ręku najpotężniejszy przedmiot na tym świecie.
Zacząłem wracać, po zapachu. Wyczułem, że Galosha nie ma. Tchórz. Pewnie wrócił przygotować się do walki ze mną z resztą plemienia. W niczym mu to nie pomoże. I tak zginie.
Wyczułem że ktoś momentalnie się przestraszył, zapach krwi się nasilił. Pewnie czujka. Momentalnie zaczęła biec w stronę wioski.
Złapałem zwykły sztylet, podrzuciłem w ręku, złapałem za czubek i kierując się zapachem potu czujki, rzuciłem.
Cicho mlasnęło, gdy ostrze przebiło się przez prawe płuco, a czujka pisnęła. To dziewczyna. Cóż, jej pech.
Jeszcze żyła, pluła krwią i usilnie starała się złapać oddech. Niestety. Podszedłem szybko i wcisnąłem sztylet głębiej, na wylot. No i oczywiście przekręciłem. Mój znak firmowy, pomyślałem z rozbawieniem.
Ruszyłem w stronę wioski po zapachu Galosha. Czułem w sobie żądzę...żądzę mordu.
Pobiegłem.
Po kilku minutach wpadłem na skraj wioski i pierwsze, co mnie uderzyło w uszy to cisza. Poczułem się, jakbym znowu był w więzieniu.
Ruszyłem po opustoszałych i wyludnionych ścieżkach w stronę głównego placu. Gdy doszedłem, nareszcie coś poczułem. Setki oddechów. Tutaj była cała wioska, czekali na mnie. Chcieli mnie zabić. A tu taka paskudna niespodzianka...
-Poddaj się, Zapomniany. Co byś nie potrafił i tak nie dasz rady nas pokonać- jest nas 645 wojowników i 122 łuczniczki. Jest nas zbyt wielu. Jeśli się poddasz, zrobimy to szybko i bezboleśnie. Poddaj się.- Przemówił członek Rady Najstarszych. Staruch, a będzie walczył, no proszę...
-Teraz ty mnie posłuchaj, starcze. Trzymam w ręku Święty Sztylet Neveyi. Wiesz co to jest? To dzięki temu Arika potrafiła czarować. To tego zawsze pragnęła, tak jak ja. Jest to najpotężniejszy przedmiot na tej planecie. Ja jestem na tej planecie najlepszym wojownikiem. Więc wierz mi że tych paru chłystków z włóczniami i kilka panienek z łukami nic mi nie zrobią. To WY się poddajcie, a nic wam nie zrobię.
-Nie ma takiej opcji. Co mamy do wyboru? Śmierć z ręki twojej albo z ręki Ariki. Wolimy zabić ciebie, bo Arika obiecała nam nagrodę. Jeszcze nie wiemy jaką, ale jakąś na pewno.
-Daj spokój. Nadal nie wierzysz, co potrafię? Patrz.
Wyciągnąłem przed siebie rękę i wskazałem Sztyletem w pierwsze lepsze miejsce. Wymówiłem zaklęcie Łowcy Dusz. I poczułem, jak z mojej ręki spływa zimno w stronę człowieka. Miałem nad nim całkowitą kontrolę i wgląd w jego umysł.
Bardzo się bał. Nie wiedział, co się dzieje. Nie dziwię się. Kazałem mu wyciągnąć przed siebie włócznię, obrócić ją, i powoli, bardzo powoli wbijać w siebie jej grot.
Gdy wykonywał rozkaz, nie zmienił mu się nawet wyraz twarzy. Czułem to poprzez niego.
Gdy w końcu przebił się na wylot i padł na ziemię, poczułem jak nić w mojej ręce pęka. Zmarł. Zwróciłem twarz z powrotem na członka Rady, pamiętając jego umiejscowienie.
-Wierzysz mi? Wszelki opór jest bezcelowy.
-W tej chwili zniszczyłeś wszelki myśli tego człowieka, jego pragnienia, miłości i marzenia. Wszystko. Jego rodzicom pozostawiłeś tylko wspomnienia o nim, odbierając im syna. Wiesz co zrobiłeś? Poświęciłeś jedno bezcenne życie tylko po to, żeby spróbować odwieść nas od decyzji, którą podjęliśmy my i nasi przodkowie już dawno temu. Jesteś potworem.
-A więc mam poświęcić wszystkie wasze życia, abyście dali mi spokój? Proszę bardzo. Sami tego chcieliście. Chciałem wam odpuścić, zostawić was w spokoju. Ale skoro prosicie...
-Atakować!
Łuczniczki wypuściły grad strzał. Dobrze słyszałem, którędy lecą...
Wystawiłem nad siebie Sztylet i wytworzyłem barierę ochronną wokół siebie. Strzały ześlizgnęły się po niej.
Gdy wojownicy dobiegli do mnie i mnie okrążyli, łuczniczki zaprzestały ostrzału, bojąc się trafić w któregoś z nich. Bardzo mi to na rękę.
Wyłączyłem barierę- jest ryzyko, jest zabawa.
Wbiegli na mnie chaotycznie, bez składu i ładu. Dzikusy.
Pierwszą włócznię wyminąłem z łatwością, po czym szybko wbiłem sztylet w przestrzeń między oczami. Wyjąłem, i następnego ciąłem po brzuchu, kolejną włócznię usłyszałem już ledwo ledwo- zaczaił się i cicho pchnął, ale zdążyłem zrobić unik.
Dawno już tego nie robiłem. Podskoczyłem, bo jakiś spryciarz chciał mnie trafić w nogi. Nie ma mowy, podskoczyłem i zwaliłem go na ziemię cięciem po gardle. Zachlapał mi twarz, otarłem więc usta ze słonawego płynu, i pchnąłem na oślep. Trafiony, zatopiony.
Zacząłem teraz walczyć dwiema brońmi na raz. Wcześniej się tylko rozgrzewałem.
Zrobiłem półobrót z wyciągniętymi sztyletami i przejechałem po twarzach najbliższym wojownikom. Albo mi się wydawało, albo Sztylet Neveyi zamruczał z zadowolenia. Najwidoczniej lubił zabijanie.
Walczyłem tak przez dobre pięć minut, wyginając się na wszystkie strony i przesuwając pole walki w coraz to inne miejsca, bo w końcu zacząłbym się potykać o ciała poległych i rannych. Powoli zaczynało mnie to nudzić- zacząłem więc inkantować zaklęcie Qolounki.
Chyba myśleli, że zaczynam śpiewać jakąś pieśń wojenną, bo nie zareagowali. oj, zaraz zareagują, i to mocno.
Cały czas nie przestając ciąć na lewo i prawo, powoli kończyłem zaklęcie, a Sztylet niemalże wyrywał mi się z rąk. I w końcu dokonało się.
Sztylet Neveyi uniósł mnie w górę, a potem zawibrował jak żywy. Podskoczył jeszcze raz w górę, po czym po polu bitwy rozeszła się ogromna fala uderzeniowa. Wyglądała jak tsunami w we wszystkich kierunkach i działała równie morderczo. Niosła za sobą kurz, pył i krew, pochłaniając coraz to nowych wojowników. Słyszałem muzykę dla moich uszu, złożoną z podmuchu śmierci i agonii ofiar.
Kochałem te dźwięki.
Fala się skończyła. Wszędzie słyszałem tylko jęki rannych. Kobiety dzierżące łuki rzuciły się do rannych. Zacząłem kroczyć w kierunku, z którego dobiegał zapach niemytego ciała.
Leżał tuż pode mną. Oddychał bardzo szybko, bał się i był śmiertelnie ranny. Dobrze mu tak.
-Mówiłem ci, żebyś ze mną nie zadzierał. Sam widzisz, czym to się skończyło.
-Wal się... bądź przeklęty...khark..
-Kto ma kontakt umysłowy z Ariką?
-Tylko ja...
-Powiedz jej, że idę po nią.
Starzec zamilkł na chwilę, myślałem, że nie żyje.
-Mówi, że jest gotowa.-Powiedział, po czym zmarł.
Wstałem od niego. Arika, strzeż się.
Poszukałem nosem Galosha. Perfidny zdrajca, niby mój przyjaciel. Tam jest, zafajdaniec...
Szybko do niego podszedłem, wymijając krążące tu kobiety.
-Galosh. Zdradziłeś nie. Ciekawi mnie jedna rzecz- czemu nie zabiłeś mnie, gdy spałem?
-Nocą nie można przelewać krwi, chmurolicy. Zwyczaj.
-Zwyczaj, tak? Gdzie jest Arika?
-Za wielką wodą. Mówiła, że płynie do krainy pełnej śniegu, nie wiem, po co.
-Dobrze. Pokażę ci mój zwyczaj.
Wbiłem mu Sztylet Neveyi w brzuch i pociągnąłem w lewo. Nachyliłem się do niego, gdy tracił przytomność i wyszeptałem:
-Kto przestaje być moim przyjacielem...nigdy nim nie był. Tego się w życiu trzymam. Żegnaj, Galosh.
Wstałem od niego i ruszyłem za zapachem morskiej, słonej wody. Zrobię tylko łódkę i mogę już po ciebie iść, Ariko. Już idę.
Przez chwilę chwyciła mnie myśl, ile dzisiaj osób zabiłem. I pomyślałem o tym, co mnie do tego doprowadziło. Pomyślałem...
O wróżbie proroka cieni, Shadowa...


9.Wyrok.

Stałem w kolejce, jakże zniecierpliwiony. Co chwila wycierałem spocone dłonie o spodnie, nerwowo oblizując usta. Przede mna w kolejce stało jeszcze wielu ludzi.
-Zdenerwowany, Gauri?
Uśmiechnęła się do mnie Arika.
-Bo wiesz, ja troszkę.
-Nie ma co się martwić. Będzie dobrze - Odrzekłem.
Staliśmy w kolejce do świątyni, czekając na przepowiednię.
-No, ale wiesz,Gauri. To wyjątkowy moment w naszym życiu - przepowiedna jest tylko jedna. Dla każdego tylko jedna...
- Eee, tam. Będzie dobrze, mówię ci.
-No, zobaczymy. Jeszcze parę osób i jesteśmy. Kto idzie pierwszy? Ty czy ja?
- Może ty. Szybciej przestaniesz się denerwować, bo teraz nie można z tobą wytrzymać. Gadasz i gadasz... - zaśmiałem się. Arika klepnęła mnie w ramię z uśmiechem na ustach.
-Jeszcze przyjdziesz w łaski, zobaczysz, to samo ci powiem.
-Już się boję.
Przesunęliśmy się trohę do przodu.
- Jak sądzisz, Arika, co ci wywróżą? Może wieczne milczenie? Przydałoby się.
-Taak? Proszę bardzo. Nie odzywam się do ciebie - Założyła ręcę i odwróciła się.
-Aach...w końcu cisza...Arika siedzi cicho...I tak jest o wiele lepiej. Mogę się delektować tą chwilą...
Odwróciła się i zaczęła mne okładać lekko po torsie.
- Ty draniu! Powinieneś mi mówić że jestem piękna i kochana, ot co! Co z ciebie za brat!
-Najlepszy. Bo jedyny - Wyszczerzyłem zęby. Arika parsknęła śmiechem. Tak lubiłem spędzać z nią czas.
Znowu parę kroków; kolejka robiła się coraz mniejsza, a ludzie, którzy wychodzili ze świątyni byli zwykle uśmiechnęci. Kilku było zdziwionych, kilku złych.
-A ty, Gauri? Co wywróżą tobie, jak myślisz?
-Może ożenek z tą córką Nae, z Kassidy. Podoba mi się, a gdy z nią rozmawiałem doskonale się rozumieliśmy. Ach, bodajby mi to właśnie wywróżyli...
Arika spoważniała.
-Nie wydaje mi się. Z tego co słyszałam, to dość dziwna Saggarka.
-Też to słyszałem. Ale nie obchodzi mnie to. Mało kto zna ją tak dobrze jak ja. Wydaje i się, jakbym znał ją od urodzenia.
-No, nie wiem.
Trzy kroki do przodu. Jeszcze pięć osób i nasza kolej.
-Jak sądzisz, Arika, czemu dla każdego jest tylko jedna przepowiednia?
-Wydaje mi się, że tak ustalili, nie jest to niemożliwe. Gdyby było kilka przepowiedni, każdy biegałby w tę i z powrotem, z każdym najmniejszym problemem. A tak prorocy maą trochę spokoju.
-Możliwe.
-Wiesz, uważam, że czasem jest lepiej pewnych rzeczy nie wiedzieć. A jakby przepowiedzieli mi, że umrę? Straszne.
-E tam. Bzdury gadasz... zawsze będę przy tobie, żeby cię chronić przed innymi. No co ty.
-Hohoho, ale cię wzięło na wyznania.
Podeszliśmy troszkę do przodu.
-Co ci się podoba w Kassidy, jeśli można spytać?
-Hmm. Poczucie humoru, to raz. Dwa, sympatyczna, trzy, inteligentna, mądra, ładna... no i te oczy. Takie jak moje, fioletowe. To na pewno jakiś znak.
-Uhm, tak, znak. Jasne. Dar od niebios. Neveya zesłała ci znak.
-Ojć, siostra, zazdrościsz mi, że ktoś mi się podoba? A tobie ktoś?
-E, żeby od razu podobał, po prostu lubię Szejawara. Fajny jest. Taki... władczy, podoba mi się to.
-O gustach się nie dyskutuje. Ciesz się.
-Ale śmieszne, doprawdy.
Kilka kroczków. Weszły dwie osoby, najwidoczniej para.
- No! Zaraz my. Stresik?
-Lekki. Kto wie, co usłyszymy.
-Jak to w ogóle przebiega? - spytałą.
-Idziemy, słuchamy, wracamy.
-A bardziej szczegółowo?
-Idziemy szybko, uważnie słuchamy, niezwłocznie wracamy.
-O jeju, nie żartuj. Jak to idzie?
-A bo ja wiem? Pierwszy i ostatni raz idę do tej świątyni.
-No i teraz tylko jedna osoba przed nami. Przygotowana?
Skrzywiła się tylko. Zbladła nieco- widać było, że bardzo się stresuje.
-Nie martw się, będzie dobrze. Jak chcesz to mogę iść pierwszy.
-Nie, nie.... Umówiliśmy się inaczej.
-No to jak chcesz, to możemy iść razem.
-Nie. Idę pierwsza. O matko, już wyszedł... Dobra, to ja lecę. Poczekaj tu na mnie. Życz mi szczęścia.
-Powodzenia. I nie martw się.
Arika uśmiechnęła się lekko, zacisnęła zęby i weszła powoli do bogato zdobionej świątyni.
Czemu tak się martwi?
Czekając na swoją kolej, rozglądałem się po otoczeniu. Za mną było kilku mężczyzn i dwie kobiety. Ostatnia była strzaszliwie spocona, bo znane było powiedzenie, że osoatni w kolejce ma pecha. A tutaj to się liczyło, to bardzo.
Świątynia stała na wzgórzu, więc miałem świetny widok na miasto. Spojrzałem więc na piękne dachy domów, dym z kominów i drzew w parku- było tu tak pięknie. Teraz to miasto było pod moją władzą po śmierci rodziców. Tak za nimi tęskniłem... Tak często potrzebowałem ich rady, jego słów i jej uścisku. Bardzo mi tego brakowało.
Słońce było akurat w zenicie, ale wiał lekki wietrzyk. Sielanka, możnaby rzec.
Popatrzyłem z powrotem na wejście do świątyni. Trochę dymu. Ale zaraz, idzie już Arika... Ciekawe, co jej przepowiedzieli.
Nie, wróć. Nie szła. Biegła. Zastąpiłem jej drogę.
-Hej, Arika, co się stało? Co jest grane?
Spojrzała na mnie z obłędem i strachem w swoich czarnych oczach. Była cała zapłakana.
-Nie... nic... zostaw mnie, muszę iść.
Puściłem ją, odbiegła. O co chodzi?
No cóż, porozmawiam z nią, kiedy wrócę do domu. Teraz nie ma sensu jej gonić, była ciężko wystraszona.
Ruszyłem w stronę wejścia. Gdy już otoczył mnie szary dym, zauważyłem, że za mną nikogo nie ma. Chyba też wystraszyli się stanu Ariki.
No nic, idę. Dym otaczał wszystko, ale widziałem przed sobą i za sobą światło, więc nie było mowy o tym, żebym się zgubił. Po prostu szedłem prosto.
Korytarz nie był zbyt długi. Po krótkim czasie doszedłem do komnaty przepowiedni.
Wszedłem. Półokrągłe pomieszczenie, naprzeciwko mnie stało 7 proroków. Ten w środku to chyba Shadow, Starszy.
- Przyszedł i król...
-Tak, przyszedłem po moją pierwszą i ostatnią przepowiednię. Czy dacie mi dostąpić tego sakralnego zaszczytu?
-Ależ tak, oczywiście... Bracia, zaczynamy...?
-Gotowi.
-Gauri, wyciągnij prawą rękę.
Tak zrobiłem. Każdy lekko jej dotknął, po czym westchnęli. Zaczęli przepowiadać.
-Ogromną ilość ta ręka...
-Krwi niewinnej przeleje...
-Pragnąc pomóc innym...
-Twoje wielkie królestwo upadnie...
-Kiedy siostrę swą ukochaną...
-Z padołu Joany wygnasz...
-A dokonując tego czynu...
-Na siebie wyrok śmierci wydasz.
Szok. Jedyne, co teraz czułem. Ja Arikę...? Królestwo padnie...? Ja sam zginę?
Nie... na pewno coś źle zrozumiałem... To nie może być prawda.... Nie.
Całe szczęście, żę prorocy sami swoich przepowiedni nie pamiętają. Całe szczęście...
Nie dopuszczę do tego... słyszałem, że są sposoby...
Cholera jasna, nie mieli czego mi przepowiedzieć!
A może wyjadę z kraju? Na zawsze? Ale nie... Wtedy pańswto nie miałoby króla, to oznaczałoby koniec dynastii... Bo królować może tylko Saggar, takie jest prawo. Nie zgadzałem się z nim, ale cóż...
Tak... jakoś to powstrzymam. Bo w tym momencie ruszyła maszyna przepowiedni...
Obróciłem się i wybiegłem czym prędzej, zanim prorocy wybudzą się z transu. Mogliby zacząć coś podejrzewać albo mnie przeskanować. Szlag.
Wypadłem ze świątyni na pełne słońce, oślepiło mnie. We wsztystkich widziałem Arikę, jej piękne oblicze, jej szmaragdowe oczy, uśmiech... Ja... zabić ją?
NIE POZWOLĘ NA TO.


10. Nauka

Otarłem pot z czoła. Jeszcze trochę roboty i łódź skończona...
Ponownie rzuciłem zaklęcie Madrika, i zabrałem się do rzeźbienia. bardzo uspokajająca praca, delikatne jeżdzenie po powierzchni drewna Świętym Ostrzem i wsłuchiwanie się, jak z delikatnym szumem drewno zmienia kształt stosownie do moich potrzeb. Dwie minuty i wnęka na żarcie gotowa. Teraz coś upolować i.... w drogę, do Ariki.
-Ekhm...Panie?
Podskoczyłem jak oparzony. Tak się wczułem w robotę, że nawet nie usłyszałem, jak ktoś podchodzi. Pewno niedobitek z wioski. Nie ma litości dla zdrajców.
Ruszyłem w strone głosu.
-Mój Panie! Spokojnie! Nie jestem Granvannem! - Przerażenie przepełniało jego głos... ale nie słyszałem w nim nuty kłamstwa.
-Ktoś ty i czego? -Przechyliłem lekko głowę.
-Panie... Wysłano mnie z plemienia Szokerów, z podziękowaniami, zapewnieniem lojalności i zapytaniem, czy czegoś, o panie mój, nie potrzebujesz...
,,Panie mój." Wróciły stare czasy, o tak.
-Co za podziękowania? Za co?
-Za zgładzenie, tych przeklętych Granvannów. - Splunął na ziemię. Z flegmą, bo aż chlapnęło.
-Co wam uczynili?
-Może tego nie widzisz, panie, lecz żyjąc zbrodniczo, bali się rywalizacji. Z tego względu używając haniebnych praktyk magicznych, wszystkich ludzi w dźungli zmniejszyli, sprawiając, że jesteśmy niezbyt silni fizycznie.
Rzeczywiście. Wiatr owiewał małą postać. Moznaby rzec, iż postać dziecka.
-Kontynuując; niszcząc ich przeklęte plemię - znowu splunął -zyskałeś sobie naszą dozgonną wdzięczność. Zemsta się dokonała, tylko nie z naszych rąk... ale to nie ważne. Ważne, że zdechli.
-Jak w ogóle masz na imię?
-Jam jest Ceberrus, panie.
-Mówiłeś, że przysłali Cię, by spytać, czy czegoś mi nie trzeba. Otóż potrzebuję kilku rzeczy.
-Powiedz tylko, panie, a z największą ochotą spełnię....
-Daj może sobie spokój z tym panem, dobrze? (Odzwyczaiłem się, pomyślałem)
-Niechaj tak będzie, boże.
-Boga też sobie odpuść. Dobrze będzie, jeśli będziecie nazywać mnie Zapomnianym. -Zatem dobrze, Zapomniany.
I tu mnie zaciekawiła jedna rzecz. Cały czas wiedziałem, że mówię innym językiem, jednakże rozumieliśmy się doskonale. Ciekawe jak brzmi, moje imię w ich języku.
-Ceberrusie, powiedz ,, ."
- . - Aha. Usta mówiły co innego, jeśli się skupić. Słyszałem świst powietrza i potrafiłem powtórzyć go w moim języku.... Moje imię w tym świecie brzmiało ,,Huitzilopochtli". Śmieszna nazwa.
-Co Cię bawi, jeśli można spytać, o Zapomniany?
-Nic, nic. Mam pytanie: czy wasza wioska mogłaby dać mi trochę żywności? Wypływam za wielką wodę....
-Za wielką wodę...? - W jego głosie pobrzmiewał autentyczny smutek.
-Tak.... Ale wrócę. (Jeśli dam radę, pomyślałem)
Troszkę się rozpogodził.
-Oczywiście, pa..Zapomniany, że znajdziemy coś dla Ciebie. Będziesz tu kończył łódź? Może pomóc?
-Nie, nie trzeba. Poradzę sobie.
-W takim razie pędzę.
-Pędź, tak, tak...
Tylko zaszeleściło i już nie czułem jego zapachu. Musi znać ten teren.
Wziąłem się na powrót do roboty. Zaraz wypływam, w świat daleki, poprzez góry, lasy, rzeki, jak to mawiała Arika.

Po kilku minutach łódź była gotowa, duża i przestronna. Zaraz miała sie zapełnić jedzeniem od tych ludzi. ja za to miałem głowę pełną przemysleń.
Co zrobię, kiedy znajde tą szmatę, która śmie nazywać się moją siostrą? Porozmawiam z nią, czy rzucę się, by zakończyć jej żałosne życie? Skąd my się tu w ogóle wzięliśmy? Co to za ludzie, na jakim są etapie rozwoju? Czemu Ci ludzie nazywają mnie bogiem? Czy żyje tu, lub w innym świecie jeszcze jakiś Saggar? Pełno pytań, odpowiedzi brak...
Tym razem wyczułem, że ktoś idzie. Było ich sporo, bo podwyższyła się nawet trochę temperatura w najbliższym otoczeniu.
-Jesteśmy, Zapomniany!
-Miło z waszej strony.
-Dzięki Ci, Zapomniany, żeś raczył poczekać! Jak widzę, łódź już gotowa...
-Tak. Czy moglibyście załadować je do tej wnęki?
-Z największą ochotą!
-Ale Ciebie, Ceberrusie, prosiłbym na słówko.
-Się robi, Zapomniany...
Za dużo tych moich przydomków.
-Ceberrusie, pierwsza sprawa- przestań w ogóle mnie obdarzać przydomkami. Mów normalnymi zdaniami.
-Dobrze, Z...Dobrze.
-Fajnie. Następnie- czy chcecie, abym was odmienił?
-Pa... O, Za... Mógłbyś...? - Jego głos był roztrzęsiony.
-Oczywiście. Jest jednak. Problem. Wiem, w jaki sposób rzucili na was zaklęcie. Moge je odczynić, potrzebuje jednak pewnego składnika...
-Cóż to jest?
-Serce. Dowolne nie zwierzęce.
Zamilkł. Nie dziwię się.
-Nasza wioska jest niezbyt liczna...
-Nic nie poradzę.
-Dobrze. Znajdziemy kogoś.
Bardzo dobrze. Sprawdzę, czy rzeczywiście są mi lojalni, bo cholera ich wie, może też bawią się w podstępne szuje. A jeśli są mi lojalni, to ich wynagrodzę.... kosztem jednego życia.
-Panie, łódź już załadowana. - zawołał jakiś tragarz.
-Doskonale. Ceberrusie, idź, przedstaw im propozycję. Wypływam za pół godziny.
W tym czasie podopieszczam łódź i znajdę Arikę.
Poszedłem do pobliskiej części dżungli. W drodze wyciągnąłem Święty Sztylet Neveyi, przypominając sobie znane z dzieciństwa zaklęcie Shinewhite'a.
Gdy dotarłem na w miarę dużą przestrzeń bez roślin, szybko wymówiłem zaklęcie, znów czując, jak niesamowite mrowienie przebiega mi plecy. Znów zatraciłem się w ekstazie...
I nagle widziałem. Widziałem swoje ciało, jak wisi w powietrzu, z oczami pełnymi blasku. Pomyślałem o Arice...
Świat rozmył się, gdy wizja rzuciła się do przodu. W milisekundę mignęła mi postać maleńkich ludzi, żywo o czymś dyskutujących. W następną sekundę przemierzyłem taki kawał drogi, że nie widziałem już za sobą lądu. Następne pół minuty spędziłem podziwiając kolory nieba i wody pode mną. Czasem tęskniłem za widokiem takich rzeczy na co dzień, jednakże w miarę szybko mi przechodziło...
I zobaczyłem ląd. Leciałem nad nim, spoglądając w ułamkach sekund na pierwotnych ludzi, palących ogniska. Gdzieś daleko po lewej widziałem zarys śniegu, zdziwiłem się więc, że tam nie prowadzi mnie zaklęcie. Widocznie Arika postanowiła uciekać stamtąd. Leciałem i leciałem, strasznie długi czas. Chyba coś koło minuty, pomyślałem z rozbawieniem.
Widok zaczął zwalniać. Ekstaza znowu się we mnie odezwała. Zaraz zobaczę tą su.kę...
Jest.
Biegnie, a w zasadzie szybko idzie. Ogląda się co chwila za siebie, spodziewając się kogoś. Oczy... przepełnione szaleństwem? Czy to możliwe?
Cała jest ubabrana na czerwono, to chyba krew. Bardzo się zmieniła. Wychudła, zbladła.
Zaklęcie już ją znalazło. Będę wiedział, gdzie się kierować. Zaczęło mnie cofać, a ja sie temu poddałem.
Po chwili znów byłem we własnym ciele. Zdążyło już nieco ostygnąć. Niech to szlag, więcej nie chcę takich długich wycieczek.
Wróciłem z powrotem, kierując się intensywnym zapachem jedzenia. Zastałem ciszę.
-Wybraliśmy już. Gdzie masz dokonać odczynienia tego cholernego zaklęcia?
-W dowolnym miejscu, ważne, żeby byli tam wszyscy.
-Zapraszamy Cię więc do naszej wioski.
-Prowadźcie zatem.
Ruszyli w ciszy. Ja szedłem za ich specyficznym zapachem.
Po kilku minutach byliśmy na miejscu. W czasie drogi nikt nie odezwał się ani słowem.
-Panie, chodź za mną.
Poprowadził mnie na wzgórze. Niewysokie, ale wzgórze.
-Panie, znaleźliśmy jednego ochotnika, który zdecydował się poświęcić się dla naszego uzdrowienia.
-Gdzie on jest?
-Tu, na środku.
-Podejdź.
Ktos przyszedł do mnie.
-Jest tu jakiś głaz?
-Tak, tutaj.
Wziął mnie pod rękę i poprowadzilo długiego, w miare płaskiego głazu.
-Nie ma większych? Im wyższe miejsce, tym lepsze. Tym więcej ludzi obejmę swoim zaklęciem.
-Nie, panie, niestety....
-Dobrze. Śmiałku, podejdź.
Ktoś stanął przy mnie, czułem na sobie jego przerywany oddech. Bał się, i to jak jasny szlag.
-Połóż się na tym kamieniu. Wyjaśnię wam wszystko.
Zaklęcie, które na was ciąży, to zaklęcie Galkana. Rytuał odczyniający nie trwa na wieki. trzeba go powtarzać, raz na rok to minimum... Polega na... No cóż... Musicie mieć serce. Człowieka. Jeszcze bijące.
Musicie wyciąć je z człowieka, który będzie spoczywał na kamieniu. Przebić musicie to serce sztyletem, unieść jak najwyżej i wypowiedzieć słowa : ,,Homnibi Quetzalcoatl". W ten sposób uwolnicie życie znajdujące się w tym jeszcze bijącym sercu, i pozwolicie mu jego energię witalną przenieść na was. Im wyżej tym lepiej- energia ta ma postać kopuły. Rozumiecie? Mam nadzieję, że tak. Pokażę wam, jak to robić prawidłowo.
Wziąłem Święte Ostrze do dłoni, kolejny raz zachwycając się dotykiem rubinu. Zdarłem z człowieka leżącego przede mną koszulę i przyłożyłem ostrze do jego piersi. Doskonale słyszałem bijące jak oszalałe serce.
Wziąłem zamach i wbiłem sztylet nieco ponad mój cel. Szybkim ruchem wyciąłem otwór w jego piersi, odsłaniając szalejącą pompę. Włożyłem w ów otwór rękę i szybkich ruchem zacisnąłem dłoń na sercu i wyrwałem je przy akompaniamencie wrzeszczącego jak oszalały mężczyzny. W powietrzu przebiłem je sztyletem, wymawiając zaklęcie.
Delikatne drgnienie powietrza przemierzyło duży połać terenu, momentalnie lecząc wszelkie moje siniaki, zadrapania i ranę nosa. W tym samym momencie zaklęcie uderzyło w Szokerów.
Wstałem, po czym wsłuchałem się w szum wiatru. Owiewał już ludzi o wiele wyższych. Zaklęcie podziałało.
Zwrócił się do mnie przedstawiciel Szokerów.
-Dziękujemy Ci. Będziemy wiedzieć, co robić. - Mimo wszystko w jego głosie pobrzmiewał smutek.
-Kim był ten ochotnik?
-Ceberrus. Mój ojciec.
Zamilkłem. Podświadomie wiedziałem, że to będzie on.
-Odchodzę. Nie będzie mnie bardzo długo, nie wiem, czy w ogóle tu wrócę.
-Dobrze, panie. Dziękujemy Ci z całego serca.
Dobrze wiedziałem, że jest niebywale zasmucony.
Odszedłem w swoją stronę, tam gdzie kierował mnie zapach owoców. Wsiadłem do łodzi i wymówiłem zaklęcie Ilvenharta na owoce, żeby się nie popsuły.
-Arika.
Sztylet wskazał mi podświadomie kierunek. Rozłożyłem żagiel i następnym zaklęciem Adiosa sprawiłem, że nadęły się od podmuchu powietrza.
Obmyślając taktykę zabicia Ariki, ruszyłem w drogę przez wielką wodę....


11. Sprzymierzeniec?

W końcu! Po długiej wyprawie za wielką wodę, w końcu dotarłem do celu. Do suchego lądu.
Przyznam szczerze, że ucieszyłem się jak dziecko. Bądź co bądź, trochę kołysało.
Około dwóch dni temu skończyło mi się jedzenie. Musiałem łapać nierozważne ryby pływające tuż pod powierzchnią wody, żeby się najeść. Na surowo, oczywiście. Całe szczęście, że mój metabolizm pozwalał mi nie pić przez okres około roku, bo woda, przez którą płynąłem, była niebywale słona. Parę razy zrywała się wichura, ale wystarczyło się otoczyć barierą, by w spokoju płynąć dalej.
Im dłużej płynąłem, tym bardziej wibrował Sztylet. Arika była coraz bliżej. Dobrze, baardzo dobrze.
Czym prędzej wyskoczyłem z mojej łodzi, po czym wtargałem ją na piach. Bez jedzenia była lekka. Odetchnąłem głęboko, po czym, z uśmiechem, zacząłem lokalizować Arikę.
Kawał drogi stąd. A pomiędzy nami jeszcze góry... Pójdę brzegiem wody przynajmniej do czasu kiedy się skończą, pomyślałem.
Zebrałem naprędce trochę zapasów, po czym ruszyłem w moją ostatnią podróż.
Szedłem, czując fale obmywające moje nogi. Sypiałem kilka metrów od brzegu i wracałem na trasę, gdy tylko wstałem. Niekiedy jakieś nierozważne zwierzęta pojawiały się niedaleko - byłem więc najedzony, chociaż surowe mięso ma niezbyt przyjemny smak.
Maszerowałem, napędzany energią nienawiści.


Znowu mnie obserwują. Znowu.
Nie wiem, czy to była jakaś w miarę zorganizowana grupa. Nie obchodziło mnie to. Byłem na terytorium, na którym była Arika. Musiałem założyć, że mogą dla niej szpiegować.
W momencie wyskoczyłem w lewą stronę. Jakiś człowiek zaczął powoli sie cofać. Jakże powoli.
W ruchu wyjąłem dwa sztylety ze stworzonych we mnie pochew na plecach. Jedno Ostrze było cięższe, i jakby samo rwało się do walki, wibrując i mrucząc.
Nie oczekiwałem oporu. Nie po tych dziesiątkach innych, którzy ginęli z mojej ręki otrzymując cios w plecy. Każdy uciekał. Słyszałem go, jego przyśpieszony oddech i puls.
Stanął w miejscu.

Co jest? Jeden na tyle odważny, by spojrzeć śmierci prosto w twarz? Zadziwają mnie co krok. Inni szli samotnie, uciekając w byle jakim kierunku. Inni, w grupach, biegli w grupie, a gdy ich doganiałem pryskali każdy w inną stronę. Jak zwierzęta. Czasem było mi ich nawet trochę żal. Szybko się tego wyzbyłem.
Człowiek ruszył w moją stronę.
Uczciwa walka? Dobrze, zawsze jakaś rozrywka.
Wyjął miecz, słyszałem przeciągły pisk ostrza ocierającego się o stalowe okrycie. Jego oddech wyrównał się. Był spokojny.
Ja też.
Rzuciłem się, celując w źródło bicia serca. Uniknął ciosu, a po chwili usłyszałem ostrze przecinające powietrze za moimi plecami. Szybki wyrzut do przodu uratował mi życie... Zaraz podskoczyłem na równe nogi, po czym kopnąlem na oślep w jej nogi. Cudem trafiłem. Uderzył o glebę z cichym piskiem.
Zaraz poderwał się z ziemi, po czym świsnęło ostrze i zanim zdążyłem w jakikolwiek sposób zareagować trafił mnie w lewe ramię. Padłem na kolana i instynktownie rzuciłem się do tyłu.
Miecz zagłębił się w ziemi metr przede mną.
Szybko uderzyłem stopą w płaz ostrza i wybiłem go w prawo. Momentalnie rzuciłem się na przeciwnika, przygważdżając go.
Wtedy moją klatką piersiową wyczułem, że to nie mężczyzna.
-Arika...?
Dyszała szybko, była śmiertelnie przerażona.
-To ty, Arika?
-N...Nie...Też jej... szukam...
-W takim razie, skoroś nie jej szpieg, to ktoś ty?
-Jestem... Galia.
Zamilkłem na chwilę. Ktoś z takimi umiejętnościami... tutaj? To nie może być przypadek.
-Co tu robisz?
-Mówiłam.... szukam Ariki. Skąd ją znasz?
-Ja zadaję pytania. Kim jesteś, szczegółowo.
-Dama musi mieć swoje tajemnice.
-To nie pora na żarty, do cholery! Ktoś ty, pytam?!
Zaniemówiła. Podniosłem ją, i odepchnąłem z powrotem. W czasie, gdy gramoliła się z powrotem poszukałem jej miecza.
-Jestem Galia, łowczyni. Jestem z... kraju dżungli.
-Że niby skąd?
Jest miecz. Schowałem sztylety do pochew i wziąłem go do ręki.
-Inny kontynent. Sama dżungla. Przepłynęłam przez wielką wodę.
O, cholera. Ja bez czarów nie dałbym rady, więc...
-Jak to zrobiłaś?
-Płynęłam z Ariką.
-Co cię z nią łączy?
-Jestem z jej świata.
-Jesteś saggarką?! Jak i kiedy się tu dostałaś, do tego świata? Gdzie jesteśmy, tak w ogóle?
-Skąd wiesz, że jestem saggarką?
-Bo ja jestem saggarem. - uśmiechnąłem się pod nosem. - Co, nie poznajesz?
-Czekaj... chyba widziałam cie, jako dziecko... Nie gadaj, jesteś ? A niech to Tagu...
-Poznajesz władcę? Zmieniłem się trochę. I już nie darzę miłością Ariki, wręcz przeciwnie. Wiesz, gdzie jest?
-Trzeci raz ci powtarzam, że też jej szukam! Słuchać nie umiesz?
Wybuchowa. Jak na kogoś bez broni stojąc twarzą w twarz ze mną.
-Dobra. Co to w ogóle za miejsce?
-Uniwersum Ziemi.
-Głupia nazwa. Skąd się w ogóle tutaj wzięliśmy?
-Pewnie tego nie wiesz, ale po twoim skazaniu Arika objęła władzę. Pierwszy raz w historii władzę miała kobieta. A wiesz, jak są postrzegane. Jako słabeuszki. W Thecmel zapanowały podzielone opinie. Niektórzy uważali, że to nie w porządku, inni, że powinniśmy wybrać nową dynastię. Następni mówili, że nie mają nic przeciwko. Spór trwał niedługo. O tym, że nie mamy władcy, tylko władczynię dowiedzieli się barbarzyńcy z południa. Uznali to za przejaw słabości. Wykorzystali to. W kilka miesięcy zebrali potężną armię, mającą zająć nowe terytoria. Udało im się ... Nasze miasta padały jak muchy. Każdy niedobitek ciągnął do miasta-stolicy, Thecmel. Zanim pojawiła się wielotysięczna armia, prowadzona przez wodza Madriga, udało nam się zebrać kilka setek obrońców. Gdy pojawili się napastnicy, byliśmy jako tako gotowi.
Wysłali do nas poselstwo, byśmy poddali się, żebyśmy nie ginęli bez powodu. Obiecali nas przesiedlić. Arika chciała jednak inaczej, duma nie pozwalała jej się poddać. Chciała pokazać, że nie jest słaba.
Odesłaliśmy poselstwo z negatywną odpowiedzią i stanęliśmy do walki.
Bitwa o Thecmel trwała 6 dni, czyli dokładnie jeden tydzień. Nasze straty były nieduże, ale armia ciągnęła się po horyzont. Kończyło nam się jedzenie, a armia Madriga prawie roztrzaskała naszą bramę. Ich flota skutecznie blokowała dostawy od Dzikich Ziem. A przy tym jej część ciągnęła, by uderzyć od strony portu. Nie mieliśmy wyjścia. Poddanie się nie wchodziło w grę, zbyt wielu ich zabiliśmy. Ratunkiem okazała się Arika. Wezwała nas na plac przed pałacem. Trzymając Sztylet Neveyi wymówiła zaklęcie Yassalea. Nie wiem, gdzie kierowała przeniesienie, ale chyba jej nie wyszło. Po wibracjach spowodowanych zaklęciem, całe miasto wraz z ludźmi zostało przeniesione do tego uniwersum. Z tego, co widzę, miasto razem z podziemiami.
Ale udało się. Uciekliśmy przed najeźdźami. Arika poszła do okolicznych plemion, aby przekonać ich, że nie mamy wrogich zamiarów. Mieszkańcy Thecmel wtopili się w okoliczne ludy, znajdując tu swoją miłość. Ja pomagałam Arice we wszystkim, byłam... zaślepiona. Jej potęgą, mądrością... wszystkim. Potem powiedziała mi, że zawarła pakt z jednym z plemion, z Granvannami. Mieli cię zabić, w razie gdyby okazało się, że przeżyłeś. Spotkałeś ich...?
-Większość nie żyje.
-Tak myślałam. No cóż. Nie jest mi ich żal. Jako jedyni zgodzili się na taką umowę.
Okazało się, że choroba królewska ściga Arikę nawet tu. Strasznie się tego bała. Zresztą, kto by się nie bał? Znalazła na to sposób... - Zaczęła mówić z pogardą w głosie.
-Okazało się, że krew niweluje jej skutki. Okazało się również, że te uniwersum wszystko potęguje. Każdy czar ma większą moc. W takim wypadku, zaczęła... - zamilkła na chwilę - spożywać krew na potęgę. Najczęściej z saggarów. Wyklęliśmy ją, kazaliśmy odejść. Tak, mówię wyklęliśmy, bo wtedy to zaślepienie mi przeszło. Ja jednak odeszłam od niej dopiero tutaj. Dopiero wtedy zauważyłam, że stała się wrakiem saggara. Nie było w niej nic z saggarki, którą kiedyś podziwiałam. Odwróciłam się od niej i wtedy zemściła się na mnie. W momencie zabiła moje rodzeństwo. Na odległość. Wzięła mnie do swojej wizji i pokazała mi, jak zabija moją rodzinę. Byłam zbyt... zszokowana, przerażona, żeby cokolwiek zrobić.
Arika uczyła mnie wcześniej fechtunku. Uczyniła wiele złego, mam osobistą motywację. Wzięłam na siebie obowiązek zabicia jej.
A, nie wspomniałam; Arika postanowiła wyruszyć za wielką wodę. Nazywała ją ,,oceanem". Nie wiem, czemu chciała tu uciec - może dlatego, że daleko?
-Jak długo byłem uwięziony?
-Trochę powyżej tysiąca lat.
-Hm. Czyli mam 1292 lata. Około. Niech to szlag. - Zaczęło mi się robić słabo. Chyba od utraty krwi.
-Słuchaj... chcesz ją zabić? Dlatego jej szukasz?
- Tak. Chcę, nawet nie wiesz, jak bardzo.
-Pomogę ci.
Uśmiechnąłem się.
-Naprawdę sądzisz, że będzie łatwo? Jest mistrzynią we władaniu bronią. Nie wiesz, na co się porywasz.
Zamilkła, chcąc najwyraźniej przemyśleć całą sprawę. A ja dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że od dłuższego czasu idziemy w bliżej nieokreśloną stronę. Czułem się swobodnie w jej towarzystwie... chyba nawet jej zaufałem. Ostatnio zbyt często to robię, jak znam życie to się na mnie zemści.
-Wiesz chociaż, dokąd idziesz?
Nie odpowiedziała od razu.
-Tak mniej więcej. W zasadzie, to błąkam się po tym kontynencie od kilkuset lat. Nie za bardzo orientuję się w kierunkach... Wiem, to głupie...
-Daj spokój. Znajdziemy ją. Dzięki Sztyletowi Neveyi mogę ją zlokalizować.
-MASZ GO? Nawet Arika nie mogła go znaleźć, po tym, jak jej go zabrali...
-Tak, mam. Zabiję ją właśnie tym. Tak poza tym... To wybacz za ten atak na początku.
Spotykałem tu wielu ludzi, bałem się, że któryś może szpiegować jej, co robię.
- Na twoim miejscu zrobiłabym tak samo. Nie przejmuj się.
-A tak w ogóle, to nieźle walczysz. Gdy biłem z Granvannami, nikt mnie nawet nie zranił, a ty trzasnęłaś mnie prosto w ramię.
-A niech to, zapomniałam! Wybacz! Daj, zaraz ci opatrzę tę ranę..
-Nie trzeba, daj sobie spokój, nic mi nie będzie...
-Siadaj i nie gadaj!
Siłą posadziła mnie na ziemi. Rozerwała mi ubranie na ramieniu i zaczęła czymś owijać.
-Wiesz, nie musisz tego robić...
-Ja skrzywdziłam, ja naprawię.
-Nie boisz się mnie? Wykonałem Rytuał Umysłu K'ji.
-Nie boję się. Jakoś tak czuję, że teraz jesteś za bardzo podekscytowany perspektywą zabicia Ariki, żeby martwić się ubijaniem takiego szczyla jak ja.
Westchnąłem cicho i pozwoliłem jej robić swoje. Położyłem miecz obok. Zacząłem rozmyślać.
Czyżby Arika uciekała przed Galią w mojej wizji? I to pewnie dlatego, że... starała się zapobiec chorobie królewskiej... była cała we krwi. To nie była jej własna, cudza.... Jak widzę, nie tylko ja zezwierzęciałem.
I co zrobić z Galią? Pozwolić jej sobie pomóc, czy uciec, gdy będzie spać? Może tak naprawdę szpieguje dla Ariki? Dziwne, że atakowała, a ujawniła się dopiero jak ją rozbroiłem. Nie wiem, co robić. Pierwszy raz od dawna.
-No! Gotowe. Nie ruszaj ręką przez jakis tydzień i powinno się ładnie zagoić.
-Dziekuję ci. Możesz mi powiedzieć, jaka jest pora dnia?
-Zbliża się wieczór. W zasadzie, to chciałabym się położyć. Od kiedy się... spotkaliśmy, minęło już około dwóch godzin.
-Też jestem zmęczony.
-Gadaniem ze mną? - Zaśmiała się perliście.
-Nie, po całym dniu. Wiesz co, trzymaj. - Podałem jej miecz. Wcześniej zbadałem go ręką, był bogato zdobiony i niewiarygodnie ostry. Dziw, że nie odcięła mi całej ręki.
-Dziękuję. Należał do mojego ojca. Zginął w przedzień przeniesienia...
-Przykro mi. - Było mi autentycznie smutno. Też straciłem rodziców, byłem mniej więcej w jej wieku. Wiedziałem, jak to boli. - Przykro mi też z powodu twojego rodzeństwa. Ale pomścimy ich, obiecuję.
- Sama muszę to zrobić. Samam muszę wsadzić jej ten miecz w brzuch.
Wiesz co... Uaaa.... Położyłabym się już z chęcią spać. Nie chcę wspominać moich bliskich, to za bardzo boli. Choć, zaprowadzę cię do miejsca, gdzie wczoraj spałam. Niedaleko.
- Dobrze, weź mnie za rękę i idziemy.
Miała ciepłą dłoń.
Szliśmy kilka minut. Teren był nizinny.
-No, jesteśmy. Musimy się wyspać, jutro długa droga. Ehm... wiesz co... zza ocenu zabrałam tylko jeden hamak, więc wiesz...
-Dobra. Wyśpię się na ziemi. - Bardzo dobrze. W razie czego usłyszę, czy czasem nie ma głupich pomysłów związanych ze mną.
-Czekaj, nazbieram czegoś miękkiego. - Usłyszałem jak gdzieś pobiegła. Przez kilka minut badałem teren. Skraj lasu, dwa drzewa wysunięte, dużo trawy.
-No! Mam trochę liści, zabrałam tez kilku ludziom trochę skór.
-Byłaś u ludzi? Jacy oni tutaj są?
-Prymitywy. Ledwo nauczyli się ogień krzesać. Łatwo ich przestraszyć, trzeba ryknąć parę razy i już się w kąt jaskini chowają.
-Zabiłem kilkunastu. Albo kilkudziesięciu.
-Bez obaw, mnożą się jak mrówki. Czekaj, możesz tu przytrzymać? Chciałabym węzeł zrobić.
-Się robi.
Pomogłem jej, znów czując jej dotyk. Przyjazny dotyk, przynajmniej taką miałem nadzieję.
-Jesteś głodny?
-Trochę. Ostatni raz jadłem rano.
-Mam tu trochę zapasów. - Usłyszałem, jak gdzies szpera. -Masz, to jakieś opiekane mięso. Nic innego nie mam.
-Wcześniej jadłem surowe, więc to może być pieczona trawa, a i tak zjem.
-Cieszę się.
Zabrałem się do jedzenia.
- Arika bardzo się zmieniła? Od czasu, kiedy mnie uwięziła?
Zastanowiła się chwilę.
-Stała się taka.... jakby to ująć... ,,co to nie ja", wiesz o co mi chodzi? No. Za bardzo wierzyła we własną samodzielność. No i miała jakąś manię na punkcie choroby królewskiej.Sama się na to zgodziła, a potem zaczęła się bać.
Dopiero teraz uzmysłowiłem sobie, że mnie ta choroba nie dotknęła. Musiała minąć, gdy zostałem pozbawiony władzy.
Jadłem w milczeniu. Było pyszne.
- , po co tak w ogóle wykonałeś ten rytuał? Co ci przepowiedzieli? Arika nic nie powiedziała...
-Hm. Że zabiję Arikę i wtedy upadnie nasze królestwo. Że zabiję wielu niewinnych ludzi.
-Straszne... Mi przepowiedzieli, że ,, oddam nowe życie, w zamian za stare." Nie wiem, o co chodzi.
-Też nie mam pomysłu, co to mogłoby oznaczać.
Gdy zjadłem, zapytałem:
-Wybacz, że pytam, ale jak w ogóle wyglądasz? Trochę to dziwne, że ty wiesz jak ja, a ja nie wiem, jak ty.
Zasmiała się.
-Tak, to dziwne, że ja wiem, jak ty, a ty nie wiesz, jak ja. - Zaśmiała się. - No cóż. Jestem mniej więcej twojego wzrostu, zielone oczy, długie ciemne włosy... głupio się czuję, tak się opisując... Nie wiem, jak ty, ale ja idę już spać. Wybacz, za warunki, ale nic innego nie mogłam wymyślić.
Poprowadziła mnie za rękę do mojego posłania. Zrobione z liści, mchu i kilku innych rzeczy. Położyłem się, czując jak już teraz ogarnia mnie sen.
-Dobranoc, .
-Dobranoc, Galio.
Zasnąłem.
Śniłem o wielu rzeczach. Śniłem o moim pobycie w więzieniu, o Arice, o rodzicach. Sniłem też o Galii. Ciekaw byłem, jakie są jej prawdziwe zamiary.
Śniłem w najlepsze, gdy ze snu wyrwał mnie dziwny odgłos.
Ktos szedł.
-Śpisz?
-No, teraz już nie. - Wymamrotałem. Galia wgramoliła się do mojego posłania.
-A co ty robisz?
-Zimno mi. - Czułem, jak drży. Wtuliła się we mnie.
-No cóż... więc czuj się jak u siebie. - Czułem przy boku jej oddech. Uświadomiłem sobie, że ostatni raz byłem w podobnej sytuacji z Kassidy.
-Nie boisz się, że wsadzę ci nóż między żebra, albo coś?
-Nie... Mam jakies dziwne przeczucie, że tobie mogę ufać. A ty nie boisz się, że poświęcę cię w jakimś rytuale?
-Nie za bardzo. Wydaje mi się, że dostałeś już nauczkę.
Zamilkła na chwilę.
Ja również.
-Wydaje mi się, że ja tobie też mogę zaufać.
Po czym podniosła się trochę na posłaniu i pocałowała mnie w usta.
Potem sprawy potoczyły się bardzo szybko.


Gdy rano obudziłem się na posłaniu, Galia jeszcze spała. Miała spokojny oddech. Powspominałem trochę wydarzeń z minionej nocy, wstałem i zacząłem się ubierać.
Fajna sprawa, mieć podczas seksu wyostrzony zmysł dotyku.
Pomyślałem, że znajdę Arikę. Tylko że nie wiedziałem, co się potem stanie z Galią. Czułem się przy niej tak samo, jak przy Kassidy.
-Nie śpisz?
Odwróciłem się w stronę głosu. Jakże melodyjnego głosu.
-Nie. Nawet nie znalazłem noża między żebrami.
-Cholera, zapomniałam...
-Cieszy mnie to - Uśmiechnąłem się. - To co? Zjemy coś i ruszamy w drogę? Trzeba znaleźć tę su.kę.
Zamocowałem pochwy na sztylety na plecach.
-Dobra. Nie ma to, jak przyjemny poranek z jasno przedstawionym rozkładem zajęć.
Pomyślałem, że jest naprawdę fajna. I że, cholera jasna, kochałem się z nią po jednym dniu znajomości. A czymże jest jeden dzień w stosunku do mojej nieśmiertelności?
Potem moje myśli popłynęły ku Arice. Wyjąłem Święte Ostrze i zacząłem ją lokalizować.
Dojrzałem okolicę - piękną, zieloną równinę. Moje myśli nie odpłynęły zbyt daleko, bo chwilę potem krzyknąłem do Galii:
-Zbieraj się! SZYBKO!
-Co jest grane?
-Arika jest niedaleko! Godzina drogi stąd!
Coś chciało mi się usilnie przebić do głowy... Powtórzyłem sobie w myślach rozmowę z Galią...
Nie dotarło wtedy do mnie, że Arika zabiła rodzeństwo Galii. Magią. Bez Sztyletu.
Znalazła sposób, by czarować, nie mając Świętego Ostrza. Niech to szlag.
Pakując wszystko, w mojej głowie przewinęły się niektóre fragmenty mojego życia...


12. Garść wspomnień

-...7,8,9,10! Szukam!
Arika ze śmiechem wybiegła spod filaru. Zajrzała pod stół, za firanę i do łazienki. A ja, schowany w szafie, doskonale ją widziałem. Z trudem powstrzymując chichot, spoglądałem na poczynania 4-letniej siostry.
Poszła zobaczyć do sypialni i do kuchni. Wróciła z powrotem do bawialni i stukała palcami po brodzie, rozmyślając, gdzie też to mogę się podziewać.
A mnie zaswędziało w nosie od kurzu zgromadzonego w szafie.
Arika odwróciła się w moją stronę z której dobiegło stłumione kichnięcie. Podbiegła, uśmiechając się i otworzyła z impetem drzwi od szafy.
-Haha! Mam cię, Gauri!
Spojrzałem w jej piękne, fioletowe oczy i zawtórowałem jej w śmiechu.
-Teraz ja szukam!

*** Miałem 5 lat.
Stałem właśnie pod drzwiami rodziców. Wrócili z jakieś świątyni i gorąco o czymś dyskutowali.
-... Nie mogą się dowiedzieć...
--... Może kiedyś, w przyszłości?
-...Ale jak to w ogóle możliwe! Nie wierzę w to!
-... Przecież... Przecież to wbrew naturze...
-...Co my zrobimy...
-... Wiem. Poprosimy Nae o pomoc.
-...Utrzymujemy silne więzi, owszem, ale żeby prosić o taką rzecz? Nie zgodzi się.
-...Jakoś ją musimy przekonać... W innym wypadku...
-Co mówili? - Arika spoglądała na mnie z odległości metra.
-Mało słychać. Żadnych konkretów, niestety.
Odgłos kroków za drzwiami przybliżył się. Prysnęlismy w dwie strony, unikając wykrycia.
-Zobaczymy, jak to będzie. - Tubalny głos ojca rozszedł się po całym korytarzu.
Spojrzałem na Arikę, stojącą w przeciwległym pokoju. Wpatrywała się usilnie w ojca.

***

-Dzieci! Gauri i Arika, chodźcie do mnie! Dzieci!
Mama była podekscytowana.
Zbiegliśmy po schodach na dół, do mamy. Oczywiście wyścigi po schodach wygrałem ja.
-Tak?
-O co chodzi, mamo?
Spojrzała na nas z powagą. uklęknęła na jedno kolano i złapała nas za ręce.
-Dzieci. Jesteście już duże. Macie po 15 lat. Wielu powiedziałoby, że jesteście zbyt młodzi, ale ja z ojcem uważamy, że jesteście dorośli. Nadszedł ten czas.
Spojrzała na nas ze zrozumieniem.My spojrzeliśmy po sobie bez zrozumienia.
-Jaki czas? - Spytała Arika.
-A o co prosicie nas z ojcem od 5 lat?
-Czy... Czy wy... - Wyjąkałem.
-Tak. - Mama spojrzała z satysfakcją.
-Nauczycie nas czarować!
-Tak właśnie.
Złapaliśmy się z Ariką za ręce, tańcząc z radości.
-Będziemy czarować!
-Będziemy mogli zrobić wszystko!
-Dobra, dobra. Długa przed wami droga, żeby umieć zrobić cokolwiek. Idziemy? Ojciec czeka już na nas w bibliotece.
-Tak, chodźmy, czym prędzej!
Poganiając mamę, szliśmy w podekscytowaniu do biblioteki.
Wielokrotnie widzieliśmy, jak rodzice czarują. Jak pomagają innym. Długo prosiliśmy, żeby nas nauczyli. I w końcu. Dzisiaj poznamy tajne arkana magii.
Spojrzeliśmy na drzwi do biblioteki. Mama otworzyła drzwi i wpuściła nas do środka. Ojciec już na nas czekał, uśmiechając się.
-No, dzieciaki, po coście tu przyszły?
-Oj tato, masz nas nauczyć czarować!
-A kto tak kazał?
-No mama kazała!
-Hm. Skoro mama, to co ja mogę? Muszę się dostosować. Chodźcie tutaj. Wiecie kto może czarować?
-Tylko członkowie rodziny królewskiej. - Rzekłem.
-Jaka to magia?
-Magia umysłu. Dlatego małżonkowie, chociaż mają inną krew, potrafią czarować. - Wyrecytowała Arika.
-Co trzeba zrobić, żeby umieć czarować?
Cisza.
-No, trzeba się... nauczyć.
-Nie. trzeba przeżyć jedno z doświadczeń. Wiecie, skąd się wziął Święty Sztylet Neveyi?
-Należał do Neveyi. Tyle wiem. - Powiedziałem.
-Musicie przeżyć doświadczenie zawarte w Ostrzu. Teraz trochę poczaruję, więc uważajcie. Potrzebuję troszeczkę waszej krwi. Ukłuję was delikatnie w palec.
Podaliśmy ręce. Chwilę po tym, na naszych kciukach wykwitła mała plama czerwieni.
-Em neserem, jukanta.
Zrobiło mi się słabo. Chciałem spać, tylko to się liczyło...
Zasnąłem na stojąco. I śniłem.
W pewien sposób wiedziałem, że w tym śnie jestem Neveyą.


Stałam naprzeciwko mojego brata, Dantego. Staliśmy na jakiejś pustyni, miałam wrażenie, że daleko od Thecmel. On mnie znalazł.
-Tutaj skończymy całą sprawę! - Krzyknął.
Ja się nie odzywałam. Podniosłam jedynie rękę do barku i wstrząsnęłam nim, pozwalając, by z pochwy na plecach wyskoczył miecz.
-Zatem zaczynaj. Wiedz jednak, że ja nie pozwolę, byś żył na tym świecie. - Głos miałam opanowany. W głowie przewijały mi się urywki wspomnień, z czasów gdy jeszcze Dante nie znał całej prawdy o mnie. Z czasów, gdy jeszcze nie wzywałam demonów, by pomagały mi i służyły.
-Giń, siostro.
Wyciągnął miecz i uderzył z góry. Przeciwstawiłam mu moją klingę.
Pod siłą jego uderzenia mało co nie upadłam. Wzniósł rękę do kolejnego ataku. Ratowałam się unikiem, kolejny cios złamałby mój miecz.
Dante skoczył, by zakończyć mój żywot. W ślepej furii nie zauważył...
... mojego ostrza wystawionego na sztorc. Skierowanego w jego brzuch.
Przebiwszy sie na wylot, upadł. W jego oczach kryło się bezbrzeżne zdumienie. W moich widać było z pewnością mściwą satysfakcję.
-Nevi... prorocy mówili... inaczej...
-Spojrzałam na niego po raz ostatni, splunęłam i odwróciłam się, by odejść. Już teraz snułam plany podbicia królestwa, mając do dyspozycji potęgę demonów.
Gdy wtem, poczułam silne uderzenie w plecy. Spojrzałam w dół i dostrzegłam koniuszek sztyletu wystającego z mej prawej piersi. Padając, odwróciłam się.
Zobaczyłam go, jak wisiał. Miał podwinięty rękaw, a w nim umocowania na coś niedużego.
Skrócił swoje męki, przekrzywiając się w ostatnim akcie desperacji. Rzucając ostatnią bronią w siostrę. We mnie.
Czułam, jak pulsuję. Gorąco ogarniało moje ciało i czułam, jak je opuszczam... Jak moja dusza, krzycząc, jest wyciągana siłą z ciała i wnika w ostrze... Pamiętałam, jak stopniowo tracę jakiekolwiek czucie...
Jak idę do miejsca w którym będę uwięziona na wieki.
Ostatnie co pamiętałam, to uśmiech na zbolałej twarzy mojego brata, i jak moje ciało eksploduje, wytwarzając potężną eksplozję, nieszczącą wszystko w obrębie kilometra, pozostawiającą krater, wchłaniającą mojego brata, wszystko...


Przebudziłem się. Otumaniony, spojrzałem na boki. Arika stała tuż obok, płacząc, matka ją pocieszałą, a ojciec patrzył na mnie. Nie mogłem uwierzyć, jak można było być zdolnym do czegoś takiego, do zabicia najbliższej rodziny...
-Synu.
Spojrzałem na ojca.
-Synu, musisz wiedzieć, że dusza naszej przodkini nadal jest uwięziona w Sztylecie. Jak wam wiadomo, po śmierci staje się wszechmocna. Neveya jest uwięziona. Jeśli przemawiasz prawidłowymi słowami i należysz do rodziny, możesz wykorzystać jej moc. Na tym polega czarowanie. Na przemawianiu do Sztyletu słowami, których nie może zignorować.
Siedzieliśmy cicho. Nie tak wyobrażaliśmy sobie genezę przedmiotu mogącego czynić tak wiele dobra.
-Tato... Skąd ten Sztylet wziął się w naszej rodzinie?
-Znalazł go dziadek mojego dziada. Był przypadkiem na tej pustyni. Znalazł zaklęcie, po prostu medytując. Tak jak większość czarów. Ostatnie go zabiło.
Znów cisza.
-No, dzieci. Dam wam trochę czasu na przemyślenie całej sytuacji. Waszym zadaniem jest znalezienie odpowiedzi na to, czy to, co zrobił Dante było słuszne czy tez nie.... Odpowiedź dacie mi przy obiedzie. Potem zaczniemy waszą naukę. - Powiedziała mama.
-Dobrze. - Powiedziałem. Ja swoją odpowiedź miałem już gotową.

***

-Może teraz im powiemy?
-Nie. Co z tego, że mają po 20 lat. Są zbyt młodzi.
-Wydaje mi się, że są wystarczająco dorośli. Uprawiają magię od pięciu lat. Muszą wiedzieć wszystko o swoim życiu.
-Pogadamy kiedy indziej.
Tym razem nie zdążyliśmy. Rodzice otworzyli drzwi, przewracając nas, podsłuchujących, na podłogę. Spoglądali ze zdziwieniem. I... smutkiem?
-A wy co tutaj chcecie? - Tato starał się być dominujący i wyglądał też na zdenerwowanego.
-To już nie ma sensu. Powiedzcie nam, o co chodzi. - Arika zgubiła wszystkie pozory niewinności od ostatniego razu, gdy podsłuchiwaliśmy. To było tak dawno...
Mama westchnęła , zrezygnowana. Tato też tak wyglądał. Po chwili pojawił mu się jakiś błysk w oku.
-Słuchajcie. To będzie dłuższa rozmowa.
-Nie przeszkadza nam to.
-Wiem. Chodzi o to, że... nie mówiliśmy wam jednej rzeczy. Jak wiecie, rasa saggarów jest nieśmiertelna, nieprawdaż?
-Jest.
-Ty, Gauri, będziesz kiedyś rządzić. Ty natomiast, Arika, będziesz najważniejszą osobą zaraz po nim.
Skrzywiła sie nieznacznie.
-Będziecie decydować o losach całego królestwa. Będziecie mieć poddanych. Będziecie musieli zrobić dla nich wszystko, bo to wy jesteście dla nich, nie oni dla was. Będziecie musieli poświęcać im wszystko, co macie.
Także śmiertelność.
Zapadła cisza.
-Ja... Jak to... Że niby umrzemy?
-Tak. Kiedy będziecie mieć dużo lat, o wiele więcej niż macie teraz, umrzecie. Dlatego, że poświęcać macie dla państwa duszę i ciało, witalność i myśli. Tak jak my. Nazywa się to chorobą królewską. Dotknie was, kiedy obejmiecie władzę. Arika, pomimo tego, że nie będziesz faktycznie rządzić, i tak umrzesz. Nie martwcie się. To nie jest aż tak straszne.
Osłupienie na naszych twarzach było aż nadto widoczne. Arika całkiem zbladła. Rządzenie przestało mi się tak bardzo podobać.

***

Staliśmy naprzeciwko siebie, Arika i ja. Oboje, wydawaliśmy lekką poświatę.
Bariera ojca działała.
Arena była dość duża. Tutaj odbywały się turnieje, bądź rozsądzano na życzenie stron spory. Dzisiaj stałem tam z Ariką. Kolejny raz. 30-letni, dopiero wchodzący w najlepszy okres życia.
-Gauri i Arika, wybierzcie broń.
Ciągle patrząc sobie w oczy, podeszliśmy do stołu z drewnianymi brońmi. Doskonale wyważone, tylko czekały, aż ktoś je wykorzysta.
Obrzuciłem spojrzeniem broni. Kije, cepy, nerthy, sztylety, młoty, miecze. Co dusza zapragnie.
Wybrałem moje już wysłużone nieco sztylety. Arika wzięła ponownie nerth.
Moje drewniane sztylety, z karbowaną rękojeścią, długim ostrzem, idealnie dopasowane do moich dłoni.
Nerth Ariki, równie wysłużony, jak i zasłużony. Dość długa rękojeść, drewniany, długi łańcuch i kawałek naostrzonego drewna na końcu.
-Na pozycje!
Delikatnie podrzucając sztylety, podszedłem na moją pozycję. Arika zaczęła wywijać na boki nerthem. Już nie ma się czym popisywać.
-Start!
Nie ruszyliśmy się z miejsca. Czekaliśmy, aż popełni błąd.
Jako że ja w gorącej w wodzie kąpany, zacząłem. Pochylony podbiegłem do Ariki. Trzasnęła nerthem w podłogę obok mnie, gdy uskoczyłem na bok. Błyskawicznie cofnęła broń i cięła poziomo, próbując zwalić mnie z nóg. Szybko podskok w biegu i zawsze trochę bliżej. W skoku wymierzyłem cios w siostrę, mający dojść do jej ramienia. Zasłoniła się łańcuchem. Kopnęła mnie w łydkę. Zabolało, ale bez przesady.
Teraz zauważyłem, że nie chodziło o trafienie. Chciała odwrócić moją uwagę.
Trzasnęła mnie nerthem w pierś. Padłem. Teraz, gdyby nie osłona ojca, uderzenie zabiłoby mnie.
-Stop!
Arika pomogła mi wstać z podłogi.
-Wybacz braciszku. Nie chciałam tak mocno...
-Gauri, zupełnie nie tak! Kiedy się nauczysz koncentrowania uwagi na najważniejszym aspekcie? Twoja siostra rozłożyła cię na łopatki ósmy raz!
Jakbym wcześniej tego nie słyszał.
-Musisz jeszcze dużo popracować...
-Tak, tak, WIEM! Ech... chya nigdy ci nie dorównam, Arika...
-Trenuj, trenuj. Jestem pewna, że w przyszłości ci się to przyda.
Otrzepałem się i wstałem. Tato popatrzył na mnie z rozczarowaniem.
-Gauri i Arika, wybierzcie broń.

***

-Cześć, jestem Gauri. - Podałem jej rękę.
-Miło mi, Kassidy.
Spojrzałem w jej fioletowe oczy. Była prześliczna.
-Gauri!
-Hm?
-Idę porozmawiać trochę z Nae o sprawach państwowych. Pamiętaj, że statek wypływa za dwie godziny.
-Dobrze, nie spóźnię się. Do zobaczenia. - Spojrzałem na ojca, idącego za Królową do sali tronowej. Potem znów na Kassidy. Niewysoka, smukła, piękna.
-Także ten...
-Też czujesz się lekko skrępowany? - Zaśmiała się.
-Nieco... - Przyznałem z uśmiechem. - Nieczęsto spotyka się tak prześliczne kobiety.
-Oj, daj spokój z komplementami. Jeszcze się zarumienię. Gdzie pójdziemy?
-A gdzie masz ochotę iść?
-Może jakoś tak... No, przejść się, tak bez celu?
-Mi to odpowiada.
Powoli ruszyiśmy. Spoglądałem z lekkim zdumieniem, jak piękna jest ta kraina.
-Masz bardzo miłą matkę. - Palnąłem.
-Tak... Dzięki....
-Ehm...
Skrępowana cisza.
-To ja może powiem kawał?
-Dawaj.
-Eee. Czym się różni barbarzynka od spiżarni?
-Słyszałam. Hm. A słyszałeś ten? Kto pierwszy spadnie z wieży strażniczej? Barbarzynka czy saggarka?
-Nie wiem.
-Saggarka, bo barbarzynka spyta o drogę.
Zaśmiałem się.
Wymienialiśmy kawały i dowcipy dobre dwadzieścia minut, śmiejąc się co chwila. Zacząłem czuć się przy niej swobodnie.
-A słuchaj, gdzie jest twój ojciec...? Jeśli można spytać?
Posmutniała trochę.
-Nie wiem, gdzie jest. Mama mówi, że rozstali się kiedyś, i że żyje gdzieś w północnych stronach.
-To przykre... Brakuje ci go?
-Trochę. Ale teraz, gdyby powrócił, nie potrafiłabym się od nowa przyzwyczaić.
Zamilkłem, po czym spytałem:
-Masz już na oku jakiegoś pretendenta do tronu? To znaczy, kogoś na ożenek?
Zarumieniła się.
-Nie, jeszcze nie mam. Do nikogo nie czułam jeszcze takiej specyficznej więzi. A ty?
-Niestety. Nie spotykam się zbyt często z kobietami. Tato ciągle przygotowuje mnie do roli władcy. Całymi dniami.
-Tak jak ja. Czasm jest mi smutno z tego powodu. Smutno mi też, bo kiedyś umrę. Wszyscy inni będą żyć, podczas gdy ja jestem śmiertelna.
-Widzę, że w wielu sprawach jesteśmy podobni.
-Tak wyszło. -Zaśmiała się.
-A tak w ogóle, to która godzina?
-Och! Masz 10 minut, żeby zdążyć na statek!
-Cholera. Wybacz, za szybkie pożegnanie, ale muszę iść.
-Daruj sobie ten statek. I tak nie zdążysz. Natępny płynie do Thecmel za dwa dni. Do tego czasu możesz zostać u mnie.
-No nie wiem. Nie chcę się narzucać.
-No co ty. Moja matka i ja z przyjemnością udzielimy ci gościny.
-Skoro tak mówisz... No to dobrze.
Spacerowaliśmy jeszcze około godziny, a potem poszliśmy do pałacu. Rozmawialiśmy całą noc, coraz lepiej się poznając i czując, że Kassidy staje się dla mnie kimś bardzo ważnym.

Po dwóch dniach wróciłem do Thecmel. Ojciec na mnie czekał.
-I co, fajnie było?
-Tato, strasznie przepraszam za to, że nie zdążyłem na statek.
-Nic dzinego, że nie zdążyłeś. Płynął z powrotem godzinę po naszym przypłynięciu.
Chciałem, żebyś został. Żebyś trochę poprzebywał z kimś innym i gdzieś indziej niż tutaj.
-A czemu? Tutaj niczego mi nie brakuje.
-Nie o to chodzi. Nie spotykasz się z innymi saggarami, jesteś idywidualistą. Chciałem, żebyś chociaż tym małym wypadem poznał kogoś więcej, niż tylko... najbliżesze otoczenie. - Skonsternował się. - Przepraszam cię, synu, za zmarnowane dzieciństwo. Ale musisz nauczyć się tak wielu rzeczy...
-Nie czuję urazy. Wiesz, wydaje mi się, że w Kassidy mógłbym się zakochać... - Uśmiechnąłem się. - Zawsze byłem bardzo spontaniczny, nieprawdaż?
-Nie możesz jak na razie mieć dziewczyny, a tym bardziej córki królowej Nae! Nie pozwalam ci! - Gwałtownie wykrzyczał.
-Dla..Dlaczego? - Jak już próbuje się trochę otworzyć, to zawsze cos zepsuje.
-Bo... Jej jest przeznaczony ktoś inny. Nae mówiła, że już kogoś dla niej upatrzyła. A w dodatku uważam, że dla ciebie to nie jest odpowiednia saggarka. Zresztą, porozmawiamy kiedy indziej. Teraz się śpieszę. Będę wieczorem. - Wzburzony odszedł szybko.
A ja stałem przed pałacem, lekko upokorzony i bardzo smutny.

***

Siedziałem u siebie w pokoju. Pisałem.
Ktoś zapukał, po czym wszedł.
Arika. Zapłakana.
Spojrzałem na nią, po czym wróciłem do pisania. Pojedyńcza łza spadła na kartkę.
-Gauri, muszę wiedzieć.
-Nie musisz.
-Właśnie, że muszę! Jaka jest twoja przepowiednia?
-Nie powiem. Straszna.
Spojrzałem na nią. Patrzyła z niecierpliwością.
-Kiedyś się dowiesz. Po wszystkim. Mam nadzieję, że mnie zrozumiesz.
-Po czym wszystkim? - Pisnęła.
-Zobaczysz. Obiecaj mi, że nie zrobisz tego wcześniej.
-Ale skąd mam wiedzieć, co masz na myśli?
-Dowiesz się. Właśnie piszę do ciebie list. Dam go słudze i przekaże ci go, kiedy będzie trzeba. Teraz wyjdź.
-Co..?
-Wyjdź, mówię.
Wyszła.Wróciłem do pisania.

***

Znowu trzasnąłem w słup. Jak ja będę żył całą wieczność w takiej ciemności? Chyba się zabiję...
Minęło około tygodnia, od kiedy wtrącono mnie do więzienia. Ciągle nie potrafiłem się przyzwyczaić... Do braku... No, wszystkiego. Jak ona mogła mi to zrobić? Owszem, musiała, zmuszana przez opinię publiczną, ale skoro miałem być zapomniany, to mogła mnie uwolnić ,,po cichu. Zostawić w jakiejś dalekiej krainie. Nikt by nie wiedział.
Ja bym tak zrobił.
Byłem przecież jej bratem! Kochaliśmy się całe życie, dorastając w miłości, pokoju. Jak mogła mnie opuścić, gdy najbardziej jej potrzebowałem?
W dodatku, mogła mnie zostawić w ciemnicy, ale czemu pozbawiła mnie wzroku?
Odwróciłem się i wymacałem przed sobą drogę prowadzącą do mojego jako takiego legowiska. ,,Legowisko. Hucznie nazwane, bo był to po prostu płytkie zagłębienie w ziemi. Zwinąłem się tam w kłębek, i z moich oczodołów popłynęły łzy. Zadziwiające, oczy brak, a łzy lecą.
Nic nie powstrzyma takiego smutku i bólu na sercu.
Poczułem, jak ogarnia mnie sen i marzyłem żebym umarł. Bo co to za życie w którym siostra odwraca się od brata.


13. Ostateczne starcie

-Hej? Idziesz?
Szturchnęła mnie lekko.
-Uhm, tak. Zamyśliłem się nieco.
Zabrałem tobołek, do którego napchałem wszystkich pobliskich rzeczy. Cholera wie, może się przydadzą. Może Arika będzie uciekać.
-Gdzie jest? Ta… Ta szm.ata?
Machnąłem ręką w odpowiednim kierunku.
-Godzinka drogi. Ale może w każdej chwili wyruszyć. Lepiej się pośpieszmy.
I zacząłem biec, w tempie może niezbyt szybkim, ale w którym mogłem biegać całymi dniami. Chodziło mi o to, żeby zachować dość dużo sił.
A w biegu myślałem o tym, co jej powiem, gdy staniemy twarzą w twarz.

***

-Dawaj, już niedaleko!

-Już… Nie… Mogę…
-Oj, słaba kondycja. Trza to zmienić… Kiedyś…
Przystanąłem i poczekałem na Galię. Jakoś się dowlokła. I wtedy dotarło do mnie coś.
Zasada Dantego.
Galia przy moim boku.
Po co kolejna, niewinna ofiara?
-Galia, ty wiesz, co to je
st zasada Dantego?
-Nie wiem…. A co?
-Cholera jasna… Że też wcześniej nie pomyślałem. Nie możesz iść ze mną.
-Taa? A to niby czemu?
-Nie możesz i już. No bo…
Wytłumaczyłem jej.
-No i?
-Jak to ,,no i”? Nie możesz iść.
-Przecież to ja mogę ją zarżnąć.
-Nie możesz. Nie dasz rady, to po pierwsze, a po drugie muszę ją zabić… Żeby dopełnić zemsty za krzywdy.
-Walić to. Chcesz sam umrzeć?
-Nie obchodzi mnie to… Zauważyłem, że nie mam po co żyć.
-Głupi mi przypominać, ale co ze mną?
Zwróciłem się w jej stronę.
-Idziesz, czy nie?
-Aha, czyli mnie po prostu wykorzystałeś?
-Ja? Kto zaczął?
-Dobra, wiesz, może po prostu radź sobie sam.
Stałem chwilę w milczeniu i słuchałem jak idzie w swoją stronę. Nie chciałem, żeby tak wyszło.
Postałem chwilę, usłyszałem jeszcze ciche ,,cham” i poszedłem dalej.

***

Biegłem, starając się skoncentrować na oddechu.
I brutalnie mi tę koncentrację przerwano, bo uderzenie czegoś mocnego, chyba łańcucha, zwaliło mnie z nóg.
Siła uderzenia była taka, że prawie mi te nogi urwało, przynajmniej takie miałem uczucie.
Podniosłem się z ziemi i najpierw poczułem. Tę woń, dawno zapomnianą. Potem usłyszałem, jak ktoś wydycha powietrze przez duże, uśmiechnięte wargi. A potem ból w nogach eksplodował ponownie. Zawyłem, a ktoś zaśmiał się perlistym śmiechem. Poczułem woń krwi. Nie tylko mojej własnej.
-Wstawaj, braciszku. Mamy dużo do obgadania i wyjaśnienia.

***

-Arika…
-O! Pamiętasz mnie?
-Ty… Całe lata myślałem o tobie…
Świsnął łańcuch, w zasadzie chyba nerth. Zasłoniłem twarz. Ostrze uderzyło w grunt w miejscu, w którym miałem przed chwilą rękę.
Bałem się.
-I jak tam było?
Wyciągnąłem sztylety z pochew na plecach. Znowu świsnęło. Zdążyłem wznieść magiczną tarczę.
-Hm? Pytam, jak tam było?
-Strasznie! Jak mogłaś mnie tam wysłać? Jak?
-A co, miałam cię po rytuale pogłaskać po główce i ułaskawić? Zabiłeś masę saggarów.
-Dobrze wiedziałaś, że to wszystko dla ciebie. Znałaś moją przepowiednię.
-Co z tego?
-Mogłaś mnie uwolnić tak, by nikt nie wiedział. Byłem przez wszystkich zapomniany. Nikt by nie wiedział, mogłaś pozwolić mi żyć gdzieś indziej. Nie wiesz, jak to jest żyć w ciemności.
-Po co miałam cię uwolnić?
Szok.
-Po co, pytam?
-Ja…Ja kto? Jak to po co? No…
-Zawsze mi zawadzałeś. Chciałam rządzić, a ty byłeś lepszy tylko dlatego, że jesteś facetem. Ja rządziłabym lepiej.
-Tak, właśnie słyszałem o twoich sukcesach.
Wolałem przedłużyć rozmowę, żeby uniknąć smagnięć nerthem. W tym czasie ukradkiem zasklepiałem rany na nogach i uśmierzałem ból. Dobrze, że nogi miałem całe w ziemi, Arika nie widziała leczenia.
-Ci barbarzyńcy? Nie moja wina. Tylko ich zaślepienia. Chciałam, żebyśmy walczyli dalej, ale ludność się sprzeciwiła… Mogłam ich zniszczyć, ale kim bym wtedy rządziła?
-Masz jakąś manię.
-Ale jakże przyjemną. Być despotą… Marzyłam o tym od dziecka. Od czasów dzieciństwa, w którym nawet ty byłeś lepszy, braciszku.
-Nie mów do mnie tak. Już dawno nie jesteś moją siostrą… jesteś potworem.
-Zdziwiłbyś się, ile masz racji…
Zdałem sobie sprawę, że od dłuższego czasu chodzimy po okręgu. Czułęm ją cały czas naprzeciwko siebie, a sam cały czas się poruszałem.
Sztylet Neveyi wibrował mi w ręku.
-Co jest, jeszcze nie dotarło to do ciebie? Czemu nie byłeś dla mnie ważny?
Milczałem.
-Jakie miałeś kiedyś oczy?
-Fioletowe, jak każdy z rodziny królewskiej.
-No to się zastanów.
O co jej chodzi? Co to ma do rzeczy. Miałem fioletowe oczy, tato też, matka, Arika. Każdy w mojej rodzinie.
Teraz oczywiście miałem czarne, dzięki tej tutaj…
Niech to szlag…
Ona też.
-Co masz taką minę? Zauważyłeś w końcu? Nie jestem twoją siostrą.
-Ale… Ale jak…
-Nie jestem nią. Moją matką jest królowa Nae. Przynajmniej była.
-Ojciec?
-Na pewno nie twój.
Strzeliła nerthem, usłyszałem świst i zrobiłem unik. Kiedy robiła się zła, atakowała. Chciałem ją zabić, ale chciałem też wyjaśnić jeszcze kilka spraw…
-Jak to możliwe?
-Bardzo proste… Zauważyłam, że w życiu najbardziej plączą nam losy prorocy Cieni. Twoi rodzice dostali od nich przepowiednię… Że syn zabije swoją siostrę. Długo nad tym dyskutowali, w końcu poprosili moją matkę o pomoc. Kilka lat wcześniej urodziła córkę…
Przełknąłem ślinę.
-Za…Zamienili was, prawda…?
-Tak. Zamienili. Trafiłam do was, a prawdziwa Arika została wzięta na wychowanie do Nae. Dlatego tak często odwiedzaliśmy Dzikie Ziemie. Twój ojciec nigdy nie powiedział ,,Kassidy” , z czyjej jest krwi. Dlatego też zareagował tak gwałtownie na wieść o tym, że podoba ci się.
-Ale… Jak mogłaś korzystać ze Sztyletu?
-Jest to magia umysłu… Nie krwi. Dlatego mogłam uprawiać magię, ale wejść do pomieszczeń zabezpieczonych skarabeuszem nie. Czułam się twoją siostrą, więc takie miałam przywileje.
Spochmurniałem. Zasada Dantego, z tego co mi było wiadomo, też była magią umysłu… A ja ciągle czułem, że jest moją siostrą, niezależnie od tego, co mówiła… To nieco komplikowało sprawę, bo nie mogę pozwolić, żeby to ona mnie zabiła. A była chyba lepsza ode mnie w walce…
-A poza tym wiesz, że najwyraźniej ciąży na nas fatum? Przepowiedni nie zmienisz…
-Hm?
-Zabiłeś przecież swoją siostrę. Nie pamiętasz starych ksiąg? ,,Za kazirodztwo matka z woli natury karę poniesie” ? Tak, tak… pieprz.ząc się z Kassidy wydałeś na nią wyrok śmierci. Zmarła przy porodzie, nieprawdaż…?
Zamarłem. Szok. Ból. Smutek. Nienawiść? Żal. Chęć. Chęć mordu. Na wszystkim. Ale jeszcze ostatnie pytanie…
-Skąd o tym wszystkim wiesz?
Milczała przez chwilę.
-Matka prawdę ci powie...
Będąc na łożu śmierci…
Lud cię znienawidzi…
Poznając twój sekret…
Brat ci zemstę wyda…
Byś żywot jego skończyła…
Sama żyjąc po śmierci.
Cholera. ONA ma mnie zabić, nie na odwrót…
-Jak widzisz, przepowiednia jest po mojej stronie… Ludzie w Thecmel domagali się broni, by pokonać barbarzyńców. Nie toczyli przecież wojen od bardzo dawna… I pech chciał, że najlepsze uzbrojenie była za drzwiami ze skarabeuszem. Odkryli mój sekret. Godnie z przepowiednią.
-Jaką rolę miała w tym wszystkim Galia?
-Galia? Zaszantażowałam ją. Uwięziłam jej rodzinę i powiedziałam, że ją uwolnię, jeśli będzie mi pomagać.
-Mówiła mi, że zabiłaś jej rodzeństwo…
-Tak powiedziała? Cóż za groteska. Rzeczywiście tak zrobiłam, ale powiedziałam jej co innego…Galia bardzo mi się przydała. Znalazła cię, spowolniła. Powiedziała mi, gdzie jesteś.
-Czemu mnie nie zabiła w nocy, gdy spałem?
-Chciała. Zabroniłam jej, chciałam zobaczyć twoją śmierć. Jak krzyczysz w agonii, jak cierpisz… Tak jak teraz.
Nie dotarło do mnie, że od pewnego czasu tylko ja się poruszam. Arika stała kilka kroków ode mnie i po prostu mówiła coraz ciszej, tak by odległość w moim mniemaniu pozostała nienaruszona. Dowiedziałem się o tym, dopiero jak trzasnęła mnie nerthem w twarz z bliska.
Momentalnie zalałem się krwią i poczułem, że coś jest nie tak z moim nosem. Przewróciłem się na plecy i poczułem kolejne uderzenie, tym razem w brzuch. Ostrze wbiło się głęboko, momentalnie wzniosłem tarczę przed kolejnym uderzeniem i zasklepiłem ranę. Na rany wewnętrzne nic nie mogłem poradzić.
Podniosłem się, czując na barierze błyskawiczne uderzenia nertha. Uleczyłem rany na twarzy i ruszyłem w stronę, z której słyszałem oddech i świsty broni.
W czasie pomiędzy szybkimi uderzeniami zdjąłem barierę i rzuciłem się na Arikę. Zamachnąłem się Sztyletem w jej brzuch, uniknęła jednak ciosu.
-Widzę, że ciężko cię normalnie zranić. Muszę jednak włożyć nieco wysiłku w twoją śmierć.
-Spróbuj.
Smagnęła z bliska nerthem przytrzymując długi łańcuch przy sobie w moją dłoń. Wypuściłem Sztylet Neveyi.
Cholera. Teraz już nie mam szans.
Arika kopnęła mnie w plecy tak, że zaryłem nosem w glebę. Najwyraźniej podnosiła Święte Ostrze.
Amen.
-No, to by było na tyle w temacie twojego nędznego żywota. Warto było?
-Warto.
-Ja tak nie uważam.
Smagnęła mnie nerthem. Zdołałem lekko odbić go pozostałym mi sztyeletem, zaplątał się jednak w łańcuch i Arika wyszarpnęła mi go z ręki. Byłem bezbronny.
-No, czas cię trochę podręczyć. Galia!
Usłyszałem świst powietrza, gdy zaklęcie Ezrile szukało wzywanej osoby.
-Będzie za kilkanaście minut, a wtedy się zabawimy.
Zerwałem się do biegu. Strach wziął górę.
-A,a,a… Stój w miejscu.
Nieznane mi zaklęcie sparaliżowało mnie. Usłyszałem, jak Arika do mnie podchodzi. Potem zapadła ciemność.

-Budzi się.
-Dobrze. Masz tu sztylet. Jedna sekunda, jedno cięcie. Godzina i powiem ci, gdzie jest twoja rodzina.
Nie czekałem na dalszy rozwój wypadków. Zerwałem się do biegu.
Dłoń Galii zacisnęła się na moim karku. Uderzyłem ją łokciem w twarz, puściła. Biegłem dalej.
-No dobrze.
Coś mnie znowu sparaliżowało.
-Dobrze, oszczędzę ci tych męk. Stawaj do walki.
-Nie mam broni.
-Co mnie to obchodzi. Stawaj.
-To nieuczciwe.
-Jak to? Mniej się będziesz męczył.
Stanąłem wyprostowany. Zaraz to wszystko się skończy.
-No, dawaj. – Powiedziała.
Zacząłem iść. Uderzyła mnie nerthem w ramię, śmiejąc się jak wariatka.
Nie przestawałem iść. Znowu smagnięcie, tym razem w nogę. Poczułem, jak z ostrzem wyrywa mi kawałki mięśni. Padłem na kolano, ale zacząłem iść dalej, czując już na sobie oddech śmierci.
Znowu uderzenie, z bliska. W brzuch. Padłem na kolana.

-I co…? – Zamruczała.
Nie miałem siły odpowiedzieć.
Zbliżyła się do mnie, czułem na twarzy jej oddech.
-To już koniec.
-Tak, to już koniec. – Powiedziałem, po czym z pochwy na prawej łydce wyszarpnąłem kamienne ostrze, które znalazłem zaraz po przybycie na ten kontynent.
Zanim zdążyła zareagować, wbiłem je w jej powoli szybko serce. Wyrwałem jej Sztylet z ręki i wbiłem go obok.
Zachłysnęła się.
-Tyyyy…
Poczułem, jak osuwa się na moje kolana. Czułem też swój ból od ran nertha. Paraliżował mnie, ale wiedziałem, że zaraz nadejdzie chwila wybawienia, bo jej ciało zaczęło być gorące.
~Gauri.
Głos Tagu, kiedyś, dawno już go słyszałem… Umieram…
~Gauri, nie wypełniłem swojej części umowy. Ty byłeś mi wierny. Zwracam Ci, com dłużny…
Poczułem, jak moja dusza spływa z powrotem do mojego ciała… Czułem się szczęśliwy, gdzieś dalej słyszałem, jak Galia ucieka z miejsca walki… Nie wierzyłem, że to możliwe, żebym pokonał przepowiednię…
Arika zaczęła się trząść… Po czym wybuchła. Momentalnie eksplozja spopieliła moje ciało, a uciekająca, odzyskana dusza zaczęła widzieć wszystko wokół, jak niezniszczalny Sztylet wystrzeliwuje z ciała Ariki i jak leci z nieprawdopodobną szybkością…
… Prosto w stronę uciekającej sylwetki.
Sztylet wbił się głęboko w niższe plecy Galii. Padła na ziemię, a ja już wiedziałem, co to oznacza. Moją duszę zaczęło wciągać w Sztylet. Obok wyczułem obecność Ariki. Ona jednak wracała z krainy zmarłych.
Ze Sztyletu weszliśmy w ciało Galii i czułem jej ból i strach. Czułem też moją siostrę.
~Co jest? ~Spytałem.
~Wnikliśmy w nią. ~
Cholera. Umierała.
~Powiedz ,,fallujaher"! Szybko!
-Fa...Fa...Falluja...H..
~Mów!
-Fallujaher...

Jej oczmi poczułem, jak oślepiające białe światło otacza jej postać. Jakieś zaklęcie zaczęło działać.
Dookoła rany razem z Galią czułem mrowienie i w końcu metaliczny szczęt, gdy Ostrze wypadło na glebę.
Otumaniona, wstała.
Wstaliśmy.


EPILOG

-Idzie!! Idzie!!!!
Ludzie w panice uciekali w załuki ulic.
Główną ulicą szła diabelsko uśmiechnięta, młoda dziewczyna.
Wysunęła z rękawów ostrza.
-Ratuj się, kto może!!!
Jakiś nieopatrzny śmiałek wyskoczył w jej stronę z widłami.
Z gracją uskoczyła w bok, omijając w locie ostrze. Wbiła młodzieńcowi w kark sztylet i rozorała go.
-Wiem, że ładnie.
Przytuliła się do niego i pocałowała w drgające przedśmiertnie usta. Przejechała mu po policzku językiem, w stronę rany, po czym przyssała się do niej. Zaśmiała się perliście.
-Kiedyś się przyzwyczaisz.
Ruszyła w stronę kolejnych uciekających.

Ciekawostki







Czy wiesz, że maksymalny poziom postaci w Sacred Plus to 206, a w Sacred Podziemia 216?
Drogowskaz
Cenega

Cenega Sklep

Ascaron Fansite

Imperium Diablo

gry RPG, cRPG, recenzja, solucja


Insimilion

Insimilion

Fable

Wiedźmin 2

Dragon Age


HackSlashSite

Fabryka Snów



Valid HTML 4.0 Transitional

Copyright by www.sacred.pl team 2004-2017
All rights reserved.
Wykonano 4 zapytań do bazy podczas generowania strony.